Rzecz o trenerach umysłu

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Był taki czas wiosną tego roku, że z przyjemnością słuchało się serwisów informacyjnych. Do mikrofonów reporterskich mówili ludzie, których wypowiedzi zwracały uwagę kadencją zdania, właściwym doborem słów, melodyką języka i szacunkiem do słuchaczy. Ubrania mieli skromne, twarze prawe, makijaże nieobfite. Serwisy informacyjne nagle zakwitły piękną polszczyzną.

Wiosną bieżącego roku odbył się największy w historii polskiej oświaty od 1993 r. strajk nauczycieli. Wbrew propagandowym opiniom, wielka zawodowa mobilizacja wśród pracowników szkół nie dotyczyła tylko podwyżek. Konsekwencje wprowadzanej na szybko reformy oświaty w dalszej perspektywie spowodują potężne pęknięcie jakościowe w systemie polskiej edukacji. Tysiące dzieci nie dostaną się do szkół, setki nauczycieli odejdą z zawodu, a winni tego stanu oświaty znów pozostaną bezimienni i bezkarni. Festiwal pogardy, jaki mieliśmy okazję wówczas obserwować, medialnego szumu i nieporozumień, skłonił Dorotę Kowalską do bliższego przyjrzenia się pracy nauczycieli. Dziennikarka oddaje głos nauczycielom dyplomowanym z wieloletnim doświadczeniem, dyrektorom szkół, pedagogom specjalnym i native speakerom.

Dziś zawód nauczyciela wykonują w zasadzie głównie szaleni pasjonaci. Radykalni idealiści. Bo jak inaczej nazwać ludzi tak mocno zaangażowanych i pracujących za uwłaczające godności pieniądze, kiedy zewsząd słyszymy, że osiem tysięcy zarabiają tylko frajerzy?

Zbiór rozmów Doroty uświadamia, na czym praca nauczyciela na co dzień polega. To nie tylko perorowanie ze środka sali – to konieczność nieustannej czujności, uważności, energetyczna wymiana, deklaracja lojalności i zaufania. Rodzice uczniów często nie wiedzą, ile zarabiamy, na czym polega praca i jakie mają problemy. Zbiór rozmów Doroty Kowalskiej pozwala je przybliżyć.

 
Reklama
 
Reklama

„Belfrzy” dają polskiej szkole co najmniej kilka gotowych recept i rozwiązań, które są tym cenniejsze, że proponują je wieloletni praktycy. Książka również uświadamia nam, że polska szkoła reprezentuje naprawdę wysoki poziom – dzieje się tak dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu tych, którzy mają świadomość, jaki wpływ na dalsze życie dzieci i młodzieży ma kontakt z właściwym pedagogiem. Łatwo takie zaangażowanie skosić, stłamsić, a przez to poziom nauczania drastycznie obniżyć. Kolejna reforma szkolnictwa sprawia, że misternie budowana konstrukcja i faza względnej stabilizacji po wprowadzeniu gimnazjów obracają się wniwecz. Władze zdają się pozostawać głuche na postulaty nauczycieli i nie potrafią docenić perspektywy nauczycieli dyplomowanych, wciąż jeszcze młodych i pełnych energii, a już z doświadczeniem. Ta perspektywa wiele im daje. Jeden z nauczycieli mówi: „z jednej strony widzę pędzący się świat, zmieniającą się rzeczywistość i jestem otwarty na nowe technologie, zmiany, młodego człowieka, z drugiej strony wiem dzięki doświadczeniu zawodowemu, jakich zmian potrzebuje polska szkoła – widzę, co jest jej siłą, a co wymaga natychmiastowych korekt, czego potrzebuje młody człowiek. Niestety, takich nauczycieli nikt nie chce słuchać.”

Najlepsza bodaj merytorycznie i konstrukcyjnie jest rozmowa z Krystyną Starczewską. Legendarne już nazwisko polonistyki, etyczki, działaczki i pedagoga. Jedna z twórczyń Liceum „Bednarska” przypomina, że w PRL-u bicie i stawianie do kąta było na porządku dziennym. Autorytet nauczyciela był oparty na strachu, a w szkołach panowały nieomalże autorytarne rządy. Naderwane małżowiny uszne też były na porządku dziennym. Jako przedstawicielka pokolenia millenialsów sama doskonale pamiętam przerażenie, jakie ogarniało mnie na widok chłopców wychodzących z zaplecza sali, podciągających spodnie, bo pani dała im wciry za gadanie na lekcji. Dzisiaj takie zachowanie nauczyciela jest nie do pomyślenia. Dziś dziecko traktuje się nie jak ciastolinę do ugniatania według wskazanej formy, ale partnera, któremu mamy pomóc, aby stał się sobą. Przynajmniej większość rodziców pewnie pod taką deklaracją by się podpisała.

W praktyce takiego podejścia od nauczycieli się oczekuje, ale wciąż utrudnia im się warunki, w których mają pracę na to ukierunkowaną wykonywać. Jeden z nauczycieli mówi: „Od nauczyciela wymaga się, żeby był menagerem, ale szkoła to przecież nie przedsiębiorstwo. Nie da się mierzyć szkoły miarą korporacji, chociaż praca nauczyciela coraz częściej przypomina zarządzanie projektem. Zmieniły się kompetencje nauczyciela: dużo mniej ważne jest to, co wie, dużo istotniejsze, czy jest entuzjastycznie nastawiony do młodzieży, czy szanuje ludzi, czy potrafi ją rozpalić naukowo, pokazać jej, że nauka może być piękna, czy potrafi zmotywować, docenić.” Brzmi jak praca psychologa? Bo i psychologami nauczyciele muszą być: sprawnymi i ze sprawdzonymi technikami terapii.

W „Belfrach” zaskakujące jest to, że w wypowiedziach nauczycieli nie wyczuwa się goryczy. Owszem, zauważają społeczny ferment, jaki wzbudził ich strajk, trudno również pominąć inwektywy ze strony władzy albo bolesne milczenie kolegów i koleżanek po fachu. Mimo przekładania nauczycielskich postulatów ponad program krowa i tucznik plus, belfrzy wciąż są chętni do dalszych działań, nie migają się od pracy, powiedzielibyśmy: prezentują proaktywną postawę. Tak jak każda władza kiedyś się kończy, tak odporność i pojemność ludzka ma również swoje granice. Wielu nauczycieli nie ukrywa, że są gotowi odejść z zawodu, bo miarka się przebrała. Pytanie tylko: co wówczas stracą dzieci i młodzież, jak będziemy społecznie wyglądać za kilkanaście lat i kto nas emocjonalnie będzie naprawiał?

 

Dorota Kowalska, „Belfrzy”, Wielka Litera, 2019.

Reklama