Belnashe

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Addis Ababa zdobywane jest przez chińskie firmy, które wygrywają przetargi na jego rozbudowę. Miasto jest ambitne, chce się szybko rozwijać, stawiając coraz wyższe budynki. Budowle powstają szybko, opowiadają mi tutejsi ludzie, masy Chińczyków zalewają ten kraj. Jest ich tylu, że dzieci ulicy nazywają mnie, jak i każdego „forenchi“ (obcego) – China.

Każda ulica, dzielnica i zakątek Addis to choroba, to niesprawiedliwość i wykluczenie. W bogatej części Bole gangrena patrzy z ukrycia na mijające ją torebki znanej marki „made in Italy“. W rozgrzanym do czerwoności, betonowym mieście stolicy Etiopii mijają się dziennie dwa światy.

Reklama
Advertisement

Chorych i zdrowych

I tak jak na całym świecie, te dwa byty pomimo tego, że są od siebie zależne, nigdy się nie połączą. Jedni nie wpuszczą drugich do swojej przestrzeni. Ludzie mijają chorujących pewnym krokiem, sporo z nich zostawią monetę, pomogli, poczuli się lżej, spełnili obowiązek, odchodząc przed siebie, boją się spojrzeć  chorobie w oczy. Rozmowa z taką osobą, potrzymanie jej za rękę przecież nie pomoże. Lepiej rzucić groszem, człowiek chociaż zje.

Sytuacja na ulicy informuje mnie, że służba zdrowia, szczególnie ortopedia, ma się tutaj słabo. Reumatologia nie istnieje. Przekonałem się o tym, idąc do szpitala. Największy szpital znajduje się w dzielnicy Mexico. Spędzam tam pół dnia, szukając oddziału reumatologii. Pielęgniarki, lekarze nie wiedzą gdzie jest. Panuje chaos, a widoki na każdym piętrze wchodzą we mnie głęboko, jednocześnie budują mnie, leczą. Czuję dziwną wieź oraz strach, nad którym nie potrafię zapanować. Często personel odsyła mnie do budynku rehabilitacji. Nikt nie słyszał o reumatologii? W końcu dostaje telefon do doktora z oddziału.

Umawiam się jeszcze tego samego dnia. To młody, pełen pasji lekarz. Spotykam go na ostatnim piętrze w jego małym gabinecie, pełnego chęci w tej nierównej i osamotnionej walce o los chorujących.

Bardzo się ucieszył na mój widok. Od razu dzwoni do znajomych z informacją, że aktywista z Polski przyjechał do nas, wypytuje też o sytuację w naszym kraju. Nie muszę być lekarzem, aby wiedzieć, że zdjęcia które zobaczyłem pokazują tylko, że reumatyzmu tutaj się nie leczy. Zobaczyłem ludzi, których zjada ta choroba. W Etiopii nie ma leków biologicznych, które tak dobrze sprawdzają się na Zachodzie. Cena za pomoc człowiekowi w cierpieniu, kosztuje sporo. Ludzie, którzy mają szczęście, pieniądze i trafiają do lekarza skazani są co najwyżej na Methotrexat. Plagą natomiast są niezdiagnozowani, którzy wychodzą na ulicę szukać pomocy, nie mając pojęcia co im jest. Brak lekarzy, nowoczesnych metod leczenia, rehabilitacji oraz świadomości to wyroki dla wielu.

Wielu tych, których spotykałem na ulicy.

To był jedyny mój kontakt z lekarzem. Więcej nie potrzebowałem. Wracam na ulicę, każde zdjęcie i widok korytarzy jeszcze we mnie żyje.

Chodzę przy dźwiękach muzyki „yena bita“ – to kilka prostych, ale przerażających dźwięków. Słyszę je przy najcięższych przypadkach, odczuwam wtedy strach, człowiek leży na ulicy, a małe radyjko informuje o tym, że każdy jest równy, każdemu należy się szacunek i nie ma ludzi lepszych i gorszych. Taki człowiek zazwyczaj nie reaguje lub leży przykryty kocem, nie pokazując swojego kalectwa.

Droga z lotniska wiedzie przez dzielnice Bole, na której mnóstwo bezdomnych szuka swoich szans na zarobek. Tę drogę obrali też decydenci, politycy z Afryki i Zachodu. Przylatują do Addis na różne szczyty polityczne, zastanawiają się jak naprawić i przyspieszyć rozwój tego kraju. Kiedy przylatują, Bole zmienia się nie do poznania, jest mnóstwo żołnierzy, ruch wstrzymany, drogi wysprzątane, cisza. Pozamiatano też wszystkich chorych z ulicy. Dziś można spacerować, jest też więcej zachodnich turystów, nie ma drastycznych obrazków. Żaden polityk nie spojrzy zza swojej przyciemnianej szyby chociaż przez chwilę na niewygodny widok.

Politycy bezpiecznie dojeżdżają do swoich hoteli. Ja stoję w korku godzinę. Nie można dojechać, droga zamknięta na czas przejazdu czarnych samochodów z ludźmi, którzy będą naprawiać ten kraj. Siedzimy w taksówce. Jest 7 miejsc siedzących, nas osiemnastu jak się doliczyłem.

