Oswajanie tragedii – Nick Cave and The Bad Seeds – Ghosteen

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

O niesamowitości Nicka Cave’a dziennikarze z całego świata napisali naprawdę wiele akapitów. Zresztą, to bardzo zasłużone powszechne uwielbienie, bo artysta zawsze (od początku swej kariery w brudnym, post-punkowym The Birthday Party, a kończąc na nowszych dokonaniach spod znaku upiornej poezji śpiewanej) emanował specyficzną kreatywną energią.

Niczym charyzmatyczny bard-wampir, Australijczyk kocha opowiadać niezwykle mroczne, aczkolwiek liryczne historie na tematy ostateczne, wśród których przewijają się motywy Boga, miłości, śmierci i przeznaczenia. Najświeższy album nagrany wraz z zespołem The Bad Seeds także nawiązuje do ulubionych wątków muzyka, ale sposób ich przedstawienia dość mocno wyróżnia się na tle jego dyskografii.

Reklama

Na “Ghosteen” mamy do czynienia ze sztuką, która co prawda mówi o bolesnych sprawach (krążek jest w dużej mierze zainspirowany żałobą po tragicznej śmierci syna wokalisty), jednakże tym razem Cave nie zanurza się w głębokie odmęty mroku, tak jak to miał wcześniej w zwyczaju. Pomimo licznych odniesień do apokaliptycznej metaforyki, obrazowo artykułuje nadzieję na lepsze jutro. Można wręcz odnieść wrażenie, że twórca potraktował pracę nad płytą jako autoterapię. O ile kiedyś konkludował egzystencjalne pytania fatalistycznymi wnioskami, to tutaj zmierza w zaskakującym, katartycznym kierunku.

Po raz pierwszy Nick Cave całkowicie zrywa z rock’n’rollową formą. Już nawet nie bawi się w dekonstrukcję gatunku jak przy okazji projektu Grinderman, a po prostu rezygnuje z tradycyjnej, piosenkowej gramatyki. W każdym utworze króluje ambientowe tempo, prowadzące odbiorcę za rękę przez hipnotyzujące, dźwiękowe pejzaże. Zupełnie jakby artysta uznał prywatną żałobę za zbyt wielowymiarową, by spłycać ją szablonami zwrotek i refrenów.

Dzięki tej cierpliwej narracji słuchacz ma szansę spokojnie przetrawić problematykę wagi ciężkiej, skrywającą wiele warstw przemyśleń podmiotu lirycznego. Nie da się więc słuchać tego albumu przy obiedzie albo w trakcie surfowania po internecie. „Ghosteen” wymaga od nas stuprocentowej uwagi, przez co obcowanie z tytułem przypomina konsumpcję dobrej literatury lub intensywny kinowy seans.

Fundamentalny element całości to skrajnie minimalistyczna, uproszczona struktura. Brzmienie oparte w dużej mierze na powtarzalnych, meandrujących partiach syntezatora oraz smyczków, jest dokładnie takie jak okładka – piękne w swej prostocie. Nieskomplikowane kompozycje mają sobie po prostu harmonijnie funkcjonować i nie przeszkadzać Cave’owi w formułowaniu myśli. Osobliwy zabieg uwypukla autentyczne emocje autora i zaznacza odmienność materiału, któremu bliżej do godzinnej spowiedzi niż do standardowego wydawnictwa muzycznego.

“Ghosteen” to trudny w odbiorze zapis przeżyć artysty, pragnącego w końcu odnaleźć wewnętrzny spokój. Niełatwo rekomendować tak nieprzystępny krążek, gdyż wymaga on od nas odpowiedniego nastawienia przed odsłuchem. Natomiast niezależnie od estetycznych oraz światopoglądowych preferencji, wszyscy powinniśmy być wdzięczni panu Cave’owi. Dzięki niemu muzyka popularna osiąga emocjonalne oraz artystyczne rejestry zazwyczaj niedostępne dla masowego odbiorcy.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Reklama