My lubim sielanki

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Często najciekawsze i przełomowe materiały reporterskie powstają, kiedy sprawy pozornie oczywiste reporter zdecyduje się podważyć. „Disco polo nikt nie słucha, nikt nie szanuje, bo ono jest jak papier toaletowy: codziennie go używasz, ale nikt o nim nie mówi” – w sedno trafia jeden z rozmówców Judyty Sierakowskiej. Spróbujmy sobie teraz jednak wyobrazić życie bez towaru w poprzedniej epoce luksusowego. To rodzi pytania o ówczesną definicję luksusu. A jak luksusu, to i codzienności. Tego, co dziś dla nas żenujące i niewarte uwagi. Dla etnografów, reporterów i historyków – bezcenne.

Maryla Rodowicz, Hanna Śleszyńska, Ela Zającówna, Adrianna Biedrzyńska, Katarzyna Skrzynecka, Majka Jeżowska, Grażyna Torbicka, Agnieszka Kotulanka, Krzysztof Tyniec, Robert Rozmus, Piotr Gąsowski, Rudi Schubert, Janusz Rewiński, Robert Janowski, Bogusław Mec, Ryszard Rynkowski, Zbigniew Wodecki, Jacek Wójcicki, Marian Opania, Wiktor Zborowski, Tomasz Stockinger, Grupa Vox – najlepsi, prawda? Kto by ich chętnie na żywo nie obejrzał. A to tylko część gwiezdnej plejady, która występowała na galach biesiadnych, które rozmnożyły się jak grzyby po deszczu w latach 90. Zanim jednak polskie biesiadowanie w potransformacyjnej rzeczywistości weszło nam w krew, na początku było disco polo.

Piosenka lekka, łatwa i przyjemna. Dudniły nią osiedla, parki, dyskoteki. Kto z pokolenia 30-latków nie pamięta kaset sprzedawanych na bazarkach i w szarych, jęczących szczękach. Prawda li to, że na zyskach z dyskotek i półlegalnego rozpowszechniania muzyki sprytni menedżerowie zarobili krocie, a nawet wciąż żyją z tantiem. Nieprzesadnie rozpasanie discopolowego świata ukazał Maciej Bochniak w swoim filmie z Tomaszem Kotem i Dawidem Ogrodnikiem. Mało kto jednak na poważnie dotąd zapytał, jak do tego doszło.

Judyta Sierakowska przygląda się disco polo nie tylko z poziomu ludycznej, swojskiej zabawy. Odtwarza panoramę kultury lat 90., przygląda się jej korzeniom, odłamom i owocom, które konsumujemy do dziś. Choć ich spożywanie jest oczywiste jak herbata z cytryną, ale przyznanie się do tego – już mniej.

 
Reklama
 
Reklama

O rany koguta, czego tu nie ma: nasza polska mentalność, postać fornala na gumnie, lotne w powietrzu bociany (długim szeregiem), kozaczy lans Masy, kolorofony, oczepiny, helikoptery policyjne nad remizą, bibka w popegeerowskiej hali, wytwórnia kaset w garażu wuja Zdzicha, szczęki na Stadionie, wiece przedwyborcze, oszalały z bezradności fiskus, kasa w reklamówce z Baltoną, prawo pisane na własnej skórze, Sala Kongresowa, limuzyna pod McDonaldem, pociąg z daleka, Agnieszka Osiecka, blaszane zegarki, skonsternowany CBOS, baloniki na druciku, bikejki, pocztówki dźwiękowe, miłość w Zakopanem, plagiaty, wakacje w Kołobrzegu, mafia pruszkowska, miliony odsłon w YouTube, krytyka proboszcza, PZPN, fryzura na czeskiego piłkarza, i „ta moja muzyka, co im ciszej, tym ładniej mi gra”.

Nieprawdopodobna magma – Sierakowskiej udaje się w tym surfować zwinnie i gładko, porządkuje materiał według magicznego klucza wzajemnego wynikania, częściowo chronologii. Dociera do rozmówców bezpośrednio, zbiera mnóstwo opowieści, anegdot, odtwarza emocjonalny i transformacyjny pejzaż ze szczegółami; przywołuje szersze konteksty, umiejscawia na mentalnej mapie, nie piętnuje, nie diagnozuje, stosuje zasadę czujnego i chłodnego nasłuchu. Bo przecież kultura popularna to również „Dynastia”, „Moda na sukces”, opatentowanie samego siebie, „Niewolnica Isaura”, Manieczki, Modern Talking, magnes z gór, oscypek i „Despacito”. Nade wszystko to polska unikalność, której próżno będziemy szukać u sąsiadów.

Judyta Sierakowska udowadnia w swojej książce, że rozległe zjawisko, jakim jest disco polo, to w olbrzymią przestrzeń zdarzeń i wydarzeń w polskiej tożsamości rzeczywistość zwyczajnie wyparta – w tym sensie, że wolimy się jej z bliska nie przyglądać. Uczestniczyć – jak najbardziej, kto nie lubi poszaleć przy „Miłości w Zakopanem”. Byle tylko ktoś nas po dyskotece na Fejsie nie oznaczyli.

Na podziw wręcz zasługują wieloletni research i wielopoziomowe badanie polskiej kultury. Niezwykle ciężką i potrzebną pracę wykonała Judyta Sierakowska – w wielu instytucjach nie znalazła zrozumienia, nie mówiąc o dofinansowaniu swoich badań, odbijała się od wielu drzwi, a po roztarciu guza wchodziła oknem (cytat z korespondencji MKiDN: „Przykro mi, ale nie widzę żadnej potrzeby dokumentowania w poważnej książce dziejów disco polo, a już szczególnie za pieniądze ministerstwa kultury”).

Jej upór i konsekwencja zaowocowały książką niezbędną, momentami zabawną, w większości uderzającą przenikliwością, kiedy reflektor uwagi kieruje na sprawy rzekomo oczywiste. W książce można wszak było przyjąć perspektywę kpiny i pogardy – w to, co przaśne, ludowe i proste łatwo uderzyć z perspektywy wielkomiejskiego, wszystkowiedzącego liberała. Jakże to wielkie w opowieści Sierakowskiej, że udało jej się tego uniknąć. Napisana z wielkim szacunkiem do słuchaczy, czytelników i opisywanych zjawisk opowieść o esencji naszej kultury. A przecież my z niej wszyscy. Plus okładka – spróbujcie się nie uśmiechnąć.

 
Reklama

Jeśli wciąż mają Państwo wątpliwości, czy to nie aby książka o podmiejskim umpa-umpa, tu fragmenty na zachętę:

„Masa”, czyli Jarosław Sokołowski (rocznik 1962), to najbardziej medialny polski gangster – współautor jedenastu książek o sobie. W każdej kolejnej przybywa mu dokonań, znajomości i doświadczenia. To też łamacz niewieścich serc i prawa, pisarz, felietonista i celebryta – i przede wszystkim człowiek zbudowany z masy. W odróżnieniu od kolegów z branży postawił na piłkę nożną, ale nie na ogólnorozwojowe ćwiczenia na siłowni. W książce „Masa. Jak stałem się bestią. Od pakera do gangstera” (2018) wyznał sekret swojego wyglądu: nigdy nie redukować tkanki tłuszczowej, czyli zawsze być w masie. Sokołowski fach gangsterski zaczął szlifować jeszcze w latach 80., terminując u Ireneusza P., pseudonim „Barabasz”. Na przełomie lat 80. i 90. zdobył stałe zlecenia w wielu organizacjach: legalizował skradzione samochody, napadał na tiry z papierosami, miał regularne wpływy z haraczy. Najprężniej działał w grupie pruszkowskiej stworzonej przez „Pershinga”. Teraz dzieci ma odchowane: syn jest prawnikiem, córka księgową, a życie świadka koronnego wykorzystał na pisanie i promocję własnej osoby.

(…)

Pani wójt była nawet na otwarciu dyskoteki i podobało jej się. Taka dyskoteka w wiejskich warunkach nie miała sobie równych ani kotroferty kulturalnej, bo ze względu na nikłe zainteresowanie w tamtejszym gminnym ośrodku kultury zlikwidowano kino. Z rozrywek była tylko ta dyskoteka.

Występ w Panderozie był jak przepustka do sławy. To tutaj zaczynali Maxel, Skaner, Boysi, Akcent.

– Kiedy występowałem tam pierwszy raz, imprezę prowadził Marek Sierocki. To było jak marzenie – opowiada Zenek Martyniuk.

– Dla nas, początkujących artystów, to było jak debiuty w Opolu – ocenia Marcin Miller.

Tylko miejscowy ksiądz pomstował nad dyskoteką – podczas kazań nazywał Panderozę „świątynią rozpusty”, która zwabia grzeszne dusze. A w celu wyplenienia zła z dyskoteki zainscenizował pod nią drogę krzyżową.

 

Judyta Sierakowska, „Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo”, Wydawnictwo Poznańskie, 2019.

Reklama