Maues

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Mocny cios maczety powoduje, że coś, co przypomina kokos, rozbija się na dwie części.

Jest to orzech Brazylijski. Bardzo gruby, bardzo mocny – wyobrażam już sobie co potrafi zrobić  taka maczeta. W środku znajdują się kolejne mniejsze orzechy, które też trzeba rozbić przy pomocy młotka i dopiero wtedy mamy dostęp do orzeszka.

Reklama
Advertisement

Siedzę tak i zajadam się orzechami, popijając świeży sok kokosowy.

Buzują we mnie jeszcze emocje po siedemnastogodzinnej podróży życia na wodach Amazonii. Na przeciwko mnie siedzi Pastor Marcos. To u niego i jego żony Fatimy mam spędzić kolejne dwa tygodnie mojej podróży po Brazylii. Mają spory dom i dwa olbrzymie psy oraz ogród pełen kokosów i innych egzotycznych drzew. Rozmawiają tylko po portugalsku, więc cała nasza trójka uczy się nowego języka komunikacji. Dzielą nas języki, kolor skóry, kultura, ale mimo wszystko, kiedy człowiek jest skazany na drugiego człowieka, okazuje się, że mamy tak wiele wspólnego, iż po tych dwóch tygodniach praktycznie rozmawialiśmy płynnie.

Pastor i Fatima należeli do ludzi zamożnych jak na warunki życia w Maues. Byli to ludzie bardzo religijni, opiekowali się dzieciakami z pobliskich domów. Już pierwszego dnia poznałem Caio, Tomasa oraz Jake`a. Chłopaki mieli po dziewięć, jedenaście i dwanaście lat. Każdego dnia po szkole przychodzili do Pastora i spędzali tutaj całe dnie. Fatima przygotowała dla nich zawsze kawę oraz herbatniki, dostawali też obiad.

Mieli opracowane  twarde zasady, żaden z nich nie wchodził nigdy do domu, chyba że za pozwoleniem. Kiedy my jedliśmy obiad, Jake, który zazwyczaj pojawiał się pierwszy, czekał na zewnątrz, często patrząc przez okno na mnie. Dopiero po obiedzie Fatima zanosiła im kawę na taras. Z chłopakami grałem w piłkę, szybko się zaprzyjaźniliśmy, oddawałem im także mój telefon do zabawy. Byli to też  harcerze pastora. Pomagali przy domu, myli motor i samochód.

Każdego dnia wyjeżdżałem na motorze z pastorem do portu, gdzie mnie oprowadzał i przedstawiał ludziom. Kiedy chłopaki pojawiali się w domu, wyjeżdżaliśmy w piątkę jego pickupem. W porcie wsiadaliśmy na łódkę i płynęliśmy w różne miejsca. Każda taka krótka podróż to wyjątkowe przeżycie. Na łodzi każdy z chłopaków wiedział co robić, pastor trzymał ster, wskakiwaliśmy do rzeki, pokazywali mi delfiny, docieraliśmy do rybaków, na druga stronę rzeki, poznawałem ludzi, niektórzy pierwszy raz widzieli takiego przybysza. Bardzo szybko zadomowiłem się w tym miejscu.

Każdego dnia odbywały się wieczorne spotkania, na których Pastor czytał i interpretował Pismo Święte. Za każdym razem w pierwszym rzędzie trójka Jake, Caio oraz Tomas, zawsze razem. Dostrzegłem silną wieź pomiędzy nimi a Marcosem, w kolejnych rzędach stały inne dzieciaki i ich matki, mało małżeństw.

To przedstawienie zawsze skradał Marcos. Czytał i przemawiał bardzo pewnie, z wielkim zaangażowaniem i wiarą w to, co mówi. Słuchacze większość czasu z wielką pokorą, zamkniętymi oczami i pochylonymi głowami słuchali jego przemowy. Powagę sytuacji przerywała Fatima, która zajmowała się muzyczną oprawą. Na koniec spotkań Fatima zawsze miała przygotowany popcorn i każdy z uczestników, dzieci i dorośli, dostawali swój przydział.

Wszyscy zjadali od razu. Ci ludzie byli zwyczajnie głodni, trudno tego było nie zauważyć. Przez kolejne dni poznawałem domy chłopaków i innych dzieciaków z okolicy. Zazwyczaj były to pokoje bez podłóg, łóżek i z prowizoryczną kuchnią, składającą się z palnika i dwóch garnków. Większość dzieciaków łączyło to, że nie mieli ojca. Królowie jednej nocy zazwyczaj zostawiali swoje ciężarne kobiety. Co nie zniechęcało tych młodych dziewcząt do kolejnych takich relacji. Większość domów była wielodzietna, w jednym spotkałem nawet ośmioro rodzeństwa. Bez ojca.

Pastor tłumaczył mi też, że to, co my mamy na obiad, niestety w większości tych domów nie ma. Nie ma nawet ryżu, zazwyczaj są ryby, bo można je łowić. Bieda i nędza miały się tutaj w najlepsze, zarzucając własną sieć na tych ludzi. Ta sytuacja produkowała społeczność, która była na uboczu tego miasta. Nędza wyniszcza człowieka od wewnątrz, zawęża mu perspektywy, zabiera marzenia i blokuje możliwość samodzielnego myślenia. Uzależniała od siebie. Produkuje również głębokie spojrzenia, beznadziejności i iskry nadziei. Jake miał takie iskry w oczach, był liderem grupy, inteligentny. Miał wrażliwą duszę i biła od niego energia, ale był uwięziony w swojej świadomości istnienia. Gdy przyjechałem do niego, aby poznać jego siostry i matkę, siedział na ulicy wpatrzony w ziemię. To było spojrzenie osoby, która układa coś w głowie, ma marzenia.

To była też wielka wiara w coś większego, jakaś nadzieja, a także strach. Wyobraziłem sobie również co działo się w głowach tych najmłodszych dzieciaków. Pastor donośnym głosem mówił co dobre, a co złe, za co będzie kara i jak powinno wyglądać życie, mówił też o nadziei i wychwalał Jezusa. Zmieniał też swój ton, na łagodny, wesoły, rozweselał ludzi. Miałem wrażenie, że jest dla nich wielkim autorytetem i w jakimś sensie ojcem.

Przez kolejne wieczory postanowiłem się urywać i wychodziłem do miasta. W domu nie było alkoholu, a ja potrzebowałem napić się piwa w tym upale. Nocą Maues zmieniał się w zielono, różowo-żółte miasto. Po 18 było już ciemno. Ulice nieoświetlone, jedyne światła to motocyklowe, które poruszały się jak ruch latarki. Wyjątkowo piękne kobiety, zwykle o indiańskiej urodzie. W tym czasie do portu przypływali Indianie, którzy odbierali zapasy żywności oraz pieniądze rządowe, zostawali parę dni i wracali do swoich rezerwatów. Chodziłem tak ulicami, obserwując jak uspokaja się to miasto, jak stoi w miejscu. Tutaj w porcie jest już inne życie, jest handel, są jakieś pieniądze, nie ma głodu. Jest telewizja, jest sport są uśmiechnięte kobiety. Mijam największy, najbardziej zadbany budynek, jest nim kościół, w środku klimatyzacja i jakby inni ludzie. Ubrani w koszule, garnitury i sukienki. Ludzie dobrze usytuowani zazwyczaj omijają tych wykluczonych.

Sukces omija nędze, nie idzie nigdy w parze, nie ma ochoty się asymilować, wzbudza pewne współczucie, czyli krótką emocję i odchodzi dalej. Chodzę od baru do baru, poznaje ludzi, często to starsi mężczyźni, problemy z komunikacją utrudniają nam zdobywanie wiedzy o sobie. A każdy z nich, chce się dowiedzieć czegoś o mnie. Prawie nikt tutaj nie rozmawia po angielsku. Spotkania z młodymi ludźmi ograniczają się do uśmiechów oraz najprostszych pytań. Jedno się powtarzało, czy mam żonę, czy może chciałbym tę dziewczynę za żonę? Zauważyłem, że nigdy nie proponowano mi dziewczyny, ale zawsze zonę. W łodziach większość dziewczynek w wieku od 13 lat wzwyż miało już swoich mężów, dzieci. Widok osiemnastoletniej dziewczyny z czwórką dzieci nie był niczym szczególnym.

Dochodzi 22, dzwoni pastor. Przyjedzie po mnie za 15 min. Spotkamy się tam, gdzie zawsze. Obok kościoła.

Reklama

OSTENTACJA

Od początku świadomego życia cierpię na pewną osobliwą przypadłość, a