Za mną kolejne kilkanaście taksówek, wszyscy czekamy, temperatura ponad trzydzieści stopni, ale nikt się nie zbuntuje, bieda, gorszy sort nie ma głosu, został mu zabrany od urodzenia i tak już zostanie.

Jeden z kolejnych dni, tym razem dzielnica Gerji, gdzie mieszkam. Zatrzymałem się dłużej przy jednym spojrzeniu. To były pogodzone i ciekawskie oczy.

Oczy kobiety która siedziała na starym wózku inwalidzkim. Kupiłem u niej kartę do telefonu aby się zbliżyć, złapać kontakt. W około biegała mała dziewczynka ubrana w brudną białą sukienkę. Praktycznie wchodziła na mnie, powodując złość u mamy. Ja mam natomiast pierwszą relację.

Kolejne próby podejścia bliżej spotkały się z reakcją otoczenia. Taksówkarze, sprzedawcy czekali tylko aż wyciągnę aparat, aby mnie zjeść. Wszyscy znali i dbali tutaj o Belnashe, bo tak miała na imię 27 letnia kobieta, której stopy były powykrzywiane i zaczynały się paręnaście centymetrów pod kolanami. Po przepychankach znalazłem tłumacza.

Belnashe po urodzeniu nie rozwijała się poprawnie. Od młodych lat nie może chodzić. Jest sama ze swoim dzieckiem, nie epatuje jednak swoim nieszczęściem, radzi sobie jest pogodna. Od forenchi nie potrzebuje pieniędzy.

Jej życie ułatwiłby wózek elektryczny. Musi sporo dojeżdżać, używając siły swoich rąk do miejsce gdzie handluje, a obok niej idzie mała dziewczynka.

Postanowiłem o niej napisać i sfotografować. Mam na to 5 minut, bo tłum się niepokoi. Boją się, że jak inni przyjezdni reporterzy zdobędę cierpiące kadry, a potem spakuję się do mojego samolotu popijając drinka na jego pokładzie.

Parę dni później, 500 km dalej otrzymuję wiadomość, że pewna kobieta z Polski, przeczytawszy mój tekst zdecydowała się pomóc Belnashe. Wsiadam w pierwszy bus do Addis i następnego dnia zastanawiam się jak przetransportować sporą gotówkę prosto z Polski. Mam tylko cztery dni do wylotu. Dochodzi kolejny problem, wózek.

Nie ma takich wózków w Addis, jedyne elektryczne to te, które Etiopczycy otrzymują od różnych akcji humanitarnych z zagranicy.Pomaga mi tłumacz i tutejszy przyjaciel Dawit. Przez trzy dni zjeździliśmy całe Addis na poszukiwaniach. Znajomości na ulicy doprowadzają nas do używanego wózka. Właściciel, również osoba na wózku, decyduje się zaproponować zawyżoną kwotę której nie mam i nie chce zejść niżej.

Moja znajomość z właścicielem knajpy, w której jadam doprowadza nas w końcu do sklepu z wózkami. Wszystko zaczyna mieć sens, każde wyjście do ludzi, każda przyjaźń. Układa się to w całość, powodując łańcuszek, który doprowadza mnie do Belnashe. Odnajduję sklep. Wózki to jednak trzykołowe motocykle napędzane paliwem. Duże, ciężkie, a jej trudno będzie na to wejść.

Poza tym brakowało ponad 3 tysiące złotych. Właściciel sklepu opuszcza cenę trochę cenę w podziękowaniu za pomoc dla tutejszych ludzi, resztę kwoty zdobywam w dwa dni poprzez zbiórkę na facebooku.

Belnashe jest szczęśliwa. Będzie się uczyć jeździć, a jej wrodzony upór pomoże jej wygrać ze swoimi ograniczeniami i wejdzie o swoich siłach na tę maszynę. Odbieram pieniądze, kupujemy motor.

Jedziemy po Belnashe. Pojawia się umalowana, jakby nowa jej wersja. Tryska z niej radość. Ludzie z otoczenia patrzą już na mnie z uśmiechem, dziękują mi. Dziewczyna ma dwutygodniowy kurs jazdy. Jej życie, dzięki fotografii, dzięki reportażowi i wspaniałym ludziom z Polski, Dawidzie zmienia się.

Następnego dnia wsiadam w samolot. Czego się Pan napije? Wino. Dokładnie rok później zakładam Fundację, nazywam ją Belnashe od imienia mojej bohaterki. Pomogła mi, zainspirowała mnie, otworzyła oczy, że fotografia, pomimo że dziś tak popularna i bezproduktywna, nadal może zmieniać świat i oddziaływać na drugiego człowieka. Słowo pisane także może. Fundacja będzie wspierała rehabilitację młodych osób.

To, co zobaczyłem na ulicy i w szpitalu było dla mnie najlepszym zastrzykiem, lekarstwem.

Addis mnie uleczył, nie wypada mi myśleć inaczej.

Autor

Piotr Sobik –Fotografuję, podróżuję, przyglądam się ludziom czasami coś napiszę.Odżywiam się kuchnią wegetariańską, dużo pływam, dużo rozmyślam, lubię stare Mercedesy.Autor projektu “Najważniejszy dzień w życiu”

Przeczytaj również

90’s Kid

Odległa galaktyka. Świat, w którym rządziły przegubowe Ikarusy i Jelcze

Reklama