Tadeusz Zdunek: Punkt karny za parkowanie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W 1974 roku zamienił Fiata 126p na Mercedesa, a potem poszło już samo. Tadeusz Zdunek do dziś jest głową jednej z największych firm samochodowych na Pomorzu.

Dlaczego akurat ten salon został wyróżniony mianem najlepszej inwestycji 2014 roku w Gdyni? Co jest w nim takiego specjalnego?

Myślę, że poniekąd architektura. Wszyscy, którzy tędy przejeżdżają widzą, że jest to ładny budynek, fajna architektura. Jest umieszczony na fajnej działce, która jest dość trudna, bo jest pochylona, więc wkomponowanie w nią budynku nie było prostym zadaniem dla architekta. Ale się udało. Ważne jest też wykończenie, są osoby, które twierdzą, że tak dobrze wykończonego salonu jeszcze nie widziały.

Klienci też zwracają na to uwagę? Jest to ważne ze sprzedażowego punktu widzenia?

Budynek sam w sobie jest reklamą. Prosta, metalowa hala też by wystarczyła, na głowę by nie kapało, ale po to się buduje reprezentacyjne budynki, żeby były też formą reklamy.

Ludzie kupują samochody, czy wciąż powtarza się słowo „kryzys”?

Kryzys trwa nieprzerwanie od roku 2001, który był ostatnim dobrym rokiem. Około 1999 w Polsce było sprzedawanych 660 tys. samochodów osobowych, w tej chwili wszystko kręci się w okolicach 300 tys., z czego część wyjeżdża na eksport. Nasz kraj jest coraz bogatszy, a sprzedaż jest coraz mniejsza.

Może rynek się już nasycił – każdy, kto chciał mieć taki samochód już go ma.

Od 1999 roku minęło już 16 lat, to dosyć sporo. Rok czy dwa lata wcześniej też był bardzo dobry okres, w roku 2000 sprzedaż spadła do ok. 400 tys., więc to była katastrofa. W tej chwili sprzedajemy cały czas około 300 tys., więc o połowę mniej niż w ubiegłym wieku.

To jest ciągle dobry wynik w perspektywie kraju?

W Hiszpanii, która nie jest jakoś bardzo zamożnym krajem, sprzedaż samochodów osobowych stoi na poziomie 1,2–1,5 mln sztuk. Nie mówimy tylko o samochodach luksusowych. We Włoszech jest jeden z największych rynków samochodowych, a sprzedawane są głównie małe, tanie samochody, takie jak Fiat Panda czy Punto. Jeśli chodzi o ilość aut na tysiąc mieszkańców Polska ma najniższy wskaźnik w całej Europie, za Mołdawią i Ukrainą.

Kim są klienci salonów Zdunek?

Ciężko powiedzieć jaki jest profil klienta. Po samochody klasy premium przychodzą różni ludzie. Dużo jest właścicieli firm, mnóstwo jest przedstawicieli wolnych zawodów – prawników czy lekarzy. Dla tych pierwszych jest to inwestycja w wizerunek, ale ci drudzy już nie muszą inwestować w nic, oprócz swojej wiedzy, lokują więc swoje środki w wyższy poziom życia.

Pańskie przedsiębiorstwo jest bardzo rozpoznawalne na polskiej mapie, nazwijmy to, samochodowej. Ja to się stało, że wpadł pan na pomysł rozwijania takiego, a nie innego biznesu?

Droga była prosta. Firmę samochodową prowadzę od 1978 roku. W 1960 roku mój ojciec kupił pierwszy ciągnik w naszej okolicy, wtedy zaczęliśmy myśleć gdzie go naprawiać i pojawiła się u mnie smykałka samochodowa. Spełniłem swoje marzenie i skończyłem technikum samochodowe, do tej pory z tą szkołą współpracuję. Później pracowałem w szeregu firm związanych z autami, jednocześnie studiując zaocznie budowę maszyn. Cała moja kariera kręci się wokół samochodów.

I jak zaczął pan sprzedawać samochody?

Na początku sprowadzałem samochody z Niemiec, które z przyjacielem naprawialiśmy i sprzedawaliśmy. Były to auta dobrej jakości, na wysokim poziomie, ale pojawiła się konkurencja, która często odnawiała samochody byle jak. Klienci chwalili nasze samochody, ale ich cena też była odpowiednio większa. W 1990 roku otrzymałem propozycję współpracy z Renault i od tamtej pory jestem w branży samochodów nowych, najpierw jako subdealer, później jako dealer.

Ta ćwierćwieczna tradycja jest ważna dla biznesu?

Liczy się rozpoznawalność. W Trójmieście jest dużo firm, które od zawsze funkcjonowały na tutejszym rynku samochodowym. Tutaj liczy się zaufanie klientów, mam nadzieję, że dzięki temu będziemy na tym rynku jeszcze długie lata.

Znacie się w środowisku?

Oczywiście, że tak! Spotykamy się czasami, rozmawiamy na różne tematy. Dealerów w Trójmieście jest wbrew pozorom niewielu, to jest nieco ponad dwadzieścia osób. Nie jest to więc obszerne grono. Akurat jeden z nich, już nieżyjący, namówił mnie na prowadzenie własnej firmy, powiedział: „Jest pan młody, zdolny, powinien pan pomyśleć o swoim biznesie”. Miałem wtedy 24 lata, byłem przez wiele lat najmłodszym samochodziarzem w Gdańsku. Ale to jest już niestety odchodzące pokolenie.

Czym pan jeździ?

X5.

Poleca pan?

Natura dała mi krótkie nogi, więc ciężko mi się do niego wsiada i wysiada. Bardziej preferuję więc BMW z serii 7, ale ona niestety wychodzi już ze sprzedaży, więc to byłaby dla mnie zbyt duża strata. Oczywiście jeżdżę też Renault, czekam teraz na nowego Espace’a, zobaczymy jak się będzie nim jeździło. To samochód o unikalnym designie, który na pewno będzie się wyróżniał na ulicy.

A pamięta pan swój pierwszy samochód, oczywiście poza tym ciągnikiem taty?

Oczywiście, że pamiętam. W 1977 roku dostałem na urodziny od rodziców Fiata 126p.

Dużo trzeba było go naprawiać?

Nie wiem, po tygodniu pojechałem nim do Berlina Zachodniego i wymieniłem go na pięcioletniego Mercedesa. To była moja pierwsza gotówka na inwestycje, w ciągu dwóch tygodni pomnożyłem środki od rodziców trzykrotnie.

Ktoś chyba zrobił kiepski interes w tym Berlinie.

Niekoniecznie, w tych czasach nowy polski Fiat kosztował na rynku niemieckim ok. 5 tys. marek, a nowy Mercedes ok. 10 tys. A tu był nowy samochód za używany, więc cena była adekwatna.

Ale jakość chyba była jednak inna.

W tamtym momencie to był włoski Fiat, bo nie było rozróżnienia. Musimy patrzeć z perspektywy 1977 roku.

Ale zamiana „Malucha” na Mercedesa brzmi konkretnie.

Ja chciałem za niego 3,5 tys. marek, a kosztował 5,5 tys. A kto by dał za używanego Mercedesa 3,5 tys. marek?

A jak zareagowali ludzie jak wrócił pan Mercedesem do domu?

Rodzice zareagowali normalnie, bo wiedzieli po co jadę do Berlina. Ale jak podjechałem pod PZU to wszyscy urzędnicy rozpłaszczyli się na szybie, od razu wszystkie szkody zostały poddane kontroli i musiałem dopłacić 10 zł.

A jaki to był Mercedes?

220D, jechał całe 120 km/h. To są te stare z pionowymi światłami, produkowali je do 1975 roku.

Dużo miał pan w życiu wypadków?

Kilka miałem, niektóre były dość tragiczne i pozostaną w pamięci całe życie. Kiedyś ja spowodowałem stłuczkę, jak zobaczyłem swoją reklamę w bardzo nieatrakcyjnym miejscu i się wściekłem (śmiech). Ale ze swojej winy miałem dwa, może trzy wypadki, a jeżdżę bardzo dużo.

Lubi pan intensywną jazdę? Bo jeździ pan dobrymi samochodami.

W miejscach, w których może dojść do wypadków jeżdżę zgodnie z przepisami. Jak jadę szybko to tylko w miejscu, w którym sprawiam zagrożenie tylko i wyłącznie dla mnie. Nigdy nie jeżdżę szybko jeśli istnieje ryzyko dla innych. Dlatego mam tylko jeden punkt karny, za parkowanie.

To chyba osiągnięcie mieć tylko tyle, jak się jeździ na co dzień.

Do dlatego, że w miejscach zabudowanych jeżdżę wolno, nieagresywnie. Nie przeczę, że czasem jeżdżę szybko, nawet bardzo, ale w odpowiednich miejscach.

Ma pan na co dzień bezpośrednio do czynienia z klientami, którzy przychodzą do salonu?

Kiedyś bardzo dużo, praktycznie codziennie. Teraz, ze względu na to, że mamy wiele obiektów, a ja między nimi krążę, już mniej. Ale zdarza się.

Zna pan osobiście stałych klientów?

Tak, nawet sobie czasem porozmawiamy.

A są tacy, którzy są z panem od początku?

Jest z nami pewien Kapitan Żeglugi Wielkiej, który kupił u mnie pierwszy samochód na początku lat 70. Tak samo Mirosław Baka kupił u mnie swoje pierwsze Clio.

Czyli tradycje firmy obejmują także klientów, nie tylko budynki.

To są wartości, które pozwoliły firmie przetrwać kryzys.

 

fot.: Sylwester Ciszek

Reklama