Ostatni bankiet prezydenta

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Śpi. Nie śpi, drzemie. W sensie co? W sensie leży sobie i drzemie, chwilę uciął sobie komara, zdaje się, tak się mówi, prawda? Tak, ale co za różnica. Żadna, najebany jest i tyle. Weź mu podnieś łeb, ja go wodą psiknę. Czym go psikniesz? Wodą. Wodą tak, ale z czego będziesz psikał? No ze szklanki. Ze szklanki nie psikniesz, tylko polejesz. Nie wkurwiaj mnie.

— Co się stało? — pan prezydent podniósł się nieco zamroczony, trochę słysząc pojękiwania urzędników jakże wspaniałego pionu administracji rządowej, a trochę je ignorując. W powietrzu stał hałas, po prostu hałas nieprzypominający żadnego konkretnego dźwięku, unoszący się jednakże wokół każdej z postaci paraliżując je w wiecznym krzyku i rozedrganiu. Hałas uzupełniany był przez siwy dym z różnych wyrobów tytoniowych i tych innych, które się palą, tworząc w głowie pana prezydenta poczucie ostateczności, inspirowanego hollywoodzkimi dramatami armagedonu, w którym on wcieliłby się w rolę Bruce’a i innego Willisa, ostatecznie kładąc kres pałętającym się po prezydenckich kotarach idiosynkrazjom. Tak przynajmniej powinien pomyśleć.

— Pan prezydent zasłabł, ale już jest dobrze, więc Panie prezydencie, może przejdziemy się do pokoju obok, trochę pana orzeźwimy i wróci Pan do zabawy — powiedział urzędas, tfu, urzędnik, tfu, minister nawet może, acz w tym całym zamieszaniu zamieszała się również tytulatura i już nie wiadomo kto jest ministrem, kto premierem, a kto po prostu jest.

— Nie — odkaszlnął pan prezydent. — Wszystko w porządku. Poradzę sobie.

Po czym zaczął sobie radzić w ten oto sposób, iż wziął sobie do ręki kielich i, paradoksalnie, nikomu dzięki nie składając, żadnych toastów nie wznosząc, wlał do gardła, nic nie mówiąc, i opuścił osłupiały pion administracji rządowej. Skręcił szybko w lewo, ominął tańczących mężczyzn, ominął tańczącą kobietę, wszedł do łazienki i stanął nad umywalką.

— Umywalka, śmieszne słowo — powiedział na głos, choć wcale nie chciał.

— Prawda. Samochód, samolot, poduszka, naszyjnik, podręcznik, Polska, milicja, podłokietnik, rękaw i czajnik. Też śmieszne – dobiegł głos znad pisuaru lub klozetu, lub czegokolwiek innego, trudno powiedzieć.

— Prawda — odpowiedział pan prezydent. – Polski język jest śmieszny.

— Wszystko w normie — odpowiedział głos i przestał się odzywać.

— Wzięło mnie — powiedział prezydent. — Wzięło mnie straszliwie. Nawet nie wiem co. Pewnie ta wódka. Nigdy wódki nie lubiłem. Ciężki alkohol. Chociaż whisky chętnie. Ale może to dlatego, że się sączy, a nie wlewa w gardło. To wtedy inaczej trochę.

I choć pan prezydent nie wiedział jeszcze, dlaczego rozmawia sam ze sobą, kierując do siebie owe jakże niestosowne komentarze, odczuwał pewną jasność umysłu, jak gdyby wielki ciężar ściągnięto mu z ramion. Nie tyle odpowiedzialności, gdyż tej miał już nie doświadczyć przez czas najbliższy, ale czegoś ulotnego, jak gdyby pozbył się rdzy na kłębach jego myśli, zżerającej je powoli i skutecznie, aż zostawał tylko biały puch bez większej treści. Pan prezydent zrzucił te rewelacje na zgubne skutki działania alkoholu, toteż nie zrobił sobie z tego zbyt wiele.

Wyszedł z łazienki i ogarnął wzrokiem salę. Widział ministrów z teczkami i bez teczek, widział artystów z dotacjami i tych, którzy na dotacje liczą, bankierów z pieniędzmi i tych, którym obiecano, agentów środowiskowych od tych środowisk słusznych, kilku stojących pod ścianą i przerażonych opozycjonistów, prawników za i przeciw sprawie, lobbystów w zasadzie od wszystkiego, kłamców na zlecenie i bez, różnych przemokniętych wielkotwarzowych mężczyzn składających się głównie z tej twarzy i ćwiczonego codziennie mięśnia piwnego, głównych architektów sprawy, szefa i resztę tego wspaniałego pionu administracji publicznej, z którym przez ostatnie pięć lat zdołał się naprawdę zbratać. Łezka spłynęła panu prezydentowi po policzku, gdy wspominał różne akcje, jakie razem odpieprzali.

— To były dobre czasy — powiedział pan prezydent. Spojrzał na stojącego akurat obok niego ministra obrony narodowej i powtórzył ze łzami w oczach. — To była naprawdę fajna zabawa. Będzie mi cię brakować.

— Panie prezydencie, proszę się uspokoić, mężczyźnie nie wypada przecież…

— Co za różnica? — odpowiedział prezydent. — Co za różnica? Czuję płacz – to płaczę, czuję radość – to się cieszę. Co, nagle stałeś się stoikiem?

— Nie, panie prezydencie, nie jestem żadnym pederastą. Mężczyznom po prostu nie wypada tak się rozpłakać — odpowiedział minister obrony narodowej, wysoce nieukontentowany nagłą odmianą pana prezydenta, definitywnie nieustaloną uprzednio w strategii, gdyż zdecydowanie sprzeciwiłby się on, pan minister, tego rodzaju błazenadzie. — Mężczyzna to mężczyzna. Płacz jest dla kobiet i dzieci.

Pan prezydent spojrzał na ministra. Spojrzał na jego stopy w pozycji „spocznij”, na jego wykrochmalony (kto jeszcze krochmali?) garnitur, ręce splecione za plecami i podniesioną do góry siwą głowę z idealnym przedziałkiem po prawej stronie. Spojrzał mu następnie prosto w oczy i powiedział:

— Ej, ale czemu jesteś zawsze takim sztywnym chujem?

Minister obrony narodowej zdębiał po tych słowach, pozycja „spocznij” zmieniła się w atakującą lekko prawą nogę, którą to jednakże szybko opanował dzięki praktykowanej codziennie technice mentalnej kontroli. Odpowiedział „żegnam” i zniknął gdzieś w parującym tłumie, chcąc nie chcąc, ocierając mankietem łzy.

— Nigdy go nie lubiłem — powiedział pan prezydent. — Pamiętam jak kiedyś…

Urwał jednak w pół zdania, gdyż ogólne wrażenie, jakie zrobiło na nim całe to dobrze znane towarzystwo, umknęło nagle, a w jego miejsce pojawiły się obrazy. Obrazy z długopisem w dłoni, te w kościele, przed pałacem, gdy z góry swoich komnat patrzył na wściekły tłum, chowając się za murem własnych ideologii skutecznie uniemożliwiających mu zobaczenie napisów, które pojawiały się na transparentach protestujących. Teraz, w chwili eterycznego lucidum intervallum, nagle zobaczył każde słowo i każdy obrazek na każdym z podniesionych przed jego prezydencki nos transparentów. Nagle, w przypływie natchnienia zaczął czytać i sczytywać z ruch warg wypowiedzi ludzi niegdyś w jego mniemaniu toksycznych, obecnie natomiast zupełnie indyferentnych, a nawet z pewną dozą sensu.

— No to jak nie krzywdzi, to czemu jest problem? — powiedział sam do siebie po raz kolejny, choć już nie w tak beztroski sposób. Głos pana prezydenta nabrał głębi wcześniej niespotykanej, ciężaru odpowiedzialności, jak gdyby jego portret duszy trzymany w piwnicy ożył i wstąpił w jego ciało z potęgą konsekwencji.

— Gdybym wiedział to nigdy… — pan prezydent znów zamilkł, gdyż w swoich wspomnieniach okazało się, że wiedział, podnosił argumenty za i przeciw i zbijał je swoimi niewidzialnymi przyjaciółmi lub prostą erystyką. Zobaczył wszystkich spin doktorów, z którymi wprost omawiał to, jak ominąć naukę i logikę, żeby publika zrozumiała jego moralność. I teraz, gdy tej obronnej moralności zabrakło, pan prezydent poczuł znów ciężar na swoich prezydenckich barkach, ciężar nieodrobionej pracy domowej, zostawionego włączonego piekarnika, czy nawet sprzeciwieniu się wszystkiemu, w co wierzył i wiedział, w imię innych wiar i przekonań.

Myśl nagła uraczyła jednak pana prezydenta, myśl szybka i szalona, ale w tej sytuacji można tylko próbować jak najszybciej wyłączyć ten piekarnik. „Co zrobić? Zostawiłem to zostawiłem, ale teraz może uda się przynajmniej zminimalizować straty” — myślał pan prezydent. „Muszę im wszystkim powiedzieć, że zabrnęliśmy za daleko, zdecydowanie za daleko”.

— Gdzie jest szef? — powiedział na głos. — Przed chwilą go widziałem, był tu i znikł. Nie ma.

Po czym rozpaczliwie zaczął szukać szefa. Choć był to jego ostatni dzień urzędowania, pan prezydent był przekonany, że jego stosunki z szefem są na tyle dobre, żeby może coś jeszcze uratować. Może uda się przemówić do rozsądku, skoro mnie się udało to i temu następnemu też. I następnemu, i następnemu. „Wszyscy razem zrobimy coś dobrego” – myślał prezydent, coraz to rozpaczliwiej poszukując szefa. W kącie zauważył premiera, który palił cienki papieros i desperacko próbował go kliknąć, niestety bezskutecznie. Podbiegł do niego i wypalił:

— Słuchaj, bardzo ważna sprawa, widziałeś gdzieś może szefa? Muszę z nim natychmiast porozmawiać.

Premier spojrzał na niego znudzony.

— Klikniesz mi? — powiedział, podając wymiętoszonego papierosa.

— Co? Nie umiesz sam? — odpalił bez sensu pan prezydent.

— Nie mam siły jakoś — odpowiedział premier.

— Nie masz siły, żeby kliknąć kulkę w papierosie? — znów bezsensownie odpowiedział pan prezydent.

— Jakoś nie — odpowiedział premier, wciąż wyciągając leniwie rękę w stronę swojego rozmówcy.

Pan prezydent wziął wymiętoszonego papierosa, spojrzał na niego i zaczął naciskać przypadkowo na filtr w nadziei, że trafi na tę nieszczęsną kulkę. Mimo starań nie udało mu się jej znaleźć, więc oddał pokonany papierosa premierowi, wzruszając ramionami:

— Też nie mogę.

— Chyba było już kliknięte — odpowiedział premier.

Włożył papierosa do ust, zapalił, ściągnął dym, wzdrygnął się i rzucił papierosa na podłogę.

— Nie lubię zwykłych — powiedział. — Po co szukasz szefa?

— Muszę mu powiedzieć coś bardzo ważnego — odparł pan prezydent. — To może zmienić losy tego kraju.

— Zmienić losy, tak — premier wciąż zajęty był obracaniem w ręku papierosa, mimo że przed chwilą go wyrzucił. — Powiedz, o co chodzi, to przekażę mu, jak go zobaczę.

Pan prezydent spojrzał nieufnie na premiera, tego dziwnego, neurotycznego, wychudzonego człowieka, który radził sobie jednak z mediami dużo lepiej niż pan prezydent. Nie chcąc pozwalać sobie na to, by jego gorsza, pełna zazdrości strona wzięła nad nim górę, pan prezydent odetchnął, spuścił głowę w dół, po czym podniósł ją z uśmiechem:

— Nie ma sprawy, poszukam sam.

— Może mi nie ufasz — odpowiedział premier. — Ja wiem, co sobie o mnie myślisz. Problem w tym, że ty już nie jesteś prezydentem, a ja nadal jestem premierem. Ja nadal mogę, gdy ty nie możesz już nic, rozumiesz. I na nic się zda ta twoja świętojebliwość, czy głupie aluzje w gazetach, że niby to ja jestem bardzo kompetentny i tak dalej, ale „chłodno kalkulujący”. Chłodno kalkulujący?! Wiesz, ile straciłem na tym twoim debilnym komentarzu? Nie wiesz, bo masz to w dupie, siedzisz sobie na swoim tronie i przychodzą do ciebie, kurwa, z audiencją, a ja sam muszę łatać to całe gówno, chłodno kalkulować, jak twierdzisz, odpowiadać na durne pytania – „och, tak, faktycznie nie mamy pieniędzy, ale naród jest z nas dumny” – czy inne, jeszcze gorsze. Najlepiej idź do rowu i zdechnij tam, jak dla mnie, nigdy nie byłeś przydatny dla sprawy.

Pan prezydent po tych słowach, ku własnemu zdumieniu, znów się rozpłakał. Podszedł blisko do premiera i rzucił mu się na szyję.

— Co ty robisz, do jasnej cholery, nie odstawiaj tu takich cyrków, bo nas zaraz…

— Wiesz, przepraszam za wszystko. Przepraszam. Nie chciałem być niemiły dla ciebie. Ja po prostu już nie wiem, o co chodziło z tą sprawą, i wydaje mi się, że jej nigdy nie było. Nie było nigdy czegoś więcej, do czego mielibyśmy się odnosić, tylko to samo, co zawsze, czyli wybory, sondaże i jeszcze więcej wyborów. Rozumiesz? Gdybyś mnie spytał, co to jest sprawa, to nie byłbym w stanie ci odpowiedzieć niczego. Niczego. Mieliśmy być lepsi, a jesteśmy tacy sami. A nawet, co gorsza, nie sądzę, że w założeniu mieliśmy być lepsi. Mieliśmy być identyczni, tylko pochlebcami dla innej grupy. Nic to nam nie dało, że zapluliśmy sobie twarze imponderabiliami, a i tak jesteśmy debilami. Tak mi się zrymowało, przepraszam. I przepraszam za te chłodne kalkulacje. Ja wiem, że masz problemy i chciałbym, żebyś wiedział – jeżeli potrzebujesz z kimś pogadać, to zawsze możesz do mnie zadzwonić. Pomogę ci i wszystko będzie dobrze. I liczę, że ty też mi pomożesz, gdy będę potrzebował przyjaciela.

Premier patrzył na prezydenta w osłupieniu, jednocześnie starając się wyrwać z jego objęć.

— O czym ty mówisz, cholera, puść mnie, wszystko pójdzie w marynarkę.

Po czym otrzepał się, zacisnął zęby:

— Nie wiem, w co teraz grasz, ale mnie to już nie obchodzi. Ewidentnie utrata stanowiska nie działa na ciebie dobrze — powiedział i odszedł, choć ze zdziwieniem odkrył łzę na swoim policzku. Łzę, która należała do niego.

Pan prezydent westchnął nad losem niedawno zdobytego przyjaciela, którego zresztą stracił bezpowrotnie w tym samym momencie. Miał jednak jasno określony cel, z którego nie mógł zrezygnować, jasno określoną osobę, z którą musiał porozmawiać. Pośród setek, beznadziejnie pogrążonych w wygodnej apatii, był on jedyną osobą z nadzieją, której zresztą sam nie był autorem. Nie miało to dla niego jednak w tym momencie żadnego znaczenia, wziął znów kielich i w ten sam sposób jak ostatnio, nikomu nie składając dzięki, wlał do gardła i przebił się przez rozentuzjazmowany tłum.

Jak się spodziewał, z dala od hałasu, alkoholu i dymu, na tarasie oplecionym bluszczem, spotkał wpatrującego się w gwiazdy szefa.

— W końcu jesteś — powiedział. — Serdecznie gratuluję kadencji. Wiele udało się nam osiągnąć. Szef odwrócił się i spojrzał na pana prezydenta:

– Prawda?

Jego ciężkie spojrzenie niemal obezwładniło głowę państwa, narkotyczny ton jego głosu zachwiał nim i całym przedsięwzięciem, które pragną przedsięwziąć. Wziął się jednak w garść ten ostatni raz.

— Zawsze się dogadywaliśmy, prawda?

— Można tak powiedzieć — odparł szef.

— I nie zrobiłem nic wbrew sprawie.

— Nic mi o tym nie wiadomo.

— Mogę mieć prośbę?

— Pewnie nie.

— Słucham?

— Pewnie nie — powtórzył szef. — Głównie dlatego, że wiem, jaka to prośba.

— Tak?

— Owszem. To jest ta sama prośba, którą złożył mi każdy twój poprzednik i każdy poprzedni premier.

— Tak?

— Chcesz, żebym to wszystko zatrzymał. Dał spokój tym, którzy zasługują na spokój i odpuścił w kwestiach, w których powinno się odpuścić. Czy inne takie tam?

— Mniej więcej.

— Otóż nie mogę tego zrobić. To nie chodzi o ciebie, zawsze cię względnie tolerowałem. Nie miałeś nałogów i wydawałeś się całkiem sympatyczny, mieliśmy dużo więcej problemów z poprzednimi.

Pan prezydent wpatrywał się w szefa z niedowierzaniem jak na pustą kartkę, na której nagle zaczynają pojawiać się znikąd wszystkie twoje grzechy.

— Widzisz, to nie jest takie proste. Myślisz, że ktokolwiek jest gotowy na zmiany? Miliony ludzi z dnia na dzień mają się do czegoś dostosować, tak? Kosztem czego? Kosztem kogo? Sam wiesz to najlepiej.

— Czy…

— Tak, to ja cię upiłem. Mamy taką specjalną mieszankę ze Stanów, świetna rzecz. Działa jak przepchanie trąbki Eustachiusza. Jakbyś zatkał nos i dmuchnął. Rozumiesz? No, to my mamy trunek, który robi coś podobnego, tylko że z umysłem. Dajemy to każdemu prezydentowi na koniec kadencji.

— Co…? Ale dlaczego? — spytał przerażony pan prezydent.

— Z wielu powodów, ale głównie dlatego, że potrzebujemy ludzi. Jak musisz zdawać sobie już teraz sprawę, niewielu osób może sprawować jakąkolwiek realną władzę. Ci, którzy ją jednak sprawują, nie mogą być zaćmieni. Siła ideologii starcza na krótką metę, nie można powtarzać w kółko tego samego, bo władza przemknie ci przez palce. Trzeba dostosować się do sytuacji, trzeba być elastycznym. Ludzie zaślepieni nie potrafią się wczuć. Potrafią być tylko zaślepieni.

— Co, jeśli pójdę z tym do mediów? — odpowiedział zaczepnie pan prezydent, choć kończąc swoją myśl, widział już własne niepowodzenie.

— Cóż, zrobimy z ciebie wariata czy oszusta spragnionego władzy, który chce się wkręcić w łaski opozycji. Zrobimy z ciebie to, co sam wiele razy robiłeś na naszą modłę z innymi, sam wiesz, jaki jest tego rezultat.

— Czyli co, w ogóle nie wierzycie w sprawę?

— Nie ma żadnej sprawy. Nie ma właściwie nic. Zostaliśmy na tym padole pełnym łez sami, więc sami się nim zajmujemy.

— I to wszystko?

— Wszystko. Wiesz, nie chodzi w tym wszystkim o cokolwiek. Nie chodzi o to, w co wierzysz, w co wierzą inni, czy nawet, w co wierzę ja sam. To nie ma jakiegoś większego znaczenia. Wszystko, co się dzieje, to już są sprawy załatwione. Wszystkie remedia są już w naszym zasięgu. Zostało więc tylko powoli dotaczać się do mety i tyle. Po co przyspieszać cokolwiek? Po co światu swoboda myśli nieuwikłana w, heh, korzeniowanie, że tak się wyrażę?

— Po co komu sprawiedliwość?

— Nie ma sprawiedliwości, nie bądź dziecinny. Sprawiedliwa jest śmierć antylopy? Sprawiedliwy jest wybuch wulkanu? Sprawiedliwe są raki trzustki, białaczki i sieroctwo? Wszystko się dzieje i to od nas zależy czy nałożymy na to etykietki, czy nie. Ktoś musi to robić, prawda?

Pan prezydent w obawie przed swoją odpowiedzią postanowił jej nie udzielić.

— No. To ten, daj mi znać jutro, a może lepiej pojutrze jak to widzisz — powiedział szef i wyszedł.

Pan prezydent stał w milczeniu, wpatrując się w swoje stopy. Łzy spadały mu na buty i odbijały się od nich, tworząc mokry szlaczek na posadzce. Chciał wołać mamę, swoje stracone życie, chciał przepraszać wszystkich po kolei, których wszystkich skrzywdził i których skrzywdzi prawdopodobnie w przyszłości. Wyciągnął z kieszeni papierosa, którego zostawił sobie na samym początku swojej kadencji. Miał wyciągnąć go właśnie na koniec i nie zapalić, żeby pokazać siłę swojej woli. Włożył go do ust. Jego twarz ciemniała jak niebo przed straszną burzą, a każde chlipnięcie było jak grzmot. Zaciągnął się mocno, aż zakręciło mu się w głowie. „Będzie dobrze, będzie dobrze” — powtarzał sobie. „Jakoś sobie poradzę, poradzimy sobie, trzeba być tylko przyzwoitym, trzeba być przyzwoitym i wszystko się jakoś ułoży”. Jak dziecko złapał się za ramiona i zawył beznadziejnie. Wiedział, że nic się nie ułoży. Zgasił papierosa, wypluł flegmę i wrócił na bankiet. „Innego końca świata nie będzie” — pomyślał tylko optymistycznie i rozpłynął się wśród tłumu.

 

 

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama