Missy Elliott, Tool i gorzki smak nieudanych powrotów

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wielkie muzyczne powroty zawsze wzbudzają mieszane uczucia. Artyści, którzy po wielu latach milczenia postanawiają ponownie zawojować rynek, najczęściej są z góry skazanymi na porażkę tragicznymi herosami. Bohaterowie młodości, niegdyś kształtujący nasz gust, obecnie już raczej nie wywołują tych samych, gorących emocji. Ponowne wejście do tej samej rzeki, zwykle okazuje się błędną decyzją, gdyż upływ czasu skutecznie gasi żar, w przeszłości charakteryzujący dokonania legend.

Całkiem niedawno doszło do dwóch zmartwychwstań. Pierwsze z nich zmaterializowało się w postaci EPki Missy Elliott “Iconology”. Wbrew pogłoskom o przejściu na emeryturę, Dama Hip-Hopu postanowiła sprezentować słuchaczom piętnaście minut nowej muzyki. Niestety, pionierskość dotychczasowej dyskografii raperki, przeszkodziła materiałowi w osiągnięciu sukcesu. Wpływ królowej futurystycznego hip-hopu na sfeminizowanie gatunku jest bowiem tak ogromny, że doprowadził do niefortunnej sytuacji – uczennice przebiły mentorkę. Dwadzieścia lat temu Missy grała pierwsze skrzypce, ponieważ była wyjątkowym, prawie egzotycznym okazem na scenie, a dziś w dobie dominacji kobiecych MCs, staje się aktorką trzecioplanową, niewytrzymującą porównania z Tierrą Whack, Meghan Thee Stallion czy nawet Cardi B.

Reklama

W trochę podobnej sytuacji znalazła się kultowa w pewnych kręgach formacja Tool, wracająca po trzynastu latach z płytą “Fear Inoculum”. Ikony tzw. alternatywnego metalu tak długo przekładali wydanie albumu, że stało się to tematem licznych memów. Żartowano, że w powstanie następcy “10, 000 Days” powinni wierzyć tylko ci, którzy spodziewają się cudu. Tymczasem wyszło na to, że zjawiska paranormalne to nie tylko domena słabych filmów grozy, bo od ponad tygodnia każdy może sobie w całości przesłuchać piąte dzieło grupy. Najnowszy projekt kwartetu jest oczywiście gigantycznym rozczarowaniem, i to na własne życzenie muzyków. Autorzy słynnego “Lateralusa” od samego początku działalności świadomie budowali mistyczny image, zmuszający fanów do słuchania utworów z mszalną powagą. Jeśli więc ekipa posiadająca wizerunek prog-rockowych bogów, podkręca atmosferę trwającym prawie dwie dekady zwiastunem i ostatecznie wypuszcza tylko solidne półtorej godziny całkiem zgrabnych riffów, to zawód jest jak najbardziej usprawiedliwioną reakcją.

Oba przypadki trochę różnią się pod względem podejścia do odbiorcy. Pani Elliott padła ofiarą swojego ego, które zamydliło jej ogląd rzeczywistości. Mamy rok 2019, a nie 1997 i nie wystarczy rzucić publice pięć niedopracowanych utworów, żeby powrócić na królewski tron. Aktualnie dzięki nieograniczonemu wyborowi w zakresie konsumpcji muzyki, to twórca jest zdany na łaskę odbiorcy, a nie odwrotnie. Z kolei członkowie Toola chyba nawet aż za bardzo respektują potrzeby widowni. Na “Fear Inoculum” Maynard James Keenan oraz przyjaciele zachowują się jak zakładnicy fanów – kserują pomysły sprzed lat, tylko po to, by efektywnie odegrać wszystkie nostalgiczne fetysze.

Jednak mimo wszystko, te dwa powroty mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim zarówno Missy Elliott, jak i Tool jawią się jako marki definiujące zamierzchłe epoki, które kompletnie nie przystają do nowych czasów. Niesatysfakcjonująca EPka oraz przeciętny album to również wynik ogromnej presji narzuconej przez słuchaczy, ale także przez samych artystów. Wreszcie chyba najważniejszy powód klęski tkwi w czystej esencji typowego projektu-comebacku. Zwykle taki krążek powstaje z nieprzyjemnego poczucia obowiązku wobec zniecierpliwionych fanów, a nie z rzeczywistej potrzeby podzielenia się ze światem świeżą, kreatywną wizją. Nic więc dziwnego, że efekt bardzo często przypomina wymuszone słowa, wypowiedziane w towarzystwie, aby przerwać przedłużającą się, niekomfortową ciszę.

Jeśli więc chcecie uniknąć frustracji oraz zadbać o zdrowie psychiczne idoli, przytemperujcie, proszę, Wasze oczekiwania. Ci weterani zrobili już wystarczająco dużo i zasłużyli na spokojny żywot. Ktoś, kto dawno temu wzbił się na wyżyny, teraz tak naprawdę potrzebuje już tylko odpoczynku.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama