Niechlujny anty-manifest. Tropical Fuck Storm – Braindrops – recenzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Od jakiegoś czasu „rock umarł” jest najbardziej chwytliwym hasłem, forsowanym przez młode pokolenie. Podobnie jak kiedyś śmierć punka definiowała nastanie nowego porządku, tak teraz transformacja wizerunku muzyki popularnej kojarzy się właśnie z odrzuceniem stadionowego, gitarowego grania.

W sytuacji, gdy progresywność można dostrzec tylko na scenie elektronicznej i hip-hopowej, zespół Tropical Fuck Storm znalazł dość przewrotny sposób na pozostanie relewantnym. Otóż australijska formacja, zamiast prześcigać się z obsługującymi samplery oraz laptopy futurystami, postanowiła zamanifestować swoją siłę poprzez skrajne, techniczne niedbalstwo.

Reklama

“Braindrops” opowiadają historie przy pomocy chaotycznych, garażowych kompozycji niepróbujących znaleźć przepisu na ładne melodie. Formacja rozmawia ze światem poprzez nieskładne, dźwiękowe formy oraz bełkotliwą poezję zwiastującą nieuchronną apokalipsę. To język cynizmu smakującego jak ciepłe, poranne piwo, którym pewnie kiedyś często Nick Cave podlewał kaca.

Niechlujna estetyka nie jest jednak tylko czysto formalnym zabiegiem. W połączeniu ze skrajnie fatalistycznymi tekstami uosabia ona nastroje dzisiejszego społeczeństwa. Wizja autorstwa Tropical Fuck Storm nie zaraża raczej optymizmem – przywołuje cywilizację opartą na wszechogarniającym nieładzie. Surowy punk-blues rodaków Mad Maxa przedstawia człowieka jako istotę zanurzoną po uszy w moralnym bałaganie, nieustannie poszukującą wzoru do naśladowania, nie wiedząc, że takowy nie istnieje.

Muzycy zauważają smutny paradoks ludzkiej egzystencji. Otóż nasz gatunek pragnąc wolności, dobrowolnie daje się zamknąć w mentalnym więzieniu. Każdy ma swoją własną celę – dla jednych jest to polityka, dla innych religia, a dla kogoś filozofia. Tę absurdalną sytuację przedstawiają gęste piosenkowe struktury osaczające słuchacza ze wszystkich stron, nie dając mu uciec, tak jakby rzeczywiście przebywał w zamknięciu. Nieposkromiony strumień świadomości płynący z ust Garetha Liddiarda i Fiony Kitschin, dodatkowo wzmacnia klaustrofobiczną atmosferę, dodając jej odpowiednio niepokojącą nutę szaleństwa.

Twórcy narzekają na wszystko, co ich otacza i wcale się nie kryją z charakterystyczną zgryźliwością. Ich postawa pokazuje, że tak naprawdę znajdujemy niesamowitą przyjemność w użalaniu się nad własnym losem. Podobną rozkosz widzimy także w absolutnej negacji tez, które nie zgadzają się z naszym światopoglądem. Na szczęście członkowie zespołu zauważają komizm tej radykalnej bezkompromisowości i nie traktują zbyt poważnie swojej rebelianckiej postawy.

Drugi album w karierze Tropical Fuck Storm jest instrukcją przetrwania w dzisiejszych czasach. Australijczycy twierdzą bowiem, że człowiek, choć zawsze skazany na klęskę, ma szansę na bycie szczęśliwym. Aby tego dokonać, powinien zamienić rozpacz w ironiczny śmiech, bełkot w poezję, a niedoskonałości w sztukę.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama