Tena i Jerus

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

– Dokąd idziesz? Pięknie wyglądasz!

– Ha ha! It’s my special day – uśmiecha się i biegnie.

 

Jest ubrana w białą sukienkę w czarne kropki. Dumnie eksponuje krzyż na szyi, który jest oznaką jej przynależności do kościoła ortodoksyjnego. Założyła też eleganckie buciki, a na głowie ma starannie ułożoną ciemną chustę. W ręku trzyma parasol, który chroni ją przed słońcem. Ma na imię Tena. Pewnym krokiem pokonuje kolejne metry żwirowej ulicy – jednej z wielu w rejonie Gerji, Addis Abeba.

piotr_sobik_odroze

Wszystko tutaj jest brudne i zakurzone. Dziennie przechodzi tędy mnóstwo ludzi. Mijają się ze sobą dwa, a nawet trzy światy. Para młodych ludzi w okularach marki Ray Ban. Ona ma na sobie świetnie dopasowaną niebieską sukienkę podkreślająca jej kształty, on – bardzo dobrze skrojony garnitur. Zaledwie parę metrów dalej stoi grupa starszych kobiet w słomianych kapeluszach. Trzymają kilofy i rozłupują stary chodnik. Mają za sobą już ze 30 metrów pracy, przed nimi kolejne kilkaset. Przynajmniej jest praca na dłuższy czas. Zarobią! Bez tych kapeluszu nie dałyby rady, słońce zbyt mocno grzeje.

Po przejściu 100 metrów jestem zmęczony tym słońcem i kurzem. Na ulicy widzę też mnóstwo dzieciaków-pucybutów. Nie brakuje im chętnych – wystarczy przejść się kilkanaście metrów i buty stają się szare. Poza tym usługa kosztuje tylko 3 birr, wiec jaki problem? Wystarczy wyczyścić 20 par i chłopak ma na obiad. Dołoży z kolejnych 15 par i może wystarczy na margheritę – taką ciepłą, prosto z pieca. Na pewno będzie mu smakowała po całym dniu pracy na ulicy.

Przejeżdża tędy sporo samochodów, zwykle marki toyota i stare niebieskie taksówki. Z ich rur wydechowych wydobywa się śmierdząca czarna śmierć – takim powietrzem oddychają wszyscy ci ludzie. Pośród tego wszystkiego, jakby w zwolnionym tempie, porusza się Tena, a cała ulica zastyga niczym w filmie „Malena” z Monicą Bellucci.

Tena musi ominąć jeszcze kłopotliwe skrzyżowanie. Tu jest jeszcze więcej ludzi i samochodów, każdy porusza się w swoim kierunku, pomijając jakiekolwiek zasady ruchu. Wokół mnóstwo handlarzy wszystkiego – sprzedają gumy do żucia, kukurydzę, orzeszki, karty sim, pomarańcze i banany. Ale główną rolę odgrywają tutaj taksówkarze. Prywaciarze schowani są w swoich starych smrodliwych autach, pytając zza szyby: „Taxi, sir!?”. Są też tuk-tuki, a na nich plakaty pozującego Ronaldo w barwach Manchester United. Rządzą jednak taksówki publiczne, stare nadające się na złom minibusy z miejscami na 11 osób, ale podróżuje nimi dwa razy więcej. Słychać krzyki: „Bole! Bole!!”, „Mexico!!”, „Piasa! Piasa!!” – tak naganiacze nawołują ludzi, zbierając ich z ulicy. Odjeżdżają dopiero wtedy, gdy bus się zapełni.

piotr_sobik_podroze

Koszt przejazdu ok. 3 km to 2, czasem 3 birr – nie ma reguły. Warto mieć te 3 birr w dłoni, bo w tym gąszczu ludzi trudno jest sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć monetę. I właśnie do takiej taksówki wsiądzie Tena w swojej białej sukni i pięknych bucikach. Razem z nią pojadą inni, zwyczajni ludzie, dzieciaki jadące do szkoły, ludzie do pracy. Zauważam dwóch chłopców o bardzo ciemnej karnacji i śnieżnobiałych oczach. Starszy trzyma małego za rękę, widać, że się o niego troszczy. Patrzę na ich stopy, są zniszczone i bardzo brudne. Mimo że jest poranek, oni wyglądają jak po całym dniu ciężkiej pracy. Pomiędzy ich stopami stoją wiaderka z gąbkami oraz krzesełko, na którym usiądzie przyszły klient w Bole. Bo tam jedziemy.

Bole to nowoczesna dzielnica pełna ludzi sukcesu, nowoczesnych hoteli i restauracji, a co za tym idzie, turystów z USA oraz Europy. Czy w Bole chłopaki zarobią więcej? Może nawet 10 birr od pary? Bo 5 birr to już na pewno! A muszą zarabiać, żeby pomóc rodzinie, jak większość pucybutów-dzieciaków. Na szyjach noszą wisiorki z krzyżem jak większość ludzi. Mają swojego Boga i wierzą w niego. „Piotr! God bless you!!!” – często to tutaj słyszę.

Znajduje się tu wiele kościołów, jeden urzekł mnie szczególnie. To piękna, bardzo zadbana budowla. Troszczą się o nią miejscowe dzieciaki. Okolica wygląda już nieco inaczej. Widzę ludzi leżących na ulicy, pełno tu żebraków. W tym miejscu można zakupić pamiątki, w tym wisiorki z takimi krzyżami jak mieli chłopcy w busie, a nawet większymi. Przed świętymi obrazami ludzi pokornie spuszczają głowy. Niektórzy zostawiają datek w odpowiedniej skarbonce zabezpieczonej mocną kłódką. Ta chroni birry przed złodziejami.

piotr_sobik_podroze_1

Kiedy Tena jedzie do kościoła świętować, w jej knajpie interesu pilnuje siostra Jerus. Ma 19 lat i jest mistrzem w ceremonii parzenia kawy oraz gotowania, o czym wkrótce mam okazję się przekonać. Obiad, czyli tzw. injera z warzywami, to koszt wyczyszczenia ok. 10-15 par butów przez dzieciaka z ulicy. Nie jest źle. Jednego dnia pokazują mi z siostrą cały rytuał palenia i przygotowania kawy. Jestem zafascynowany. Koszt filiżanki przekłada się na wyczyszczenie tylko jednej, czasem dwóch par butów.

Jerus za rok wraca do szkoły – wieczorowo. Czekają ją jeszcze 4 lata nauki. Tena musi dokończyć studia. Będzie pielęgniarką! Na razie odłożyła marzenia. Ciężko pogodzić biznes ze szkołą. Dziennie sprzedają ok. 50 kaw. Pracują do 23. Wieczorem sprzedają injere, piwo oraz colę i fantę. Obie uwielbiają tańczyć. Tena chciałaby wyjechać z kraju. Chce też założyć rodzinę. Często wpada do nich Mulugeta. Jej chłopak. Kiedy widzę, że Tena założyła nowe ubranie, już wiem, że wieczorem napije się z nim piwa.

Wieczorami ulica jest kolorowa i głośna. Pojawiają się nocni handlarze kukurydzy i orzeszków. Słychać głośną muzykę w stylu disco, czasem anglojęzyczną. Im robi się później, tym niebezpieczniej. Pojawiają się też bezdomni, którzy siadają na żwirowej ulicy i w swoich szatach wyglądają jak duchy, które omijam, chcąc trafić do hostelu. Oprócz Niemca, który siedzi tutaj już miesiąc, jestem jedynym białym w okolicy. Czasem ktoś przejeżdża na dzień lub dwa i ucieka dalej zwiedzać Etiopię.

Ciekawe, czy chłopaki z busa mieli dobry dzień w Bole…

Autor

Piotr Sobik –Od ponad 10 lat przygląda się ludziom. Ich zachowaniom, emocjom, przyzwyczajeniom. Wykonał ponad 400 reportaży i sesji ślubnych w całej Europie. W 2017 roku zdobył pierwsze miejsce w prestiżowym konkursie Leica Street Photo. Mieszka w Londynie, ale pracuje, podróżując dookoła świata. Autor projektu „Najważniejszy dzień w życiu”.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama


Reklama
Advertisement