Komfortowy horror Stephena Kinga

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przy okazji premiery drugiej części kasowego horroru “To” warto dokładniej przyjrzeć się fenomenowi Stephena Kinga. Autor “Carrie” to prawdopodobnie najpopularniejszy amerykański pisarz, wielbiony przez miliony fanów na całym świecie. Niemal każde jego dzieło zostało zaadaptowane przez środowisko filmowe, telewizyjne, a nawet growe i komiksowe. Jaka jest więc kingowska recepta na sukces?

Twórczość pisarza wygrywa przede wszystkim przystępną formą. Inspirowane estetyką “pulp novels” (popularnych na początku XX wieku powieści klasy “B”) fabuły, zestawiają skrajnie absurdalne pomysły z przyziemną atmosferą msałych miasteczek. Miła w odbiorze groza, pachnie sympatyczną suburbią oraz groteską, której nie sposób brać na poważnie. Takie tytuły jak “Maglownica” opowiadająca o nawiedzonej pralce albo “Christine” snująca historię upiornego auta, stanowią perfekcyjny, literacki odpowiednik ogniskowej bajki “z dreszczykiem”.

Poza tym większość jego książek nie pozwala narracji na jakieś tematyczne kombinacje. King konstruuje raczej uproszczony rys psychologiczny protagonistów, funkcjonujących trochę pretekstowo w stosunku do klisz horroru, science-fiction, thrillera i kryminału. Nawet próby wprowadzenia socjologicznego komentarza jak na przykład w “Carrie” (problem rówieśniczego terroru) albo “Grze Geralda” (głęboko skrywane seksualne perwersje) mają za zadanie jedynie sprowokować mrożące krew w żyłach, efektowne widowisko. Bibliografia Króla zapewnia lekkostrawną rozrywkę, zgrabnie omijającą czytelnicze wyzwania oraz niewygodne kontrowersje.

Ogromny wpływ na niedawny renesans sławy autora ma na pewno charakterystyczny dla XXI wieku kult uniwersum. Publiczność, którą wychowała postępująca serializacja popkultury kocha łowić detale, łączące poszczególne dzieła Amerykanina w jedną, spójną całość. Precyzyjnie zbudowany, książkowy świat pozwala odbiorcom na przeżywanie fikcji równie intensywnie, jak robią to fani Harry’ego Pottera albo filmów Marvela. Krajobraz, którego kręgosłupem jest seria “Mroczna Wieża”, dostarcza znacznie więcej wrażeń niż rzeczywistość i dlatego znalazł rzeszę oddanych fanów.

Hollywoodzki sukces pisarza jest związany z jego specyficznym prozatorskim stylem. Kingowskie zdania są bezwstydnie jednokierunkowe, a także absolutnie nieaspirujące do miana literatury pięknej. Perypetie jego bohaterów najczęściej są pozbawione podskórnych treści, więc niezwykle łatwo je sfilmować. Twórca nie bawi się w jakąś szczególnie zawiłą metaforykę oraz jak ognia unika dogłębnej introspekcji. Dzięki temu producenci dostają na tacy materiał na produkt idealny – pełen charyzmatycznych postaci, niesamowitych zwrotów akcji oraz mięsistych, łatwych do zapamiętania dialogów. Istny wzór kina rozrywkowego.

Dodatkowe punkty autor “Lśnienia” otrzymuje za godny podziwu etos pracy. Regularność, z jaką publikuje kolejne powieści w połączeniu z solidnością wydawanego materiału, każdego roku wzmacnia jego pozycję na rynku. Zrodzona z tej regularności przewidywalność sprawia, że rzesze czytelników przywiązują się do dokonań Kinga. Odnajdują w nim symbol bezpiecznej przyjemności, czasem boleśnie powtarzalnej, lecz nigdy niesprawiającej zawodu. To artysta zwykle nieocierający się o mikrokosmos arcydzieł, lecz z drugiej strony skutecznie unikający spektakularnych porażek. Wychyla głowę odrobinę poza granicę szarej przeciętności, natomiast nie na tyle daleko, by zrazić do siebie masową widownię.

Wydawać by się mogło, że pejzaż współczesnego horroru oraz science-fiction szkicują dzieła zadające uciążliwe pytania. Najgłośniejsze premiery ostatnich lat takie jak “Dziedzictwo” oraz “Anihilacja” teoretycznie potwierdzają tezę mówiącą o popycie na filozoficzne kino gatunkowe. Jednakże, na drugim biegunie kinematografii grozy i fantastyki bardzo dobrze radzą sobie adaptacje dzieł Stephena Kinga. Okazuje się, że do pełni szczęścia potrzebujemy nie tylko dokonań szalonych geniuszy, ale też historii autorstwa dobrych wujków, których sprawdzone patenty zapewnią nam po prostu kupę frajdy.

Reklama