Nie-reporterka – „Wędrowny zakład fotograficzny” Agnieszki Pajączkowskiej, recenzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Agnieszka Pajączkowska nie jest typową reporterką. Nie jest też typową fotografką. W ogóle nic w niej zwyczajnego. To już wystarczające powody do zainteresowania się nią i jej książką „Wędrowny Zakład Fotograficzny”. A jest ich więcej.

Przez pięć lat pokonała setki kilometrów wzdłuż wschodniej i północnej granicy Polski i znalazła się też na Dolnym Śląsku. Poszukiwała kadrów i opowieści. Podróżowała zupełnie sama, kupionym specjalnie na potrzeby działań oryginalnym wehikułem – 30-letnim volkswagenem T3. Dzięki temu zdobyła niezależność, choć przychodziło jej się myć w rzekach i studniach. Koncept Wędrownego Zakładu zrodził się mimochodem – tak się wpada na genialne pomysły. Jako zaangażowana w zagadnienia teoretyczne i praktyczka w jednej osobie postanowiła scalić ideę fotografii i jednocześnie przywrócić jej pierwotny, rzemieślniczy charakter.

Reklama

W epoce smartfonizacji Pajączkowska sprawdza, czy prawdą jest to, że podobno dziś wszyscy jesteśmy fotografami. Okazuje się, że fotograficznie wykluczone są osoby starsze, zamieszkałe na wsiach, z dala od tętniących bilbordami i instytucjami miast. To ich wybiera na swoich partnerów w obserwacyjnych działaniach. Oferuje zdjęcie, drukuje je na prostej, przenośnej drukarce i obdarowuje nimi „pozujących” (choć trudno tu o typową pozę – fotografuje ich w trakcie wykonywania codziennych czynności, na ganku, przed domem czy w ogródku). Wizerunku fotografowanego nie upublicznia. W zamian dostaje warzywa, przetwory, szklankę herbaty i „towar” niemożliwy do wycenienia: opowieść. Ta staje się walutą i treścią późniejszej publikacji. Pajączkowska działa więc trochę na wzór, a trochę na przekór słynnej Zofii Rydet, choć wykonuje od tamtej pracę etnograficzną dużo bardziej rozległą – początkowo nieco nieświadomie opracowuje źródła.

W latach 20. i 30. wędrowni fotografowie wiejscy sami w sobie stanowili atrakcję, a owoce ich działań były nieraz jedyną pamiątką osobistą po bliskich z tego samego sioła albo po sobie samych z młodości. Autorka wymieniając zdjęcia na opowieść i obdarowując spotkanych fotografiami, przywołuje etos usługowy fotografii i pięknie powraca do rzemieślniczej tradycji. Skutecznie unika sentymentalizacji, kiczu i uprzedmiotawiania ludzi. Nie chce żerować na egzotyce wiejskiej, przygranicznej biedy. Dźwiga powierzone jej historie, przyjmuje odpowiedzialność za ich wysłuchanie. Pajączkowska nie miała przy tym szczególnych ambicji reporterskich, nie planowała również publikacji. Całość wyrasta z wewnętrznego, osobistego doświadczenia, rozmów i przypadkowych spotkań. I dlatego „Wędrowny Zakład Fotograficzny” to książka tak udana – bo prawdziwa.

Dla zapatrzonych w wielkie miasta książka może okazać się szokiem – Polska z kadrów Zofii Rydet istnieje nadal. Znajdziemy tu sklepy obwoźne, biedę, samotność, skrajne zapomnienie i w wielu przypadkach socjologiczno-gospodarczą porażkę. Narracja Pajączkowskiej pozwala jednak z samotnych podróży ocalić to, nad czym w miastach musimy pracować w klimatyzowanych studiach i z użyciem zaawansowanych programów graficznych: godność, autentyzm przeżycia, bliskość doświadczenia i niestylizowaną codzienność. Nie czarujmy się: i tak nam się nie udaje. Współczesna fotografia skompromitowała się wielokrotnie. Jest skrajnie ambiwalentnym narzędziem: służy do efekciarskiego egzotyzowania współczesności, instrumentalizowania obiektów, w rezultacie – ich użycia, często w celach żałośnie tandetnej autopromocji pretensjonalnego fotografa. U Pajączkowskiej nie ma o tym mowy. Dlatego w książce nie znajdziemy twarzy bohaterów – dla fotografowanych były użyteczne i ważne, dla autorki – zbyt intymne, dlatego upublicznienie wizerunków modeli byłoby ich zdradą. Prawdziwe portrety kreśli za pomocą słów. Dzięki swojej żelaznej konsekwencji, nieprzeciętnej odwadze, charyzmie i zdrowemu uporowi oddaje w nasze ręce książkę zaskakującą i misternie skonstruowaną.

Agnieszka Pajączkowska posługując się tylko intuicją, otwartością i podróżniczą ciekawością zachowała bezcenne fragmenty Polsk powoli zamierających. Czasami niespodziewanie natrafi na historię przez duże ha, czasami żal i złość każą jej wieś opuścić czym prędzej. Niejednokrotnie przygraniczna ojczyzna wybucha jej prosto w twarz – niesforna, skaleczona, dzika i nieproszona o komentarz. Z tym również Pajączkowska sobie radzi – oddala się, widzi, opisuje, upamiętnia, ale nie ocenia.

Dzięki jasności patrzenia i czystości postrzegania autorka dociera do przestrzeni, której nie jest w stanie zdefiniować żadne pojęcie. Tym samym dociera do źródła sensu fotografii. A to wszystko w atmosferze dziecięcego zdumienia innością i szacunku do człowieka.

 

Agnieszka Pajączkowska, „Wędrowny zakład fotograficzny”, Wydawnictwo Czarne 2019.

Autor

Katarzyna Woźniak – Zwyczajna dziewczyna z łódzkich Bałut. Dźwiękoczuła i światłolubna. Na co dzień analizuje rynek w „Media i Marketing Polska”. Po godzinach kolekcjonuje opowieści. Z wykształcenia polonistka i filmoznawczyni. Zdecydowanie woli pisać o książkach, choć właśnie to robi najrzadziej.

Przeczytaj również

Reklama