“Człowiek zamieniony w dźwięk”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mało kto dziś wie, że w naszej historii istniał genialny pianista jazzowy Mieczysław Kosz. Głośny film Macieja Pieprzycy „Ikar” i wznowienie biografii pianisty „Tylko smutek jest piękny” mają szansę przywrócić artyście należne mu w polskiej kulturze miejsce.

Jako dziecko zachorował na postępującą chorobę oczu. Mimo licznych operacji nie udało się choroby zatrzymać i ostatecznie jako dwunastolatek stracił wzrok. Ociemniały syn niepiśmiennej matki i ojca rolnika z roztoczańskiej wsi – nie rokował jako sprawny gospodarz. Legenda mówi, że ojciec wyniósł go do stajni prosto pod końskie kopyta, żeby oszczędzić dziecku cierpienia i upokorzeń. Matka, chcąc ocalić syna, oddała go pod opiekę sióstr zakonnych do Lasek, gdzie mały Miecio zaskakiwał wszystkich niebywałym wyczuleniem pozostałych zmysłów. Był synestetykiem – znajomi Mieczysława Kosza mówią, że potrafił rozpoznawać kolory przez dotyk, słuch absolutny za to pozwalał mu drogę z sąsiedniej wsi do domu znajdować, słuchając odgłosów drutów telefonicznych. Jako dziecko w kościele w Tarnawce z namaszczeniem słuchał organisty, pana Piwki. Później, jak twierdzi biograf, będzie podchodził do muzyki jak do mszy – “była dla niego wszystkim”.
Z perspektywy współczesnego czytelnika koszmar życia osoby ociemniałej w latach powojennych nie mieści się w głowie. Nie mówiąc już o codzienności pianisty – wymagał stałej, codziennej opieki, przewodników i towarzyszy. Nawet nuty pisane alfabetem Braille’a zajmowały znacznie więcej miejsca i wymagały nie lada sprytu, żeby w ogóle je pozyskać.

Mieczysławowi Koszowi udało się jednak odebrać doskonałe wykształcenie muzyczne. W Krakowie trafił pod opiekę profesor Romany Witaszczakowej, która rozbudziła w nim “wyobraźnię muzyczną, uczuliła na szlachetność brzmienia instrumentu oraz swobodę opanowania klawiatury bez lęku i zahamowań charakterystycznych dla ludzi niewidomych”. Wówczas wciąż jeszcze w szkołach muzycznych pokutowało przekonanie, że nie godzi się murów szacownych szkół profanować zachodnią muzyką rozrywkową, uznawaną przez władzę za wykwit moralnej zgnilizny amerykańskiego imperializmu. Mietek wbrew przestrogom nauczycieli powtarzał zasłyszane melodie, uczył się je improwizować i konsekwentnie poszukiwał swojej czystej muzycznej barwy – rozumianej dosłownie, tak bardzo był wyczulony na kolor, który udało mu się zapamiętać z czasów, kiedy jeszcze widział.

Przez wiele lat nie miał swojego instrumentu, utrzymywał się z grania w kawiarniach, a z kolejnych mieszkań w Warszawie musiał się wyprowadzać, bo sąsiadom przeszkadzały próby.

Występ na Jazz Jamboree w 1967 roku wyniósł Mieczysława Kosza na szczyt. Występował też na festiwalu Jazz nad Odrą, a także jako pierwszy Polak wygrał prestiżowy festiwal w Montreux. Zgasł na muzycznym firmamencie niemal tak szybko, jak rozbłysnął – w 1973 r. wypadł z okna mieszkania na ulicy Koszykowej w Warszawie. Do dziś nie wiadomo, z jakiej przyczyny.

„Tylko smutek jest piękny” Krzysztofa Karpińskiego to nade wszystko solidna biografia – opracowana rzetelnie, chronologicznie, z wyraźnym podziałem na wszystkie dostępne fakty z życia muzyka, wspomnienia przyjaciół, a także bezcenne z dzisiejszej perspektywy komentarze zachodniej i rodzimej krytyki muzycznej. Do dziś pianiści jazzowi podziwiają jego kunszt i niebywałe umiejętności warsztatowe. Wyraźnie ciążył ku neoromantyzmowi muzycznemu, a wielu jest zdania, że jego kompozycje to dziś znakomita nowoczesna muzyka fortepianowa z elementami jazzowymi. Zdaniem recenzentów wzorował się na Billu Evansie, co w efekcie dało czysty jazz bez efekciarstwa i niepotrzebnych popisów.

 
Reklama

Lata 60., w których Kosz był już rozwiniętym muzykiem, były czasem wielkiego gatunkowego fermentu w muzyce – nastąpiło wówczas m. in. rozszerzenie zakresu dźwięków muzycznych na sferę szmerów. Światowa muzyka wkroczyła do jazzu, który nagle został skonfrontowany ze wszystkimi kulturami muzycznymi: od Indii po Afrykę, od Japonii po Arabię. Nowa koncepcja muzyczna charakteryzowała się rozkładem metrum beatu i symetrii.

Jako muzyk był silnie osadzony w tradycji, dzięki czemu jego muzyka tworzy ciekawy klimat i zachowuje ogromną siłę oddziaływania, która przekraczała wszelkie bariery. Jako artystę charakteryzowały go troska o jakość dźwięku, inteligencja muzyczna i dar improwizatorski.

Kosz rozpoczął swoją karierę artystyczną w chwili, kiedy wielu w tym czasie najlepszych muzyków jazzowych wyjechało za granicę głównie „za chlebem”, co doprowadziło do zmiany warty na jazzowych estradach. Wyjechali m. in.: Wojciech Karolak, Krzysztof Sadowski, Roman Dyląg i Michał Urbaniak. Krzysztof Komeda po Jamboree 1967 wyjechał do Jugosławii, a potem do Stanów, gdzie przebywał do wypadku do 1968. W kraju została gwardia doświadczonych jazzmanów: Henryk Majewski, Jan Ptaszyn Wróblewski, Andrzej Kurylewicz, Andrzej Trzaskowski, Zbigniew Namysłowski, Tomasz Stańko czy Janusz Muniak. Rzadko wśród nich wymienia się genialnego Mieczysława Kosza.

Trudno powiedzieć, czy mamy dziś do czynienia z mitem, czy z legendą Mieczysława Kosza. Żyją i wciąż są aktywni współcześni mu muzycy, którzy nie tylko znali go osobiście, ale również razem z nim grali. Na spotkaniach poświęconych jego muzyce możemy usłyszeć nieraz zupełnie sprzeczne wspomnienia kolegów muzyków, środowisko jest również podzielone w kwestii okoliczności jego śmierci. Mimo nimbu kalekiego geniusza, który go otaczał, Mieczysław Kosz nie zdążył za życia nawet stworzyć swojej własnej legendy, nie obrósł gęstym puchem bałwochwalczego mitu. Z rozsypanych wspomnień środowiska można ułożyć skomplikowany obraz osobowości trudnej, wymagającej, skaleczonej cierpieniem i skrajną samotnością. Będąc u szczytu powodzenia, pomimo wielu intratnych propozycji, rezygnował z grania muzyki komercyjnej. „W gąszczu freejazzowych eksperymentów swojego czasu wniósł do jazzu spokój, który w połączeniu z jego liryzmem i bystrą inteligencją wywołał u słuchaczy bardzo silne emocje. Są one do dziś czytelne w jego muzyce” – pisze Karpiński.

Legenda głosi również, że ostatnie mieszkanie na Koszykowej ociemniały Mieczysław Kosz wynajmował od klezmera, mieszkającego w tym samym budynku. Okazuje się jednak, że ów czynny muzycznie klezmer był głuchy na jedno ucho – odgryzł mu je pies, który nie znosił, kiedy jego właściciel wydzielał przykrą dla psa woń alkoholu.

Kosz sam do siebie miał mnóstwo dystansu. Kiedy przechodził z kolegą po ulicy, potrafił zawołać: „zobacz, jaka ładna dziewczyna!”, a kiedy wpadał na przykład na kosz na śmieci, rzucał: “nie uwierzysz, spotkałem brata!” Cierpka autoironia bez wątpienia kryła głęboką depresję, cierpienie i pełne powikłań życie wewnętrzne.

 
Reklama

Kilka tygodni po premierze wznowienia książki Krzysztofa Karpińskiego swoją premierę będzie miał nowy film Macieja Pieprzycy – “Ikar. Legenda Mieczyslawa Kosza” w doborowej obsadzie (w roli głównej niezrównany Dawid Ogrodnik) z muzyką skomponowaną przez Leszka Możdżera. Na Festiwalu w Gdyni film został obsypany nagrodami. Miejmy nadzieję, że i książka, i film, pomogą sobie nawzajem promocyjnie.

Książka Karpińskiego zainteresuje profesjonalnych muzyków, ale i miłośników rzetelnie skonstruowanych biografii napisanych trochę w stylu vintage – z wyraźnym podziałem na część biograficzną, zebrane pieczołowicie recenzje polskie i zagraniczne, bogatą bibliografię i liczne zdjęcia. Karpiński rozmawiał z wieloma współczesnymi Koszowi muzykami, kreśli sprawny portret nieoczywistej, trudnej i zmienionej cierpieniem osobowości artystycznej Kosza, nie konstatuje i nie podsuwa oczywistych, tanich rozwiązań.

“Pomimo swojego wielkiego talentu, a także nimbu kalekiego geniusza, który go otaczał, Kosz za życia nie zdążył stworzyć legendy, nie stał się idolem. Nie należał do młodzieżowej kontrkultury lat 60., nie został bożyszczem salonów. Nie był światowcem, ozdobą artystycznej bohemy, nie dystansował swoją popularnością konkurentów. Nie zrodziła się koszomania, nie było więc jej zmierzchu. Jego legenda zaczęła narastać dopiero wiele lat po jego śmierci. Właśnie teraz jesteśmy świadkami jej rozkwitu. Ten niespełna trzydziestoletni muzyk dopiero dziś staje się integralną częścią naszej rzeczywistości” – pisze Krzysztof Karpiński.

 

Krzysztof Karpiński, „Tylko smutek jest piękny. Opowieść o Mieczysławie Koszu”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Reklama