Turystyka po nawałnicy

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Gdy opadły pierwsze emocje po wielkim, niespodziewanym ataku żywiołu, w głowach mieszkańców Kaszub i Borów Tucholskich zaczęła pojawiać się niepokojąca myśl. „Przecież wielu z nas żyło tylko i wyłącznie z turystyki. Kto teraz do nas przyjedzie, jeśli nie ma już lasu?”, takie głosy dało się usłyszeć w Rytlu, Kłodnie, Brusach i innych wsiach i miasteczkach. Dziś, po pierwszych wakacjach w nowej rzeczywistości, okazuje się, że po nawałnicy turystów wcale nie ubyło. Mało tego – pojawili się nowi.

Rzeka Brda. Kajakarski raj, magnes na turystów, perła regionu. Głównie z tym kojarzyła się do 11 sierpnia 2017 roku. Po nocy, która w Borach Tucholskich zmieniła wszystko, rzeka stała się nie tylko zagrożeniem dla mieszkańców (przez setki powalonych drzew leżących w korycie były obawy, że zacznie wylewać), ale też miejscem pokazującym jak w soczewce ogrom zniszczeń niewiarygodnie silnego wiatru. Dziś, kiedy zagrożenia już nie ma, a większość drzew udałosię usunąć, spływ Brdą staje się spełnionym marzeniem turysty zafascynowanego postapokaliptycznym klimatem.

„Płynąc z Zapory przez Rytel do Woziwody, odwiedzamy dwa różne światy. Pierwszy – jak po działaniach wojennych, wszystko, co jest dookoła, nie istnieje. Drugi zaczyna się 2-3 kilometry dalej. Nagle spływasz do bajkowej rzeczywistości, wszędzie ptaki i zwierzyna”, opowiada sołtys Rytla Łukasz Ossowski. Tak niezwykłe zróżnicowanie terenu jest efektem tego, że nawałnica uderzyła w bory punktowo. Stąd łatwo natknąć się na miejsca graniczne, gdzie w jednym miejscu mamy setki powalonych drzew, a tuż obok piękny, dorodny, tętniący życiem las. Sołtys przyznaje, że kajakarzy mieli na pęczki od dawna, ale w 2018 roku ich liczba przekroczyła wszelkie rekordy. Bo każdy chce znaleźć się w tym jądrze ciemności, na rzece, której wody były milczącymi świadkami piekła na ziemi.

Przejeżdżając krajową 22-ką między Czerskiem a Chojnicami, natykamy się na widok, który robi wrażenie za każdym razem, nawet jeśli widziało się go już kilkadziesiąt razy. To przez tę drogę sunęła wichura, wywracając tablice informacyjne, łamiąc drzewa jak zapałki i wyginając słupy energetyczne. I choć w wielu miejscach do lasu wciąż nie wolno wchodzić, to amatorzy nietypowej fotografii wyszukują bezpieczne punkty, by uwiecznić miejsca ikoniczne, te same, które znalazły się na najlepszych polskich zdjęciach 2017 roku (większość konkursów

fotograficznych została zdominowana przez reportaże z nawałnicy). Kto chce zagłębić się w historię tej przeraźliwej nocy, może przejechać przez las i dotrzeć do maleńkiej wsi Młynki, z każdej strony otoczonej połamanymi drzewami, i zastanowić się jakim cudem ona ocalała. Szczególnie niesamowity jest widok zagrody jednego z gospodarzy, która pod wpływem ogromnej siły przechyliła się o kilkanaście stopni w bok.

Ale są też osoby, które przyjeżdżają do miejsc zniszczonych przez nawałnicę po to, by odpocząć… pomagając. Często są to ludzie, którzy Kaszuby i Bory Tucholskie odwiedzają regularnie od lat. Na przykład goście ośrodka pana Ryszarda z Kłodna. Większość jego domków w nocy z 11 na 12 sierpnia straciła dachy. Przebudowy wymagała też kanalizacja, do tego z ośrodka trzeba było usunąć dziesiątki powalonych drzew. I choć pan Ryszard bał się, że nikt do niego w tym sezonie nie przyjedzie, bo w końcu po pięknym lesie prawie nic nie zostało, to stało się zupełnie inaczej. Goście z całej Polski pojawili się w Kłodnie nie, tylko żeby, jak zwykle, odpocząć od zgiełku dużych miast, ale też po to, by pomóc w odnawianiu ich ulubionego zakątka.

W zniszczonych przez nawałnicę lasach prawie nie ma już zwierząt. Pouciekały albo poginęły, a ich miejsce zajęły harwestery, usuwające to, co pozostało z połamanych drzew. Nie oznacza to jednak, że Bory Tucholskie i kaszubskie lasy utraciły swój niepowtarzalny klimat. To prawda, jestinaczej, mroczniej, gęściej, ale kiedy poznamy historię nie tylko tej koszmarnej nocy, ale też tego wszystkiego dobrego, co między ludźmi wydarzyło się po niej, to uznajemy, że jest to miejsce magiczne, do którego po prostu trzeba wracać. Poza tym, kto by nie chciał, choć na chwilę, stać się bohaterem opowieści dziejącej się w postapokaliptycznym świecie…

Autor

Maciej Bąk – z wykształcenia prawnik, z zawodu (i zamiłowania) dziennikarz radiowy. W eterze obecny od 2007 roku. Najpierw w studenckim Radiu SAR na Politechnice Gdańskiej, potem przez pięć lat w Radiu Gdańsk, gdzie między innymi zabierał słuchaczy w świat kulinariów. Dziś jedzenie to już bardziej jego hobby, uprawiane obok pracy w Radiu ZET, w którym relacjonuje słuchaczom wszystkie najważniejsze wydarzenia na Pomorzu. Prywatnie miłośnik muzyki, zwłaszcza elektronicznej, za którą – gdyby mógł – zjeździłby pół świata.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama