ANYWHERE          TV

Epicentrum Prady w nowojorskim Soho

prada_1

 “Zmiany mają tendencję do wywoływania w ludziach poczucia ogromnego strachu”

-Rem Koolhaas-

Kiedy architekt holenderskiego pochodzenia, Rem Koolhaas, ukończył prace nad projektem wnętrza sklepu dla marki Prada i w 2001 roku zielone drzwi byłego Muzeum Guggenhaima w nowojorskim Soho otworzyły się dla klientów, wysyłano nas tam w małych grupkach w ramach szkolnej wycieczki.

Na całe szczęście Epicentrum, jak określono ten przybytek technologicznej jak na tamte czasy rozpusty, stał się szybciej mekką dla turystów niż kupujących, stąd pewnie gromady studentów z wiecznie podkrążonymi od niewyspania oczami i wypchanymi po brzegi plecakami nie budziły wśród obsługi wielkiego zainteresowania. Było dość oczywiste, że wszyscy chodzimy tam tylko po to, żeby doświadczyć nie butów Prady, czy zakupić podkoszulek za 600 $, ale po to, aby zakosztować wybitnego umysłu niezwykłego architekta jakim jest Rem Koolhaas.

Jedynym zmartwieniem obsługi były nasze nadwymiarowe plecaki, w których po założeniu na plecy obrót o 180 stopni stanowił wyzwanie nie tylko dla obracającego się, ale wszystkiego w jego bliskim zasięgu.

Nader tolerancyjny personel pozwalał nam jeździć bez celu wielką, cylindryczną windą lub wchodzić po nic do przymierzalni, w której zamiast luster zainstalowano panele video i kamerę robiącą zdjęcia na żywo.

Kiedy znajdujemy się we wnętrzu sklepu to można odnieść wrażenie, że jest to eksperyment, a nie miejsce handlu. Faktem jest, że idea na jej butik w Soho powstała z przekonania właścicielki marki Mucci Prady, że “konsument zaczyna być znudzony doświadczaniem typowych luksusowych zakupów” i przyszedł czas, aby wyjść naprzód jego oczekiwaniom i zaproponować alternatywę dla utartych reguł. Będzie to doświadczenie wychodzące poza ramy standardowego sklepu, szczególnie jeżeli proponuje on asortyment z najwyższej półki.

Nie mogę się powstrzymać przed założeniem, że celem Prady w Soho miała być nie tyle sama sprzedaż, co radość dla oczu i reklama marki, która z onieśmielających rejonów Piątej Alei i Madison, gdzie posiada ekskluzywne butiki o mniej ekstrawaganckim wnętrzu, wyruszyła na podbój Downtown.

Prada nie mogła wybrać architekta, który lepiej zobrazowałby ten pogląd, ponieważ Rem Koolhaas podzielał jej teorię absolutnie.

Pytany o swój projekt mówił: “próbowałem wstrzyknąć w ten projekt niestabilność, aby stworzyć przestrzeń radykalną. Nigdy nie wiesz co tu zastaniesz”.

Koolhaas sprzeciwiał się tworzeniu tak zwanych Flagship Stores (ang. sklepy flagowe), a jego Epicentrum Prady miało być przeciwwagą dla czegoś, co nazywał “syndromem sklepu flagowego” co w jego tłumaczeniu oznacza “megalomańską kumulację oczywistości.”

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w Epicentrum Prady na Soho brakuje miejsca dla samego produktu. Wynika to z dążenia jej właścicielki do “zamętu”. Konsekwentnym pragnieniem Mucci Prady jest zderzenie jej odbiorcy z nieoczekiwanym. Epicentrum stało się wynikiem jej wiary w to, że “wnętrze sklepu może oferować doświadczanie przyjemności bez względu na to czy z wybranym towarem podążymy do kasy czy nie.”

W tamtym czasie, 18 lat temu sklep Prady był unikatowym i pod względem technologii jaką proponował, której oczywiście dzisiaj już nikt się nie dziwi i pod względem wypromowania całkowicie nowej koncepcji handlu dobrami, równoważącej sprzedaż idei ze sprzedażą produktu.

Przy okazji wywiadu jaki Rem Koolhaas udzielił w 2017 dla magazynu Dezeen dowiadujemy się, że Manhattan był zawsze największym bodźcem w całej jego karierze architektonicznej. Nie sposób nie pochylić się w tym momencie nad faktem, że w 1978 roku ukazała się jego książka “Delirious New York, A Retroactive Manifesto for Manhattan” (polski tytuł Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu), która uznawana jest za jedną z najważniejszych, współczesnych analiz miasta. Nowy Jork kazał mu jednak długo na siebie czekać. Od ukończenia Prady w 2001 roku minęło trzynaście lat i dopiero w 2014 otrzymał zlecenie zaprojektowania swojego pierwszego budynku mieszkalnego na Manhattanie.

Ten wybitny architekt, zdobywca nagrody Pritzkera z 2000 roku mówi sam o sobie: “Jesteśmy otoczeni przez fatalistów, którzy widzą miasto w obliczu upadku. Ja w pewnym sensie automatycznie akceptuję zmiany. Próbuję odnaleźć drogę, w której zmiana może wzmocnić oryginalną tożsamość. Jest to dziwne połączenie, jednocześnie posiadania i nieposiadania wiary.”

Przywilejem mieszkania, nie wspominając już o studiowaniu architektury wnętrz w jakiejkolwiek ze światowych metropolii, jest możliwość obcowania z wielką architekturą na co dzień. Można ścigać osiągnięcia wybitnych architektów po świecie i dla każdego zakochanego w tej dziedzinie możliwość “zdobycia” kolejnego budynku będzie się równała z absolutnym spełnieniem, ale kiedy każdego dnia można wejść do sklepu, usiąść w barze czy zjeść w restauracji zaprojektowanych przez naszych własnych mistrzów, to architektura staje się bardziej przystępna, codzienna i naturalna. Nie traci na wartości, ale zanika w niej ten silny ładunek muzealny, który często odczuwa się, doświadczając architektury na światowym poziomie.

Za powszechną uważa się wiedzę, że projekt wnętrza nie powinien przyćmiewać głównego produktu dla którego potrzeb został stworzony. Tak więc wnętrze sklepu powinno być uzupełnieniem dla towaru, w restauracji najważniejszy powinien być smak jedzenia i jeżeli okaże się, że krzesło, na którym siedzimy spożywając obiad staje się centrum zainteresowania, wyprzedzając wyśmienity stek to, wierząc stereotypom, można założyć, że balans dopełnienia jakim powinno być wnętrze został zachwiany. W tym sensie zaskoczeniem będzie wnętrze Prady, które przemawia językiem głośniejszym do ludzi uwrażliwionych na sztukę, architekturę i design a nie tych, którzy chcieliby tylko przymierzyć buty.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE