Po Witkacym, a przed końcem świata

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ze wszech stron, a najszybciej w miejscach publicznych zastajemy współczesność, jakby nie była nam konieczna. Zbyt wiele otacza nas ekranów, byśmy byli jeszcze w stanie uczestniczyć w czymkolwiek bez punktu odniesienia. Wszyscy staliśmy się widzami. Nie tylko ginącej planety. Osiągamy. Ekstatyczny punkt zborny w zobojętnieniu.

To myśl, która nie naradza się wraz z percepcją „Metafizyki dwugłowego cielęcia” Natalii Korczakowskiej wydanie-trzecie-dodane (dlaczego trzecie, zaraz wyjaśnię). To myśl, która się wyłącznie poprzez tę sztukę w Teatrzegalerii Studio, uwypukla. Jakbyśmy wyłożyli podszewkę tej jedynej współczesności, w której jesteśmy skazani mieszkać, na lewą stronę. Całkowity krajobraz w ogóle, którym jeszcze dzisiaj dysponujemy, to ściegi, rusztowania i krawieckie cięcia.

Działa niepozbierane Witkacego

 
Reklama
 
Reklama

Za oceanem Witkacy protoplastą awangardy w teatrze, na starym lądzie, w zmartwionej Polsce w przeddzień i dzień wyborów — niedokończonym dziełem i postacią, której ciało nie wiadomo dostatecznie, gdzie pochowane, błąka się cieniem złowieszczym, wąsatym na te czasy. Amerykanin Everett Keeter, absolwent CalArts, zespołu uczelni artystycznych w Kalifornii, aktor Natalii Korczakowskiej w „Metafizyce dwugłowego cielęcia” opowiada mi, że gra aktorska w Polsce jest nakierowana na to, czego jeszcze aktor nie zna, na gotowość do spróbowania się. Niby to już łapiemy jakiś sens i jak w VR-owej grze idziemy chociaż w nieznane, ale wtedy stop, tknięcie i znów orbitujemy jednorazową, stechnikalizowaną rzeczywistość, bardziej jak panowie i panie od nagłośnienia, niż od prozy. 

W listopadzie ubiegłego roku, Witkacy Korczakowskiej, który mości w sobie nie tylko Metafizykę, ale i elementy Kurki wodnej oraz innych rozwrzasków Stanisława Ignacego, bo jeszcze za życia nie sposób go było ująć wystarczająco, ciągle chodził po tym Zakopanem i Krakowie, narzekając, że mamy brać z niego krzykiem pisma filozoficzne, a wzięliśmy namiętnie, czego by sobie nie życzył — dramaty, debiutował w tłumaczeniu Daniela Geroulda na deskach CalArts w Los Angeles. To z CalArts właśnie pochodzi połowa obsady tego spektaklu. Na premierę polską, w lutym tego roku, Teatrgaleria Studio przygotowała następnie ten sam utwór w obsadzie całkowicie tutejszej. W obydwu zagrała między innymi Ewa Błaszczyk. Na powitanie tej jesieni w Warszawie obejrzeliśmy premierę wznowionej wersji Dwugłowego cielęcia, czyli na powrót w obsadzie amerykańsko-polskiej, jednak z inną głębią ostrości w temacie, jakim jest dezintegracja osobowości współczesnego człowieka. Polsko-amerykański zespół „Witkacego / Two-headed calf” (CalArts Center for New Performance i Studio Teatrgaleria) zagra zresztą na deskach prestiżowego RedCat w Los Angeles dziewięciokrotnie i to już za chwilę, bo premierowo w najbliższy piątek, 18 października.

„spektakl w języku angielskim z polskimi napisami” 

Wydanie trzecie, dodane i warszawskie, przesiedziałam, jak nigdy w teatrze, w ostatnim rzędzie, niczym reżyser, jakbym sama ten spektakl stworzyła i nie mogła go znieść. Jakbym z niego pochodziła. Scenograficznie zresztą także oddzielał się od widza poczerniałą, przezroczystą błoną. Aktorzy zrelacjonowani byli sami sobie w zamkniętym boksie: sceny w scenie. Niektórzy przechadzali się krawędzią własnej rzeczywistości, poza sceną w scenie, czyli istotnie po klasycznych deskach plateau—jakby przypominali nam teatr w swoim pierwotnym zaspokojonym wydaniu. To ostatnie, to niby to-to, po witkacowsku słodkie, łapiące się nadziei, showeksponowanego życia, którego należy się uchwycić z pomroków. 

 
Reklama

„Spektakl w języku angielskim z polskimi napisami”, dopisał w repertuarze ktoś z działu promocji. I to jest może jakieś tam clue przedstawienia. Przez przebieg sztuki, procesualnie, kuliłam się coraz to w sobie, w swoim za dużym płaszczu męskim, którego nie zdjęłam w szatni, bo daje mi poczucie bezpieczeństwa; załamywałam ręce, a w nich chowałam głowęi wcale na ten spektakl nie patrzyłam. Wyłącznie na napisy na bocznej ścianie, ekran ze słowami zakopiańczyka, tłumaczonymi z angielskiego na polski. Jak gdyby nic, co w ruchu i w przestrzeni pokazane tego wieczora, nie było ważne. Wyłącznie migający tekst czarny na białym. Czysty, nieporadny, za duży Witkacy, jak mój płaszcz.

Sztuka w dzisiejszych czasach już nie chce wystarczyć. W obliczu klimatycznej zagłady świata wydaje się być marną kwestą harcerzy na cmentarzu w Dzień Zaduszny. Może porządkującą co najwyżej myśli. Ale zarazem to i tak najlepsza z okupacji, którą możemy czynić przed zbiorową śmiercią. Nasuwa się oczywiste pytanie: czy to wszystko Witkacy przewidział? A cholera wie. I prawie nie ma to znaczenia. Ogarnia nas nie nastrój nihilistyczny, nierekompensacyjne oczekiwanie miłości. Coś pomiędzy w zamian. Przemieszanie fizycznego głodu, upragnienie mięsa w czasach, gdy już nie wolno go jeść, pomieszanie już nie niepokoju, niepokój jest przecież dopiero przewidywaniem czegoś złego; my coś bardzozłego mamy już za pewnik. Raczej pomieszanie także i czystej obecności — nareszcie. Tak. Jedyne, co nas jeszcze dotyczy,  p o  Witkacym, a p r z e d  końcem świata, to naga, racjonalna obecność. Wychodzę z Teatru Studio, przedzierając się przez bar, dudni mocno muzyka elektroniczna, która doskonale, ale już od dwóch dekad wyraża to, co się aktualnie z nami dzieje: wypłowienie, wydrążenie, bezruch, bezpostaciowość i palące drżenie membrany, zimne, gorejące zagięcie tkanin. Syntetyczne dźwięki. Poszukiwanie wgłąb formy muzycznej, wgłąb materii fizycznej dźwięku. Mijam stoliki rozstawione przed Studiem. Parę zajętych przez zwykłych, żyjących, palących ludzi — parę zajętych, a wszystkie puste. Jakby było już po wszystkim.

Wściekli na proroka / Zły prorok, prorok genialny

W komunikacji ludzie już nie ułatwiają sobie odpowiedzi. Mówią coraz mniej wprost, mimo coraz większej ilości komunikatorów. Coraz mniej skupiają się i pogrążają w pytaniach. Coraz mniej rzeczy biorą do siebie. Coraz mniej są przewrażliwieni, płonący, pragnący siebie wyrazić. Poprzestają w jakichś powściągliwych schematach, mamroczą, mówią bez dykcji. Nie muszą już otwierać porządnie ust, starać się artykulacyjnie. Mają do tego maile, banery, półhasła, stemple na kawę, dziesiąta kawa gratis, karty miejskie, procedury, lotniska. Cała współczesność zdaje się być niekonieczna. Niewymuszona. Niewymagająca od nas ruszenia się z domu, żeby powiedzieć komuś coś w oczy. Wymarła już teraz. Umarliśmy, done; po co czekać na oficjalny koniec świata. Byłby on jak chujowawy, płachtowatyfilm— z podwójnym zakończeniem. Już świetnie reżyserowi wyszło, taka niedopowiedź, takie ujęcie w poprzek zdania. A tu bach, nagle jeszcze uroczystość. Jakaś konieczność puenty i zabawy. Wyjaśnienie. Mrugnięcie okiem twórcy. Jakby widownia, która już dawno poszła do domu na odgrzewane frytki, prosiła się o zbrodnie estetyczne.

I człowiek myśli: po co to komu taki Witkacy, który nam wszystko udowadnia?Po co jeszcze ampułka braku nadziei w czasach, które same już mówią za siebie: cieniem, rysunkiem apokalipsy. Wyszłam ze sztuki bez słowa, bez ani jednego spojrzenia na innych. Zwykle pytam współwidzów jak im się podobało. Ten spektakl zakłada na każdego czarne okulary, oddziela pacjenta od pacjenta. Wszyscy, my z widowni, wychodzimy z przedstawienia jak pojebani gwiazdorzy, zadowoleni ze swojego oswobodzonego życia. Tylko oswobodzonego z czego? Szłam piechotą kilka przystanków, a droga ta mi przedłużeniem spektaklu była. Dobrze, że mam taki duży, za duży płaszcz, wszędzie się w nim kryję z całą tą ludzkością i jej ostatnią potrzebą bezpieczeństwa. I tak zaszłam piechotą na jazz, w wydłużonej linii życia, do jakiejś knajpy po drodze, niby to koncert wśród ludzi, ale wszystko było mi to samo, ta sama materia, niepodzielnosć, z obecnością na koncercie niczym się nie różniąca. Od drogi z buta przez miasto i od bycia w teatrze, ostatnim miejscu, w którym coś jeszcze można załatwić.

Ugrać. 

Potem wyszłam z knajpy, tej od jazzu, i szłam przez Plac Grzybowski, boczną w Królewską i na przełaj do tramwaju, nawet pomyślałam, by zajrzeć do Ciebie, ale tak, byś wreszcie nic nie mówił, niczego nie zdążył powiedzieć. Tylko że wiedziałam, że Ci się nie uda, nie podołasz mi nie odebrać wszystkiego, czego i tak nie mam.

Zdjęcia: Rafał Nawrot

Reklama