Synu, coś ty narobił? – Muniek Staszczyk – “Syn miasta”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ostatnie dni były naprawdę burzliwe dla Muńka Staszczyka. Nie dość, że musiał podjąć trudną decyzję o zawieszeniu działalności zespołu T.Love, to jeszcze na dodatek trapiły go bardzo poważne problemy zdrowotne. W całym tym chaosie codzienności pochodzący z Częstochowy artysta próbował ukończyć pracę nad czwartym solowym projektem – “Syn miasta”. Mimo kilku dość znaczących przeszkód w końcu wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i album ujrzał światło dzienne osiemnastego października. Pytanie brzmi: czy trud się opłacił?

Odpowiedzi twierdzącej na pewno udzielą najwierniejsi fani współautora słynnej “Warszawy”. Ci, którzy wspierają go od wielu dekad, znów mają szansę usłyszeć znajomy głos oraz wykuć na pamięć nowe teksty piosenek. Jednakże mam wrażenie, że osoby niemające karty członkowskiej fanclubu Zygmunta raczej nie padną na kolana przed jego najświeższym przedsięwzięciem.

Odbiorców spoza staszczykowego kręgu prawdopodobnie zawiedzie niska jakość miejskiej poezji uprawianej przez wokalistę na każdym z dziesięciu premierowych utworów. Prawie sześćdziesięcioletni muzyk porusza niezwykle istotne tematy, nie wykazując choćby odrobiny dojrzałości twórczej. Śpiewając głównie o Polsce i Polakach, posługuje się banalnymi metaforami, prezentującymi uproszczony czarno-biały obraz rzeczywistości. Ponadto okrasza socjologiczne truizmy rymami, które czasem ocierają się wręcz o grafomanię (“ty masz swoje troski/twój los nie jest boski”, “zgumkowany świat chce ciszy/nikt jej tutaj jednak już nie słyszy”). To, co mogło imponować w latach dziewięćdziesiątych, obecnie wzbudza raczej konsternację.

Album powstał we współpracy z czołowymi polskimi muzykami (m.in. z Dawidem Podsiadło, producentem płyt Artura Rojka, Błażejem Królem czy Emade), co wiele mówi o kondycji rodzimego popu. Piosenki niby poszukują różnorodnych, nowoczesnych melodii, lecz wszystkie mają w sobie nieznośny, rubaszny sznyt. Kompozycje nawiązują do klasycznego rocka, bluesa, folku, a nawet elektroniki, jednak brzmią jak knajpiane karaoke symulujące otwartość na światowe trendy. Współpracownicy Muńka sprezentowali mu niedopracowane szkielety zwrotek oraz refrenów, które porwą chyba tylko tych, którzy od lat osiemdziesiątych słuchają wyłącznie Zygmunta, Kazika i Kukiza.

W jednym z wywiadów lider T.Love stwierdził, że na tym krążku nareszcie przestał uwodzić słuchacza, a zaczął po prostu opowiadać historie. Odtwarzając “Syna miasta”, rzeczywiście można się zgodzić z tą tezą. Ciężko odnaleźć tu materiał na potencjalny, radiowy przebój (poza “Polą”, która i tak ma ograniczony termin zdatności do spożycia), a po znanym z poprzednich dokonań wokalisty absurdalny humorze nie ma już śladu. Podmiot liryczny snuje naznaczone egzystencjalnymi bolączkami przypowieści, bliższe jednak siermiężnym anegdotom z przystanku autobusowego niż cave’owskim albo cohenowskim parabolom.

Sztampowe wersy sprzedawane ze śmiertelną powagą i skrajnie nieodkrywcze brzmienie sprawia, że “Syn miasta” to produkt jednorazowego użytku. Być może w przyszłości kooperacje Muńka z młodszymi kolegami dadzą lepsze rezultaty, ale na razie osoby zaangażowane w ten projekt są w stanie jedynie skutecznie rozczarowywać.

Reklama