Sanki 2.0

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Sanki, które wisiały w piwnicy mojego rodzinnego domu, były dość toporne i jako dziecko nie miałem siły ich dźwigać. Raz czy dwa zdarzyło się, że ktoś mnie na nich ciągnął, ale nigdy na nich nie zjeżdżałem, nawet z najmniejszego wzgórza. Postanowiłem więc nadrobić te braki z dzieciństwa i zjechać, ale z dużej góry.

Jesteśmy w Elfer, jednym z wielu ośrodków narciarskich w Dolinie Stubai w austriackim Tyrolu w Alpach, kilka godzin samochodem z południowej Polski, z Gdańska zaś półtorej godziny samolotem do Monachium i kolejne trzy autokarem (firmy autokarowe za niewielkie pieniądze wożą pasażerów z monachijskiego lotniska prosto na lodowiec Stubai, a można też wykupić pakiet bilet + skipass, który w gruncie rzeczy jest niewiele droższy od samego skipassu, czyli bardzo opłacalny). Cała Dolina żyje z gór – pełno tu dookoła wyciągów, ośrodków narciarskich, orczyków… Najważniejsze, że niedaleko stąd jest lodowiec Stubai, a na nim olbrzymi kompleks wszystkiego, co wielbiciele białego szaleństwa mogą sobie życzyć. Znajdziecie tam wszelkiego rodzaju trasy i szlaki, wypożyczalnie sprzętu, instruktorów, restauracje, szkółki i akademie, ośle łączki, kolejki linowe, którymi dostaniecie się bardzo, bardzo wysoko i z których będziecie mogli cieszyć się niepowtarzalnymi widokami. Jest też grota i obowiązkowa platforma widokowa. Narciarska infrastruktura na najwyższym poziomie ciągnie się przez całą Dolinę Stubai. Oprócz kilku ośrodków narciarskich znajdziecie też fantastyczne szlaki wędrówkowe, miejsca, z których startują i gdzie lądują paralotniarze oraz oczywiście tory saneczkarskie. Dwa z nich są właśnie w Elfer, gdzieś obok wyciągu i drewnianego budynku, do którego zmierzamy na kolację.

stubai_1-min

Christian, nasz przewodnik i instruktor, który urodził i wychował się w Dolinie, nazywa ten budynek z polska „bacówką”. Duża, drewniana chata mieści teraz nowoczesną restaurację. W środku również króluje drewno, ale nikt nie sili się na przesadne dbanie o tradycję. Można tam, owszem, zjeść i wypić coś tradycyjnego, i tak zresztą czynimy. Ale kiedy wychodzimy z powrotem na zewnątrz, na chwilę wita nas po raz kolejny XXI wiek – dyskotekowe światła, głośna muzyka oraz narciarze i turyści pijący szoty przy zaimprowizowanym barze na zewnątrz. Dobra impreza, pewnie chętnie byśmy się dołączyli, ale mamy swoje plany.

Reklama

stubai_2-min

Wyciągamy swoje sanki z zaspy, otrzepujemy nieco i rozpoczynamy nasz krótki pochód. Nasze pojazdy wydają dziwne dźwięki, kiedy je ciągniemy na sznurkach za nami. Wsiadamy na nasze sanki. Zwykłe sanki wypożyczone na miejscu, nie tam żaden specjalistyczny sprzęt. Ot, kilka pozbijanych ze sobą deseczek, płozy obciągnięte kawałkiem metalu, do tego siedzisko ze skórek i sznurek, by było się czego trzymać. Christian krótko wyjaśnia – hamuje się nogami, skręca się nogami. Skręt w prawo to hamowanie prawą nogą. Skręt w lewo – analogicznie. Radzi jeszcze, żeby lepiej trzymać się ściany, nie krawędzi. Dobra rada. Momentami od przepaści oddzielać nas będzie tylko niewielka zaspa śnieżna, a sanki nie mają spadochronu. Trochę się niepokoję, ale przecież Christian mówił, że tędy każdego dnia jeździ cała masa dzieciaków. Sam widziałem siedmio- czy dziesięciolatków, którzy z wypiekami na twarzy i ekscytacją w głosie dzielili się ze sobą wrażeniami, ciągnąc przez miasteczko zgrzytające o asfalt sanki. Skoro na torze radzą sobie kilkulatki, to trzydziestolatek chyba też sobie poradzi, co?

stubai_3-min

Siadam okrakiem na sankach. Kiedy patrzyłem na nie z góry, wydawały mi się jakieś wyższe. Moi koledzy i koleżanki dopinają swoje kaski i gogle narciarskie, ale ja, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, mam na głowie jedynie czapkę. Odpycham się niezgrabnie kilka razy buciorami od śniegu, żeby ruszyć. W końcu sanki zaczynają jechać same. Przyhamowuję, mijam pierwszy lampion, dojeżdżam do zakrętu, skręcam, jadę dalej. To jest łatwiejsze, niż myślałem. Sanki nabierają prędkości, a ja na krótkim, w miarę prostym fragmencie drogi staram się porozglądać na boki. Z lewej strony ściana śniegu, lodu i drzew, gdzieś półtora metra nad moją głową zaczyna rozciągać się las. Z prawej las ciągnie się gdzieś pode mną, nie widzę go dobrze znad niewielkiej zaspy, bo jest gdzieś poniżej (i tam też ciągnie się dalsza część drogi, którą pędzę coraz szybciej i szybciej), ale kilkadziesiąt metrów dalej widzę kolejne zadrzewione zbocze.

stubai_4-min

Jestem już na długiej prostej, więc pędzę w dół niczym pocisk o niezbyt aerodynamicznym kształcie. Kiedy wyjeżdżam na prostsze fragmenty trasy, moje sanki rozpędzają się jeszcze bardziej i wtedy zaczynam rozumieć, po co niektórzy moi towarzysze zabrali gogle narciarskie – nie wiedzieć czemu spod sanek prosto w oczy tryska śnieg. W ostatniej chwili wchodzę w 90-stopniowy zakręt w lewo, praktycznie ocierając się o zaspę i lampion, przejeżdżam przez niewielki drewniany mostek szybciej, niż bym chciał i skręcam o kolejne 90 stopni w prawo. W tym samym momencie dostrzegam migające światła jakieś pięćdziesiąt metrów przede mną – koniec trasy.

stubai_5-min

Christian mówi, że trasa, którą przejechaliśmy, ma jakieś 8 kilometrów. Nie potrafię stwierdzić, jak długo nam to zajęło, ale on zagląda pod rękaw, patrzy na zegarek i stwierdza, że jakieś 20 minut. 20 minut?! Miałem wrażenie, że minęły góra cztery. Teraz już analizuję na chłodno – w Elfer trasa była przygotowana tak, żeby sprawiać wrażenie wymagającej i ekstremalnej, a jednak nawet taki saneczkowy laik jak ja przejechał ją bez problemu. Z drugiej jednak strony jestem nieco przerażony – odkrywam, że mam jakąś traumę prędkości. Obiecałem sobie, że następnym razem przejadę tę trasę za dnia i tym razem nie będę tyle hamował.

W nocy nie mogłem spać. Adrenalina wciąż robiła swoje.

Reklama

Dyniak

– Jak można wywalać gnój w klapkach? – pytam tego wieśniaka. Nie