greenwashing-

Greenwashing w modzie, czyli ekologiczne mydlenie oczu

Moda to drugi co do wielkości sektor przemysłu, który przyczynia się do zanieczyszczenia naszej planety. Wyprzedza ją tylko przemysł paliwowy, a to zdecydowanie niechlubne miejsce w tym rankingu. Czy jest szansa na to, aby te liczby uległy zmianie?  

W przeciągu ostatnich lat coraz głośniej wybrzmiewa zmiana, jaka zachodzi w sektorze modowym. Tendencja do bycia bardziej eko ma wiele wymiarów i odbywa się na różnorodnych szczeblach modowej drabiny. Dotyka zarówno największe koncerny, jak i lokalne marki. Co ciekawe, zjawisko odpowiedzialności mody to pewnego rodzaju ruch oddolny, który wyszedł z inicjatywy konsumentów i odbiorców szeroko rozumianej mody. Nie istnieją oficjalne zakazy i przepisy prawne regulujące stosowanie konkretnych materiałów z recyklingu, ekologicznego pozbycia się odpadów z produkcji, czy nieużywania toksycznych chemikaliów do farbowania ubrań. To, co robią małe i duże marki modowe wynika albo z własnych mocnych przekonań, albo z presji społeczeństwa, które coraz częściej przejawia proekologiczne schematy wyborów. Czy więc zauważalny trend na modę odpowiedzialną jest realną zmianą w skali globalnej, czy jedynie kolejnym głośnym hasłem, pod którym przedsiębiorcy chowają nieetyczne praktyki zagrażające pracownikom i środowisku?

Jednym z ostatnich głośnych przykładów ekologicznej przemiany jest największy koncern odzieżowy, na którego czele stoi Zara. Hiszpańska sieciówka należąca do koncernu Inditex ogłosiła, że do 2025 roku zamierza zrobić zwrot o 180 stopni i stać się przykładem dla innych. Zara obiecuje, że w sześć lat zdoła zmienić swoją produkcję tak, że będzie używać wyłącznie materiałów z recyklingu. Dodatkowo, wymyśli sposób na ekologiczne pozbywanie się odpadów z produkcji, która obecnie przoduje na światowym runku fast fashion. Czy to możliwe, aby lider globalnego przemysłu odzieżowego postanowił zmienić swój system produkcji na o wiele droższe, bardziej ekologiczne rozwiązania? Trudno zaufać Zarze, wiedząc, że swojego sukcesu dorobiła się poprzez naginanie praw pracowników w Azji oraz poprzez używanie materiałów, które w dużym stopniu przyczyniły się do dzisiejszej pozycji rynku modowego w antyekologicznym rankingu. Część rozwiązań zapewne zostanie wprowadzona i nagłośniona, część — znacznie większa część — zapewne pozostanie bez zmian.

Podobnie jest w przypadku innego koncernu, H&M, który z jednej strony chlubi się swoją proekologiczną linią Conscious, z drugiej zaś przyłącza się do grona firm, które oferują głodowe stawki pracownikom w Etiopii. Etiopia staje się nowym Bangladeszem, co oznacza, że moda nadal nie poradziła sobie z kwestią łamania praw pracowników. Wbrew głośnym inicjatywom jak Fashion Revolution, sytuacja właściwie ulega widocznemu pogorszeniu. Może i nikt nie szyje w budynku grożącym rychłym zawaleniem, jak to miało miejsce przed tragedią w Rana Plaza, ale miesięczne wynagrodzenie pracowników odzieżowych poszybowało mocno w dół. Podczas gdy w Bangladeszu pracownicy otrzymują około 95 dolarów miesięcznie, w Etiopii ich pensja wynosi 23-26 dolarów na miesiąc. To trzy razy mniej niż w Azji, co oznacza, że wszelkie deklaracje i głośne kampanie reklamowe mijają się z rzeczywistością sektora produkcji.  

Jednym z największych zagrożeń trendu na modę odpowiedzialną jest więc tak zwany „greenwashing”. Co to oznacza? Nic innego jak to, że marki — większe i lokalne — mydlą oczy swoim klientom, przekonując ich o tym, że produkt, który otrzymują, jest w pełni ekologiczny. Zjawisko ma szeroką skalę i w zasadzie jest bardzo trudne do zweryfikowania. Podczas gdy duże koncerny są na celowniku dziennikarzy i aktywistów, małe marki mają duże pole do chowania się za zielonymi etykietami. Wychwycenie tak zwanego łańcucha dostaw, zweryfikowanie pochodzenia używanych materiałów i sprawdzenie jaki ślad węglowy pozostawia produkcja danej lokalnej marki, w zasadzie rzadko kiedy ma miejsce. Kiedy dochodzi do tego naiwność klientów, również tych z ekologiczną misją naprawy sektora odzieżowego, małe marki mogą używać greenwashingu do woli. Wystarczy podać informację o produkcji, która niekoniecznie jest do końca rzetelna, dodać do tego hasła o modzie odpowiedzialnej, prawach pracowników i transparentności produkcji i sprawa jest załatwiona. Kolejna „ekologiczna” marka odrywa kupony, za wybiórcze podejście do odpowiedzialnej produkcji.

Czy to oznacza, że sektor modowy stoi w miejscu? A może wręcz robi krok wstecz w ekologicznej rewolucji? Niekoniecznie. Zdecydowanie widać też dobre przykłady zmiany na lepsze. Kolejne koncerny odzieżowe i domy mody rezygnują z produkcji naturalnych futer. Skoro Chanel mogło z nich zrezygnować, wydaje się, że może to zrobić każda inna luksusowa marka. Niestety, testowanie kosmetyków na zwierzętach nadal obowiązuje na ogromną skalę, jednak i tutaj widać poprawę. Według oficjalnych informacji, Chiny są coraz bliżej wprowadzenia całkowitego zakazu testowania na zwierzętach. Za gigantami podążają zazwyczaj mniejsze instytucje, jest to więc zdecydowanie krok w stronę lepszej przyszłości.

Z pewnością zauważalna jest też tendencja do minimalizowania zużycia plastiku, zwłaszcza w formie opakowań przy zakupach online. Marki odzieżowe muszą liczyć się z tym, że o ile większość klientów nie sprawdzi rzetelności ich „stuprocentowej ekologicznej produkcji”, to z pewnością zwróci uwagę na to, jak pakowany jest dany produkt. Nadmiar plastiku w opakowaniach jest więc prostą drogą do niechlubnej reklamy na portalach społecznościowych. Czy jednak zdjęcia konsumentów wystarczą, aby moda w końcu wzięła realną odpowiedzialność za to, co oddaje do środowiska? Problem nie jest prosty do rozwiązania, bo sektor ten złożony jest z setek tysięcy mniejszych podmiotów i brak w nim jakiejkolwiek formy kontroli. Pozostaje jednak wierzyć, że to edukacja i odpowiedzialność konsumentów sama stanie się skutecznym narzędziem w walce o ekologiczną przyszłość sektora odzieżowego.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin