Być jak pan Tomasz

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ręka do góry, kto czytał „Pana Samochodzika”? Większość. Zbigniew Nienacki powinien się smażyć w piekle i to nie za „Raz do roku w Skiroławkach” czy zaangażowanie we wspieranie władzy ludowej. Chodzi o krzywdę, jaką zrobił nam wszystkim, sugestywnie opisując w „Panu Samochodziku” jazdę samochodem.

Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że znakomita większość Polaków nigdy samochodem nie przekroczyła 130 km/h, wiedzę o jeździe z prędkościami wyższymi czerpie się właśnie z książek pana Nienackiego. Dlatego tabloidy i rzecznicy Policji i Inspekcji Transportu Samochodowego mogą sobie pozwolić na nazywanie kogoś, kto jedzie z prędkością 180 km/h po autostradzie, potencjalnym mordercą. Ale nie o tym.

Pan Samochodzik miał samochodzik. Strasznie brzydki, bo twórca tego wehikułu skupił się jego na właściwościach użytkowych. Samochód nie był brzydki jak Multipla czy Juke. Był brzydki w sposób dziś raczej niespotykany. I tak, jak wtedy ludzie mieli jakiś stosunek do każdego samochodu, jaki widzieli. Dziś do większości stosunku nie mają. Dlatego ambitni ludzie, tuningując za wszelką cenę, chcą zwrócić uwagę na swoje samochody, co na ogół jest przeciwskuteczne. Bo te tuningowane samochody często są wyszydzane. Podobnie jak wehikuł pana Samochodzika.

Z tym że o ile te tuningowane na ogół ledwo jeżdżą – stożek, wycięcie katalizatora i przelotowy tłumik z fabrycznych 98 koni zrobią 103 – to pojazd pana Samochodzik miał pewnie ze cztery razy więcej koni niż statystyczny spotykany przez niego na drodze samochód. Więc pan Samochodzik objeżdżał szyderców. Nie specjalnie, bo nie szukał taniego poklasku. Robił to na ogół w imię praworządności. A nam, czytelnikom rosły serca na widok zwycięstwa prawa i sprawiedliwości.

Dlaczego o tym piszę? Bo jeździłem Golfem R.

Golf R to Golf. Golf, jak wiadomo, to jeden z nudniejszych samochodów świata. Nudny nie dlatego, że jakoś specjalnie zły czy brzydki. Wręcz przeciwnie. Nudny, bo to jeden z częściej spotykanych samochodów. Golf R wygląda jakby jakiś – skądinąd utalentowany – tuner coś z nim zrobił. Obniżył, poszerzył, coś tam zrobił ze spojlerem. No więc widzi człowiek Golfa R i myśli: tuningowany Golf, że też się komuś chce te pieniądze wydawać na przeróbki. No i chce tego Golfa wyprzedzić swoim BMW, audi, mercedesem, Insignią, czy innym prestiżowym pojazdem. A tu niespodzianka. Bo Golf R ma 300 koni i 4,9 do setki. Waży półtorej tony i świetnie się prowadzi.

Można więc się w nim poczuć jak pan Samochodzik. Tylko lepiej. Bo jadąc z prędkością 180 km/h, człowiek nie przepoci koszuli.

P.S. Samochód pana Samochodzika pływał. Golf R nie pływa. Ale i tak go wolę. Bo większe zaufanie mam do inżynierów niemieckich niż Włochów poprawionych przez wuja Gromiłłę.

Reklama