Joker – gorzki dowcip losu

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Gdy już wydawało się, że kino komiksowe nie ma do zaoferowania absolutnie nic poza schematyczną zabawą, pojawił się “Joker”. Dzieło Todda Philipsa jest prawdziwym kinematograficznym ewenementem – sklejony z dobrze znanych motywów popkultury, jednocześnie opowiada niezwykle unikalną, poruszającą historię. Mając w pamięci sceptyczne opinie towarzyszące pierwszym zapowiedziom tego przedsięwzięcia, zastanawiam się co teraz myślą sobie wszyscy przedwcześni krytycy. Obawy co do kompetencji reżyserskich twórcy, który ma na koncie serię “Kac Vegas”, czy też wątpliwości dotyczące portretu postaci nieporównywalnej z pamiętną kreacją Heatha Ledgera, okazały się bowiem całkowicie bezzasadne. Po seansie naprawdę ciężko o inną reakcję niż szczery podziw dla osób zaangażowanych w powstanie projektu.

Paradoksalnie, opowieść uszyta z masy nawiązań do innych tekstów kultury odznacza się oryginalnością niespotykaną w kinematografii głównego nurtu. Fabuła żongluje motywami znanymi z elementarza historii obrazkowych oraz kanonu X Muzy, lecz nie zatraca się w plątaninie klisz, a buduje z nich spójną wizję nawiązującą do problemów świata rzeczywistego. To chyba pierwszy film komiksowy, który śmiało zrzuca szaty masowej rozrywki i wchodzi w buty kina ważnego.

Reklama

Wyjątkowe podejście do popkulturowego bogactwa widać już na poziomie krajobrazu. Dotychczas miasto Gotham niemal zawsze było oczywistą karykaturą zurbanizowanego pejzażu. U Burtona metropolia pachniała efekciarskim neogotykiem, animowany „Batman przyszłości” demonstrował cyberpunkową architekturę rodem z książek Williama Gibsona, a na przykład nieudany „Batman i Robin” przedstawiał widzom mieścinę wyrwaną prosto z lunaparku. Nawet surowe uliczne getto Nolana stanowiło jedynie umowną symulację produktów wyobraźni Michaela Manna albo Williama Friedkina. Tymczasem phillipsowa wizja nie ma w sobie ani krzty eskapistycznej groteski. Chodniki, którymi kroczą postaci odzwierciedlają społeczno-ekonomiczne kłopoty współczesnego świata. Zanieczyszczone drogi oraz obdrapane budynki wyjmują tę lokalizację z superbohaterskiego nawiasu i bezpardonowo stawiają diagnozę na temat realiów egzystujących daleko poza salą kinową. Betonowa dżungla, niegdyś mająca siłę oddziaływania co najwyżej mrocznej baśniowej krainy, tutaj jest pobojowiskiem klasowych nierówności, karmiącym się żalem oraz frustracją obywateli.

Podobnie pogłębiony jest także rysunek psychologiczny tytułowego bohatera. Kultowy antyheros wreszcie funkcjonuje w wielowymiarowych odcieniach mentalnej szarości, a udało się to m.in. dzięki prostemu, ale szalenie ryzykownemu zabiegowi – prawie całkowitemu zignorowaniu postaci Batmana. Po raz pierwszy widz nie ma bezpiecznego kontrapunktu dla szaleństwa Jokera i przez to, chcąc nie chcąc, musi skupić całą swoją uwagę na poczynaniach psychotycznego błazna. Odbiorca zmuszony do nawiązania bardzo bliskiej relacji ze sławnym czarnym charakterem odkrywa w nim coś jeszcze straszniejszego od cwaniactwa Nicholsona albo impulsywności Ledgera, a mianowicie człowieczeństwo. Nagle wychodzą na wierzch wszystkie jego emocje, wywołujące niespodziewaną empatię. Interwencje sprawiedliwego mściciela w masce najczęściej pozwalały nam zapomnieć o przerażającej prawdzie – Joker to psychopata, któremu chcemy współczuć, ponieważ w głębi duszy wiemy, że wcale się od niego nie różnimy. Dopiero gdy superłotr nie ma godnego siebie przeciwnika, widzimy, że jakaś cząstka nas kibicuje jego niszczycielskim aktywnościom wymierzonym w świat, który go zawiódł.

Wpływ na toksyczną, ale fascynującą więź pomiędzy Jokerem a odbiorcą ma magnetyzująca rola Joaquina Phoenixa. Amerykański aktor maluje portret człowieka przegranego i odrzuconego przez społeczeństwo. Gdy w pewnym momencie nie wytrzymuje nierównej walki z licznymi przeciwnościami losu, przechodzi niepokojącą przemianę przywołującą na myśl transformację Travisa Bickle’a z „Taksówkarza”. Zresztą struktura intymnego dramatu jednostki, wokół której zbudowana jest cała intryga, mocno przypomina też inne wczesne dokonania Martina Scorsese, takie jak „Ulice Nędzy” albo „Król Komedii”. Bazujący na sumie upokorzeń, a także głęboko zakorzenionych traum obraz głównego bohatera, skutecznie zdejmuje z jego pseudonimu klątwę archetypu nikczemnego żartownisia. To wcielenie Jokera powinniśmy nazwać raczej smutnym komikiem. W jego działaniach nie odnajdziemy znanego z poprzednich filmów mrugania okiem. Jedyne co odsłania schowana za makijażem mimika to pustka, uderzająca równie mocno, jak depresyjny dowcip bez puenty.

Phillips reinterpretuje też dwa znaki charakterystyczne postaci. Ikoniczny śmiech jest w tym przypadku wynikiem neurologicznej choroby, nie zaś cechą potęgującą campowy wizerunek. Takie wytłumaczenie pomaga odnaleźć sens w jokerowych poczynaniach. Dopiero przy okazji tego filmu pojmujemy, że osobowość słynnej postaci uniwersum DC zdefiniował okrutny los, zmuszający protagonistę do reagowania chichotem na tragizm własnej egzystencji. Z kolei specyficzny make-up jest odzwierciedleniem powszechnej dynamiki społecznej. Elity pogardliwie traktujące problemy szarych obywateli, zachowują podobnie do przechodniów wyśmiewających i atakujących filmowego klauna podczas jego ulicznego show. Tragikomiczna maska symbolizuje niesprawiedliwe, błahe role, automatycznie przydzielane członkom społeczeństwa uznawanym za gorszych – chorym, bezrobotnym, ubogim. Krzykliwa ozdoba twarzy przypomina całemu światu, że Joker jest produktem ubocznym niedoskonałego systemu.

Sukces obrazu tkwi również w zręcznym odwróceniu typowych narracyjnych konwencji. Proces popadania w szaleństwo dekoruje ironicznie rewiowa ścieżka dźwiękowa, a fatalistyczna konkluzja jest zestawiona z absurdalnie triumfalną kompozycją. Ponadto, przebieg zdarzeń opiera się na cynicznym negatywie schematu „od zera do bohatera”, akcentującym kolejne mentalne upadki w sposób parodiujący drogę do chwały Supermana lub Batmana. Zgryźliwa forma punktuje landrynkowe superbohaterskie uniwersum i pokazuje, że biografie podobnych postaci przefiltrowane przez brud rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej niż mogłoby się nam wydawać.

„Joker” demonstruje alternatywne spojrzenie na filozofię odwiecznego wroga Batmana. Wcześniej, jego jednowymiarowa ideologia opierała się głównie na frajdzie związanej z niczym nieskrępowaną destrukcją. Tymczasem najnowsze wcielenie postrachu Gotham już nie ma w sobie tej przerysowanej frywolności. Rozpoznawalny uśmiech musi on sobie dorysowywać na siłę.

Wybrzmiewająca w kluczowym dla filmu momencie piosenka z “Dzisiejszych czasów” Chaplina pt. “Smile” perfekcyjnie podsumowuje pesymistyczny wydźwięk całości. Nie umiemy wygrać z rzeczywistością, więc pozostaje nam tylko śmiech przez łzy. Naiwna melodia stawia kropkę nad „i”, intensyfikując wiadomość od Todda Philipsa, który wbrew przejaskrawionym doniesieniom mediów, nie nawołuje do społecznej rewolucji, a po prostu sugeruje wywieszenie białej flagi.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Reklama