Orawski (k)raj

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Są tam piękne góry, kryształowe jeziora, a przede wszystkim – wyjątkowo życzliwi ludzie. Mimo to wciąż się wydaje, że Słowacja nie jest ulubionym kierunkiem podróży dla Polaków. Nie doceniamy wielu rzeczy, które mają za zaoferowania nasi sąsiedzi – bajecznej przyrody, świetnego zaplecza rekreacyjnego i swoistej kuchni. Kieruję się zatem na południe, żeby odkryć cudowną krainę, którą współdzielimy ze Słowakami.

Podróż na Orawę zaczynam autobusem z Warszawy – 7 godzin drogi do Zakopanego dają szansę na zakończenie wszystkich redakcyjnych spraw. Kuszącą propozycję wyjazdu dostałam w gorącym okresie wydania magazynów. Mimo to zaproszenie przyjęłam bardzo chętnie, ponieważ nie była to moja pierwsza podróż na Słowację. Nie miałam wątpliwości, że będzie na mnie czekała piękna przyroda, czyste powietrze i jedzenie, które nie potrzebuje żadnych eko-certyfikatów.

orava3

Góralska duma i gościnność

W Zakopanem spotykam Maroša. To on właśnie zabiera mnie na słowacką stronę, żeby zostać przewodnikiem przez kilka kolejnych dni. Wita mnie bardzo serdecznie trzema całusami w policzki – śmieje się, że właśnie taka jest tradycja na Słowacji. Gada trochę po polsku, trochę po słowacku, ale się rozumiemy. Ruszamy w drogę.

Pierwszym przystankiem jest przygraniczne miasteczko Trstená. Idziemy się przywitać z Panią Burmistrz Magdaleną. Obok jej gabinetu wiszą liczne zdjęcia poprzedników – jest wśród nich jedyną kobietą. Chwilę rozmawiamy o współpracy przygranicznej – jest bardzo dumna ze swojego miasta i bliskich kontaktów z Polakami. Naprzeciwko urzędu miasta znajduje się uroczy kościół św. Marcina. Po pokonaniu stromych schodów wchodzimy na wieżę z zachwycającym widokiem na miasto i góry. Zaczyna zapadać zmierzch, więc przemieszczamy się do oddalonego o 4 kilometry od Trsteny pensjonatu Koliba Skorušina.

orava

Gdy już jesteśmy na miejscu, zabieram bagaż i idę do wejścia drewnianego domu w góralskim stylu. Jednak Maroš natychmiast mnie zatrzymuje – tutaj nie wypada od razu wchodzić z walizkami, należy najpierw się przywitać z gospodarzem. Właścicielem okazuje się góral Robert, który czeka na nas z kieliszkami borovički – jednego z najbardziej znanych trunków lokalnych, nazywany słowiańskim ginem. Robert przekonuje, że ta jałowcowa wódka leczniczo działa na układ pokarmowy.

Po długiej podróży znacznie lepiej jednak działają domowe potrawy, w całości przyrządzone przez matkę gospodarza. Na stole po kolei się pojawiają – kwaśnica (zupa z kapusty na żeberkach, podawana również w polskich górach), halušky (kluski z gotowanych ziemniaków i mąki) oraz koleno pečené znane nam jako golonka. Do tego – przepyszne słowackie wino. W trakcie podróży jeszcze nie raz się przekonam, że lokalne wina są wyjątkowo dobrej jakości i z pewnością zasługują na miejsce w polskich marketach i sklepach winiarskich. Gdy wznosimy toasty, Robert nalega na tym, żeby patrzeć w oczy. To jest kolejna słowacka tradycja, którą poznaję. Rano żegnam Roberta jak starego przyjaciela – do późnego wieczoru przebrany w strój górala bawił gości tradycyjną muzyką i tańcem. Teraz czas odwiedzić lokalną perełkę wśród zabytków tego regionu, czyli Zamek Orawski.

oravsky-hrad-2

Romantyczny magnat i Drakula bez makijażu

Górujący nad miejscowością zamek robi wrażenie jeszcze z daleka – jest położony na skale nad rzeką Orawą w Orawskim Podzamczu. Na początku XII wieku był jedynie niewielką twierdzą. Przechodząc od właściciela do właściciela, zamienił się w potężny kompleks zamkowy, który liczy 154 pomieszczeń i 754 schodów. Właśnie po tych niezliczonych schodach oprowadza nas przewodniczka Zuzanna. Opowiada, że w roku 1556 zamek trafił do węgierskiego magnata Franciszka Thurzo, a jego syn Jerzy zapisał się w historii tego miejsca jako najsłynniejszy właściciel. Zuzanny opowiada również o najbardziej romantycznym przedmiocie na zamku – skrzynce na listy, które wysyłał do ukochanej żony Elżbiety. W korespondencji zawsze nazywał ją „najdrobniejszą kosteczką swojego ciała”.

Jednym z najciekawszych miejsc jest Mediateka, która prezentuję filmy kręcone na Zamku Orawskim. Właśnie tu w 1922 roku powstał jeden z pierwszych horrorów w historii kina legendarny „Nosferatu– symfonia grozy” w reżyserii Niemca Friedricha Wilhelma Murnaua. Wykorzystał przy tym nieco zmodyfikowaną fabułę „Draculi” Brama Stokera, za co wdowa po pisarzu wytoczyła mu proces o naruszenie praw autorskich. Legenda głosi, że Max Schreck, który wcielił się w główną postać hrabia Orloka, był na tyle brzydki, że nie potrzebował specjalnego makijażu. Wygląd Schrecka w połączeniu z tajemniczym charakterem był także przyczyną plotek o jego wampiryzmie.

oravsky-hrad-3

Nowe odkrycia z troską o historii

Następnego dnia jedziemy do Zuberca, gdzie dostajemy kaski z czołówkami – zamierzamy zwiedzić Jaskinię Brestovską na obszarze słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego położonego u podnóża Tatr Zachodnich. Została otwarta dla publiczności dopiero 2 lata temu. Jej łączna długość wynosi prawie 2 kilometry, lecz dla turystów dostępne są niecałe 500 metrów.

jaskinia

Przez około godzinę podziwiamy wewnętrzne masywy skalne i nacieki jaskiniowe, które liczą tysiące lat, a po wyjściu kierujemy się do pobliskiego skansenu. Wystarczy przejść przez drogę, żeby przenieść się w klimat starodawnej orawskiej wsi. Znajdują się tu obiekty przeniesione z całego regionu – wszystkie domy zostały odkupione przez muzeum od pierwotnych właścicieli, rozebrane i złożone ponownie w Zubercu. W tym także późnogotycki Kościół św. Elżbiety z Zábreža – z zewnątrz zwykły drewniany, w środku kryje on uroczy malowany sufit i zabytkowe organy z ręcznym miechem. Przez dolinę, w której znajduje się wieś, płynie górski Zimny Potok. Podchodzę więc bliżej, żeby spróbować wodę – jest pyszna!

kościół-Zuberec

Orawski raj

Ostatnie dni na Orawie spędzam w ośrodku Oravský Háj Garden Hotel & Resort, którym zarządza Maroš. Znajduje się u podnóża Skoruszyńskich wierchów w otoczeniu bajkowej orawskiej przyrody – jest doskonałą bazą wypadowa do górskich wycieczek i jazdy na nartach. Hotelowy kompleks składa się z ośmiu kameralnych i indywidualnie nazwanych domków – ja zamieszkałam w Ruženie.

Przyznam się szczerze, że nie jestem wielbicielką tradycyjnej słowackiej kuchni. Niemniej jednak Oravský Háj jest pod tym względem miejscem wyjątkowym. Ośrodek uprawia własne warzywa i produkuje swój nabiał. W hotelowej restauracji serwują lokalną jagnięcinę i pstrąga łowionego w pobliskim stawie. Właśnie tu spróbowałam najlepszego tatara, którego w życiu jadłam, i znowuż wino… Resort posiada tokajską piwnicę, gdzie można spróbować trunków o nazwie Aryva własnej produkcji. Jest to limitowana seria win dostępna wyłącznie tu. Po degustacji idę odwiedzić strefę wellness – do dyspozycji gości jest kryty basen (w lecie również odkryty), świat saun – parowa, fińska, solna oraz infrasauna. Kompleks posiada również wannę z hydromasażem wodnym oraz szeroką ofertę masaży.

orava2

O tym miejscu można by było pisać w nieskończoność: jazda konna, centrum fitness, coroczny festiwal wina – każdy znajdzie coś dla siebie. Jednak nie chodzi tylko o strefę wellness i wyśmienite jedzenie, a przede wszystkim o ludzi – życzliwych i zawsze pomocnych. Gdy kończę artykuł, proszę Maroša o przesłanie zdjęć z ładnymi widokami. Przesyła kilka – na jednym z nich jest z żoną i dziećmi na tle zaśnieżonych gór. Uśmiecham się, ponieważ w czasie mojego listopadowego pobytu pogoda była zupełnie inna – przyjemne jesienne słońce i około plus 15 stopni. Przyłapuję się na myśli, że chciałabym odwiedzić orawski raj jeszcze raz, również zimą.

 

fot.: materiały prasowe

Przeczytaj również

Sky&more

Liderzy polskich lotnisk regionalnych będą rozmawiać o przyszłości branży na

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter

Reklama