71. Rajd Polski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Nie przypominam sobie takiego zainteresowania rajdami w Polsce jak w tym roku. Oczywiście kołem napędowym imprezy był występ Roberta Kubicy, ale nie należy zapomnieć, że nad piękne mazurskie tereny zjechała cała czołówka najlepszych kierowców świata. 71. Rajd Polski był bowiem jednym z rajdów zaliczanych do generalnej klasyfikacji Mistrzostw Świata.

Ryk silników, który niósł się kilometrami od wczesnych godzin rannych, tłumy kibiców na trasach, którzy chcieli choć na chwilę zobaczyć jadące z ogromną szybkością po gruntowych drogach samochody rajdowe, tumany kurzu podrywane po każdym przejeździe – to wszystko zmieniło Mazury na te kilka dni w motoryzacyjną stolicę świata.

Najbardziej wytrwali kibice, choć powinienem napisać – setki i tysiące kibiców – kiedy tylko słońce pojawiało się na horyzoncie, ustawiali się na trasach rajdowych niczym myśliwi. Jeśli w okolicy nie było drzew, na które można byłoby się wspiąć, zaszywali się w gęstej trawie. Ci bardziej przygotowani, wraz z wyborem miejsca, organizowali sobie mini biwaki, z gorącymi napojami i przekąskami. Były telewizory, radia, krótkofalówki. Niczego nie brakowało, aby zapewnić sobie komfort oglądania i dobry widok na jak najdłuższy odcinek trasy. Miejscowi, jeśli nie byli zatrudnieni przy organizacji, służyli pomocą w znalezieniu najlepszego miejsca do oglądania dla tych wszystkich, którzy imprezę odwiedzili. Niektórzy zajmowali się wynajmem miejsc parkingowych, inni gonili zabłąkanych kibiców, którzy z niewiedzy weszli gospodarzowi w szkodę. Byli również tacy, którzy uważali się za szybszych niż samochody i z ułańską fantazją dostarczali sobie i organizatorom kolejnych powodów do zmartwień – taki polski folklor. Do tego wszechobecny kurz, który opadał dopiero kiedy słońce zachodziło, a który po całym dniu dopingu można było znaleźć nawet w najbardziej odległych miejscach swojego ciała i garderoby.

Rajd był fantastyczny i tylko trzy rzeczy nie sprawdziły się tak, jak organizator przewidywał. Nie padało, choć codziennie wesoły pan w telewizorze ostrzegał przed ogromnymi ulewami i koniecznością zabrania ze sobą parasola. Dopiero ostatniego dnia, kiedy wszyscy żegnali się i ruszali do domów, nastąpiło oberwanie chmury i trwało przez wiele godzin. Nie udał się wyjazd na kilka odcinków specjalnych na Litwę. Tam dały o sobie znać słabo przygotowane trasy i niesforni kibice. Nie sprawdziły się również przewidywania, że najlepszy będzie polski kierowca. Wygrał Sebastian Ogier, a Robert Kubica nie ukończył wyścigu. Dokładnie tak samo jak Krzysztof Hołowczyc i Michał Sołowow. Nikt o tym jednak nie będzie pamiętał, kiedy za rok światowa czołówka rajdów znowu przyjedzie do Polski. Oby tak się stało i oby was tam nie zabrakło.

Reklama