Rozmowy w oczekiwalni III

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Najpierw to usłyszała. Pisk podobny do takiego, kiedy to sadysta z horroru klasy D bierze do ręki wirujące wiertło dentystyczne i delikatnie, można powiedzieć z finezją, zaczyna piłować twój płat czołowy mózgu. Już czuła strumień wody wyrzucany przez wiertło z mocą ciśnienia węża Ochotniczej Straży Pożarnej, prawie widziała atakujące oko diody LED, którego siłę tak zachwalał Pan Jacek, przedstawiciel firmy dostarczającej sprzęt stomatologiczny. Nagle ulga. Mówiąc cisza to jakby nic nie powiedzieć. Otworzyła oczy, słysząc śpiew ptaków, tak dosłowny, jakby roznoszony przez najlepszy układ głośników stereo, którego premiera obędzie się w 2035 roku. Przed oknem kliniki stał pociąg, ale nie żadne Pendolino czy nowoczesna SKM-ka, ale taki, o jakim mówiło się dalekobieżny z kultową wielką dwójką wyrysowaną między jego oknami. To chyba przejazd vintage – skwitowała i zaraz pomyślała – o, przecież takim jeździło się na kolonie do Zakopanego, w takich wagonach opiekunki dzieci walczyły z palącymi pety wąsaczami, a napis WC świecił się stale na czerwono swoją krwistą barwą, prawie krzycząc ZAJĘTE! A ten zapach siedzeń! Szkoda, że nie można go jakoś nagrać i potem sobie nad nim popłakać, jak nad starymi przebojami sygnowanymi 90’s z  youtube’a.

Z tych, jakże żywych rozmyślań, wyrwał ją nieznany dzwonek telefonu. Ciekawe, że dzwonił jej aparat, ale jego dzwonek był gwizdaniem Axla Rose’a z Gun’s N Roses z ballady Patience. Na telefonie, zamiast nieznanego lub znanego numeru, pojawiło się logo „Gunsów” z nieśmiertelnymi pistoletami Colta, które zdobiły dwie czerwone róże. Dobra, dobra – powiedziała do siebie silnym tonem, bo przecież taką była kobietą Agata, dont’t cry, odbieram ten telefon!

– Słucham – powiedziała najsilniej jak umiała, jednocześnie barwiąc swój głos opanowaniem i dodając mu dla przeciwwagi szczyptę kobiecości.

– Witaj – usłyszała do drugiej stronie łagodny głos kobiety, tak aksamitny jakby przepuszczony przez dziesiątki mikserów do obróbki dźwięku. – Przepraszam, że wyrwałam Panią z takiej sympatycznej nirwany. Po prostu mój pociąg się zatrzymał. Tak nagle. 

– Dzień dobry – powiedziała uspokojona Agata. – Ale…

– Pewnie chce się Pani zapytać o telefon, zaraz odpowiem – głos kobiety, niczym plusz, miękko szeptał do ucha Agaty. – Najpierw Pani powiem, Pani Agato, ze spóźnia się Pani zegarek. O minutę dokładnie. Niby niewiele, ale kto wie, gdyby nie to, może byśmy teraz nie rozmawiały?

Agata, spojrzała na osobowy. Dokładnie naprzeciwko okna, w którego świetle siedziała, machała do niej kobieta. Właściwie, było widać ogromne afro włosów – loków które niespokojnie wyrywały się z pociągu, a całą twarz tej nieznajomej, niczym maska, pokrywały ogromne gogle-lornetka.

– Uprzedzę Pani pytanie. To lornetka mojego męża, zginął niedawno w Syrii, wykonując ZADANIE. Temperatura wynosiła ponad 1000 stopni, ale ona przetrwała. Potrafi wypatrzyć PIN od karty z odległości kilometra, dlatego zauważyłam opóźnienie Pani czasomierza – wytłumaczyła się pasażerka.

– Ale, ale – nie przestawała pytać Agata, jakby nieznajoma była ożywioną wersją google – Skąd znała Pani mój numer telefonu? – chciała dodać – do jasnej cholery, ale bała się, że zadziała to jak automatyczny DELETE i cała ta, tak absurdalnie sympatyczna rozmowa, rozpłynie się równie niespodziewanie jak się rozpoczęła.

– Pani Agato – głos nieznajomej masował ucho Agaty jak najdoskonalsza tajlandzka mistrzyni tego fachu. – Mam tutaj coś, co każdy. Aplikację, co prawda z modułem, który już taki oczywisty nie jest. Wybieram jak filtr, w wyszukiwaniu pojazdów na portalu aukcyjnym, numery telefonów o obszarze, który sama zawężam i rozszerzam. Mogę wybrać płeć, wiek i inne.

– Ale – wtrąciła Agata, która już odzyskiwała pełną pewność siebie – Może Pani zadzwonić do tych osób, niezależnie czy mają do tego nastrój, prawda?

– Zdecydowanie – powiedziała kompletnie nie zbita z tropu pasażerka. – Szczerze, czy ty, Agato, nigdy nie wykorzystujesz swoich przewag w codziennym życiu?

– Oczywiście, pozytywnie – zaznaczyła.

– Dobra, dobra, epicko, jak mówi młodzież, wygrałam tą rundę. Jestem Czerwona – powiedziała pasażerka – możesz mnie tak nazywać. Chwilowo nie mam imienia, ale jeśli ci to nie przeszkadza, to tak poproszę. Miałam logikę na studiach – kontynuowała – I jeśli byłam grzeczną studentką to myślę, że teraz powinnaś mnie zapytać dokąd jadę.

– Prrryyyyy – stój! – krzyknęła Agata. – Mój punkt. Droga, Czerwona koleżanko, teraz to stoisz i nigdzie nie jedziesz, bo twój żelazny rumak przystanął na torach i ani drgnie.

– O, walczysz – zapaliła się nieznajoma. – Teraz mój ruch. Kliknij ten link, który ci wysłałam. Widzisz to, co ja? Ściągam on-line obraz z wszystkich kamer zainstalowanych na tej linii kolejowej. Zobacz sama.

Rzeczywiście, na telefonie Agaty wyświetlił się ruchomy obraz, sam dół gdańskiego wysokościowca „Zieleniaka”, a na torach coś, co przypominało dużego amerykańskiego pickupa z obszerną paką i mocno kwadratową kabiną. To była zwykła niewielka, kolejowa drezyna do przewozu podkładów i brygad naprawczych. Obraz stał się na chwilę ziarnisty, by po chwili ten sam pojazd uchwycić z widokiem na ogromne roboty. Nieśmiertelne dźwigi KONE, wyprodukowane w latach 70. dla Stoczni Gdańskiej. Potem video na moment się rozpikselizowało, by wrócić do dziwnego kadru obrotowej kamery, która chwyciła szpital przy ul. Klinicznej.

– Ojej – wyraźnie sentymentalnie wyrwało się Agacie – Wiesz, Czerwona, urodziłam się tutaj.

– Wspominaj, wspominaj, to dobre dla głowy – odparowała.

Niespodziewanie, podobny w tonie pisk hamującego pojazdu kolejowego wszedł brutalnie w miękkość tej konwersacji dwóch zupełnie obcych sobie kobiet. Czerwona zgrabnie wskoczyła na platformę kolejowej drezyny, mimo wysokich szpilek, przybijając piątkę z oboma kolejarzami.

– Agatko – pieszczotliwie krzyknęła – Popatrz, proszę, oto kolejowy, mobilny gabinet stomatologiczny!

Czerwona otworzyła szeroko usta, a jeden z robotników niewielkimi szczypcami zanurkował w jej buzi.

– Mamy go, mamy go – Czerwona uniosła w górę coś, co musiało być zębem, – I tak był zjedzony przez robaki, znaczy próchnicę – powiedziała znów do telefonu. – Trzymaj – rzuciła go w stronę gabinetu, obciążając worek z cenną zawartością, kruszywem z torów. – Agato, proszę o wykonanie dla mnie trzydziestu dwóch nowych, pięknych, białych ząbków, koniecznie z tego samego materiału! Wiem, że dacie radę! Pa, pa – pomachała.

Drezyna ruszyła. Na telefonie Agaty pojawiało się zdjęcie panoramiczne zębów pasażerki, wraz z jej bardzo dokładnymi fotkami twarzy i coś jeszcze. Pokaźna suma transferu bankowego z dopiskiem:

Dziękuję za naszą znajomość, życie bywa zaskakujące. Prawda, Agatko?

Czerwona

 

***

3 miesiące później.

 

Doktor Tomasz Zarański odebrał telefon z laboratorium.

– Tomek, przykro mi. Absolutnie nikt w Polsce i na świecie nie jest stanie stwierdzić z jakiego materiału został wykonany ten ząb.

           

Wszelkie postacie i wydarzenia, które miały miejsce w opowiadaniu są fikcją literacką.  Perfect Smile Clinic Wrzeszczwręcz odwrotnie – jest jak najbardziej prawdziwa – zapraszamy ciepło, gorąco a nawet upalnie.

Autor

Marcin Głuszek– człowiek u którego w gabinecie zamiast obrazów – dwanaście 65 cm płaskich stoczniowych kluczy zdobi ścianę. Codziennie biega, zmagając się ze wzgórzami lasów Gdańska Wrzeszcza. Wraca i ze spoconej głowy kapią z niego pomysły. Te literackie i marketingowe.

Przeczytaj również

Reklama