Przeznaczenie, czyli jak poznałem moją żonę

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jest deszczowy, październikowy wieczór 1944 roku. Feldmarszałek Ludendorf w obecności swoich dwóch adiutantów: Hansa Kurca i Joachima Netke kończył jeść kolację. Właśnie tu, w tajnej bazie eksperymentalnych Ubootów zwanych powszechnie Klajnehuntpancerboot feldmarszałek jadł swoje wursty mit senf, nie zdając sobie sprawy z tego, że za pięćdziesiąt trzy lata, 590 km na południowy wschód od tego miejsca, w mieście Katowice, pewien młody chłopak będzie przemieszczał się tramwajem nr 14.

Tak, to byłem ja. Jechałem właśnie na lekcje gry na klawesynie, które pobierałem u profesora Marii Mieczkowskiego, niekwestionowanej sławy w świecie klawesynów, kiedy nagle, po drugiej stronie tramwaju, tuż przy motorniczym zobaczyłem Gosię, moją przyszłą żonę. Stała przede mną zgrabna blondynka w mega krótkiej skórzanej spódnicy, rajstopach kabaretkach i wysokich szpilkach na nogach. Usta wydatne siną farbą kłute, dekolt do pępka, piersi ogromne, lekko spocone. Za nią stał jakiś staruszek, za nim pani z wózkiem, kanar i w końcu na końcu… moja Gosia. Czarne warkoczyki, granatowa spódniczka, podkolanówki i tuba ze szkicami Sosnowca. Jak się okazało wracała z lekcji rysunku u profesor Michaliny Szpitz-Korońskiej. Stała taka bidulinka i rumieniła się za każdym razem, gdy na nią spojrzałem. Ach, co tu dużo mówić, zakochałem się. Serce biło mi jak oszalałe. W takich momentach zwykły ot tramwaj, staje się miejscem wprost magicznym. On już nie jedzie po szynach, tylko koła turkoczą wesołą melodię: La-la-la, La-la-la. Już po chwili znaleźliśmy się w małej, przytulnej knajpce. Stolik, na nim jakaś kawa, galaretka owocowa, jabłecznik, kawałek sernika, pischinger, strucla makowa, beza pavlova i likier bananowy, tyle pamiętam. Siedzimy sobie. Było to spotkanie mniej może w konwencji firli-firli, a bardziej w stylu comsi comsa. Ja opowiadam coś o wymianie alternatora. Chcąc jej zaimponować, mówiłem że robiłem to sam, oczywiście kłamałem. Widzę, że słucha. Żuje warkocz, ale słucha. Już mam przejść do najciekawszego momentu opowieści, a mianowicie naciągania paska klinowego na koło pasowe, gdy nagle Gośka wstaje i wychodzi. Ale nie tak wychodzi – wychodzi, a bardziej tak wybiega – wybiega i to z krzykiem. Byłem nieco zaskoczony, trochę rozczarowany, właściwie zdruzgotany. Alternator, comsi comsa, czyli trochę życia, trochę romantyzmu, a tu krzyki, płacz, jakieś sceny. Wybiegam za nią, doganiam, łapię za rękę. Ona się odwraca i jeszcze trochę płacząc, trochę śmiejąc się patrzy mi w oczy i mówi do mnie, a pamiętam to jak dziś, mówi tym swoim delikatnym, nieco roztrzęsionym głosem: „Klajnehuntpancerboot” i pokazuje na starą, mocno już zardzewiałą tabliczkę na murze, na której widniał wytarty przez czas i historię napis, pisany szwabachem. Szok i niedowierzanie. Jakby trafił mnie grom jakiś. Pięćdziesiąt trzy lata po słynnej kolacji w tajnej bazie? Tu? Właśnie teraz? Ludendorf, ty stary diable! – pomyślałem sobie. Wiedzieliśmy z Gosią, że to nie może być przypadek, że to przeznaczenie, że byliśmy sobie pisani. Objęliśmy się czule i poszliśmy na spacer do ZOO karmić małpy gumą do żucia. I tak już do dzisiaj. 

Reklama