Channel Tres – Black Moses – pop na miarę nowych czasów

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

XXI wiek stoi pod znakiem ekspresowych wrażeń, przyswajalnych gdzieś pomiędzy pierwszym Tweetem a trzecim facebookowym postem. W takim klimacie nie mają racji bytu długie eseje, bo zastępują je blogowe notki, podobnie ma się sprawa z rozbudowanymi powieściami, ustępującymi popularnością zwięzłym lekturom. Identyczna sytuacja występuje w świecie muzyki. Niedawno pisałem o najnowszej płycie grupy Tool, której gigantyczne ambicje, rozpisane na ponad godzinę materiału nie znalazły uznania wśród współczesnej publiczności. To pewnie dlatego, że dziś największą siłę przebicia mają nie długogrające albumy, a single oraz EPki.

W takich warunkach jak ryba w wodzie czuje się Channel Tres. Amerykański artysta w zeszłym roku wydał mini-debiut, a w połowie sierpnia pokusił się o kontynuację. “Black Moses” składa się z pięciu premierowych utworów spełniających właściwie wszystkie potrzeby dzisiejszego miłośnika muzyki rozrywkowej.

Reklama

Kompozycje artysty z Compton działają według idealnego przepisu. Są krótkie, jest ich mało i natychmiastowo zarażają niesamowitą chwytliwością. W przeciwieństwie do muzyków głowiących się latami nad wymyślnymi, rozbudowanymi ideami, niezdatnymi do przesłuchania “na raz”, autor produkuje istną sztukę “użytkową”. Już po pierwszym przesłuchaniu, odbiorca pragnie, by te piosenki towarzyszyły w niemal każdej, codziennej sytuacji. Są idealne do intymnych sesji słuchawkowych w domu, świetnie sprawdzają się podczas spacerów i jeszcze lepiej podczas weekendowych domówek. Jako całość, projekt być może nie powala na kolana, ale pojedyncze numery uzależniają na tyle mocno, że po kilku tygodniach Channel Tres staje się stałym bohaterem naszego dnia powszedniego. Przywiązujemy się do niego bardziej niż do wymyślnych, dwugodzinnych przedsięwzięć, na które nigdy nie mamy czasu.

Samo brzmienie stanowi idealną syntezę aktualnych trendów, jednocześnie dopisując kolejny epizod historii popu. Można te dźwięki nazwać niehip-hopowym niehouse’em, czyli interesującą fuzją gatunków lawirującą gdzieś na uboczu charakterystycznych reguł obu estetyk. Channel pożycza bowiem mikrofonowe cwaniactwo od ikon rapu, ale przekłuwa twardzielski balon specyficznym poczuciem humoru, a pulsującym klubowym bitom dodaje medytacyjnego temperamentu, raczej hipnotyzującego niż zachęcającego do beztroskiego tańca.

Wspomnianą transowość wzmacnia uwielbienie minimalizmu. Utwory funkcjonują według zasady “mniej znaczy więcej” i posługują się bardzo ograniczoną ornamentyką. Oszczędne, przestrzenne aranżacje w połączeniu z równie introwertycznym frazowaniem zwrotek, a także refrenów, nadają przyjemnej, formalnej swobody. Jakby od niechcenia, Tres żongluje melodiami, od których można spaść z krzesła.

Wspomniany luz słychać zwłaszcza w sposobie rapowania artysty. O ile podkłady mają wyraźny futurystyczny sznyt, tak flow jest zdecydowanie staroszkolne. To dość odważne, outsiderskie podejście ignoruje zarówno standardowe hip-hopowe macho-przechwałki, jak i społecznie zaangażowany przekaz. Obie popularne konwencje zastępuje nieco nostalgiczna konferansjerka a’la The Sugarhill Gang, skupiająca się przede wszystkim na dobrej zabawie oraz wywołaniu uśmiechu na twarzach odbiorców.

Zresztą poczucie humoru to bardzo istotny element EPki. Żartobliwe są na przykład wersy, parodiujące banalność hip-hopowych tez, sprowadzające znane motywy do groteskowego kontekstu (czy można traktować poważnie utwór pod tytułem “Sexy Black Timberlake”?). Z kolei równie frywolna warstwa instrumentalna, zręcznie buduje ciekawe brzmieniowe historie przy pomocy pastiszu modnych stylistyk nowego milenium. Sprawny pop z przymrużeniem oka zapewnia wspaniały powiew świeżego powietrza w nieco stęchłym artystycznym krajobrazie, kreowanym przez śmiertelnie poważnych zbawców kultury masowej.

Chwilowo Channel Tres jeszcze siedzi sobie w przytulnej niszy, ale nadejście większej popularności jest tylko kwestią czasu. Publiczność w końcu znudzi się konsumpcją tych samych potraw i zapragnie czegoś wyjątkowego, ale też na tyle przystępnego, by nie stanęło im w gardle. Wtedy do akcji wkroczy właśnie ten sympatyczny dżentelmen. Czekam na ten moment.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama