Rozmowy w oczekiwalni – Powrót do przeszłości

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Od zawsze ryczał. Najpierw jako niemowlak. Potem kontynuował tę tradycję w szkole podstawowej, becząc: chcę do mamy i taty. Teraz ryczał dojrzale. Z wściekłością wydechu swojego sportowego wehikułu. Ten ryk był całkowitym przeciwieństwem tego dziecięcego, jakby chciał zrekompensować sobie tamte, według niego, przegrane lata. Chciał zapomnieć, ale też trochę pamiętać. Przy skowycie swojego, z pewnością nielegalnego tłumika, słuchał „Beksy” Artura Rojka. Też miał „dość wspomnień”, ale jednocześnie w chwili takiej jak ta, masochistycznie je celebrował.

Tak, chciał żeby patrzyli. Przecież nie był już „Beksą”. Jego samochód był absolutnie wyjątkowy. Nie jakiś wypieszczony w SPA, lśniący niczym pewna część ciała u naszych psich pupili, ani też z matową folią, spod której śmiejąc się z właściciela wypełza zwykły lakier. Robotnik z fabryki w Houston w Stanach Zjednoczonych wypuścił go do dilera, kiedy w Polsce Ludowej zaczynał się stan wojenny. To był De Lorean, którego karoserię wykonano ze prawdziwego szczotkowanego aluminium. Kiedyś zażartował znajomej, że blachy zespawał mu lakiernik z kilku tysięcy wyeksploatowanych laptopów APPLE, które właśnie są pokryte tym eleganckim materiałem.
– Zbieraj dla mnie swoje – powiedział, wiedząc że Paniusia co pół roku wymienia swojego „appla” na nowy, lepszy czy według niej mniej zniszczony. Najlepsze było to, że uwierzyła!

Teraz jechał do swojego dentysty. Nie jakiegoś, tylko z naciskiem na SWOJEGO. Jak z czymś lub kimś się żył, lubił to sobie personalizować. Najbardziej ze swoją żoną, wbrew dziwnej modzie, kiedy to wszyscy znajomi wymieniali swoje drugie połówki na nowsze modele. Weź nie młodniej, weź się starzej – przy śniadaniu fałszował, zazdroszcząc i podziwiając Pawła Domagałę, że kiedy wydawało się, że w muzyce już wszystko było, on zakrzywił rzeczywistość taką piosenką.

Ruszył powoli, jak w żółwiowym tempie lokomotywy Tuwima, kiedy prawa noga musiała w ciągu ułamku sekund powędrować do 38 letniego pedału hamulca. Białe, wysokie BMW wcisnęło się w przestrzeń między nim a autem poprzedzającym.

– O rzesz ty! Co za woźnica w BMW! – Zrównał się z nerwowo jadącym autem ze znaczkiem śmigła na masce. Spotkali się na światłach i już miał powiedzieć furmanowi, że skacze na pasach jak singiel po dziewczynach z TINDERA, ale zaniemówił.

– Cze..Cze..Cześć – wymamrotał jakby był po co najmniej jednym winie o tej wdzięcznej nazwie MAMROT. W aucie siedział Marcin z anywhere.pl. Znali się ponieważ w jednym z jego czasopism jego stomatolog umieszczał swoje opowiadania.

– Absolutnie muszę to zobaczyć z bliska – krzyknął Marcin – Jedź za mną.

Pojechali dalej wznoszącą się w tym miejscu w Gdańsku Wrzeszczu Al. Grunwaldzką, najpierw BMW niczym lotniskowe auto FOLLOW ME prowadzące De Lorean’a, jak samolot na właściwe miejsce parkowania.

– Hej, przecież widziałeś już moje cacko – pieszczotliwie poklepał do tylnym błotniku swój samochód. – Spieszę się poleżeć sobie trochę z otwartą buzią na fotelu u doktora.

– To, co chciałem zobaczyć z bliska to wcale nie twój parch na 4 kołach. Myślę o tym, co masz w swojej pięknej, zadowolonej gębie, brachu – silnie klepnął pacjenta Marcin.

– Proszę, popatrz sobie, możesz nawet podotykać – zachichotał  pacjent.

– Nie wierzę, no grubo to wygląda – ja też takie chcę. Poczekaj, nakręcę relację na insta.

Marcin, zaczął szybko opowiadać kręcąc video.

– Szanowni Państwo, Gdańsk to nie tylko światowa stolica bursztynu. Od dziś jego nową marką będzie człowiek z zębami ze SZCZOTKOWANEGO ALUMINIUM. – nagle zaskoczył go sam pacjent.

– Kolega nie powiedział całej prawdy…Teraz uważajcie!

Na ekranie smatrfona Marcina pacjent pokazał niewielką, elektryczną rotacyjną szczoteczkę do zębów. Różniła się tylko jednym istotnym szczegółem od oryginału. Zamiast miękkiego włosia, miała ostre zakrzywione pręciki, podobne jak w szczotce drucianej do zdzierania rdzy ze starej balustrady. Włączył maszynę na maksymalną moc, po czym dokładnie przejechał tym samorobnym narzędziem po swoich zębach. Jak gdyby je po prostu umył, brakowało tylko w tej scence pasty, łazienki i zlewu.

Po tym brutalnym zabiegu Marcin, który poczuł w sobie pociąg do bycia jednocześnie operatorem i reżyserem huknął jeszcze w aluminiowe zęby twardym bokiem swojej komórki, po czym oznajmił triumfalnie niczym rzymski Cezar.

– Nic, absolutnie nic. Żadnej dodatkowej rysy na powierzchni, zero ułamań poza rzeczywiście zbitą szybką w smartfonie. Ale – zakończył  rechotem – koledze wystawię za to fakturę VAT.

– Daj przynajmniej 30-dniowy termin płatności – wpisał się w klimat pacjent, krzycząc przyjaźnie za odjeżdżającym Marcinem.

Odpalił swojego De Lorean’a, ryknął wydechem chcąc oznajmić – teraz ja włączam się do ruchu i powoli potoczył się niedawno wyremontowaną płaską czarnuszką Alei Grunwaldzkiej. Ach, ten „muj wydafca”, pomyślał o Marcinie z anywhere, parafrazując starą płytę Kultu.
– Jest dokładnie o 180 stopni inny niż śpiewa o tym fachu Kazik. Marcino, który wydaje storytelling doktorowi Zarańskiemu to porządny chłop. Może jeszcze tylko, żeby szybciej odpowiadał na SMS – zaśmiał się wewnętrznie.

Znów na chwilę był „Beksą” Artura Rojka. Zerknął na budynek Manhattanu, gdzie w latach 90′ znajdowało coś na kształt osiedla domków wakacyjnych, z dużymi jak na tamte czasy witrynami. Były to sklepy, w których wreszcie stały się osiągalne towary, od których przez lata byliśmy odcięci. Ruszył nosem jak pies myśliwski w poszukiwaniu tropu – jeszcze czuję zapach kurtek, które były może kiczowate, ale z prawdziwej skóry. Nie żadnej EKO. Zerknął jeszcze na wysoki budynek „dolarowca”, w którym przez lata Polski Ludowej mieścił się Pewex, gdzie można było się upić mentalnie od samego zapachu zachodnich towarów.

Skręcił zgrabnie w Konopnickiej będącej przedłużeniem ulicy Jaśkowej Doliny, gdzie na ulicy czekał już na niego JEGO STOMATOLOG, dr Tomek Zarański.

– Patrz, patrz, z twoimi zębami już są nawet memy w interncie. Bracie, weszliśmy na inny level.

 

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką.  Perfect Smile Clinic Wrzeszcz wręcz odwrotnie – jest jak najbardziej prawdziwa – zapraszamy ciepło, gorąco a nawet upalnie.

Autor

Marcin Głuszek– człowiek u którego w gabinecie zamiast obrazów – dwanaście 65 cm płaskich stoczniowych kluczy zdobi ścianę. Codziennie biega, zmagając się ze wzgórzami lasów Gdańska Wrzeszcza. Wraca i ze spoconej głowy kapią z niego pomysły. Te literackie i marketingowe.

Przeczytaj również

Reklama