Tarantino w pasach bezpieczeństwa

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Quentin Tarantino dostał szansę, o jakiej wielu filmowców mogłoby tylko pomarzyć. Jego pozycja w kinowej ekstraklasie pozwoliła mu na zebranie plejady gwiazd i stworzenie kasowego hitu, który mógłby rozliczyć się z ciemną stroną historii Hollywood. Światowe uznanie twórcy “Pulp Fiction” na pewno sprowokowałoby masowy odzew, który pewnie wzbudziłby niezwykle potrzebną w dzisiejszych czasach globalną dyskusję na temat zepsucia powierzchownego krajobrazu kultury masowej. Niestety, reżyser z tej możliwości nie skorzystał i spożytkował uwagę kinomaniaków, ludzi sztuki oraz po prostu przypadkowych Smithów czy Kowalskich na dziecinną ucieczkę w świat fantazji. “Pewnego razu…w Hollywood” niestety sprowadza wszystkie istotne konteksty socjologiczne, polityczne i kulturowe do roli ozdobnych rekwizytów, nieprzeszkadzających autorowi w realizowaniu swoich stałych obsesji. Potencjalnie idealna chwila, by zdekonstruować amerykański mit i zrobić to z niewyobrażalnym rozmachem, została zmarnowana. Prawdopodobnie żaden twórca już nigdy nie otrzyma w prezencie podobnej możliwości.

Rick Dalton to przecież angażujący się w społeczne akcje DiCaprio, a Sharon Tate kreuje mocno charytatywnie aktywna Margot Robbie. Z kolei sam Quentin w przeszłości publicznie krytykował m.in. brutalność krajowej policji. Tak więc ekipa oddana projektowi nie jest całkowicie oziębła wobec problemów rzeczywistości. Gdyby otworzyli oczy nieco szerzej, dostrzegliby, jak wiele istotnych warstw posiada temat, którego dotykają. Perypetie gwiazdy westernów klasy “B” lat sześćdziesiątych aż proszą się o nawiązanie do ideologicznej zgnilizny dekady, X Muzy promującej kult seksu i przemocy, a także pozoranctwa Fabryki Snów, wielbionego na zewnątrz, ale obrzydzającego ludzi z artystycznego środowiska. Żaden ze wspomnianych motywów nie jest jednak nawet muśnięty, ponieważ Tarantino mimo prawie sześćdziesiątki na karku, wciąż zachowuje się jak dzieciak z wypożyczalni kaset VHS. Będąc młodym chłopakiem, uciekał od codziennych, małych kłopotów w objęcia ekranowej fikcji, a dziś odwraca się plecami do bardziej złożonych, uniwersalnych zjawisk i pływa w oceanie zmyślonych emocji.

Reklama

Dziewiąte dzieło zdobywcy Złotej Palmy to czysto intertekstualny spektakl, przepełniony smaczkami dającymi satysfakcję każdemu kinomaniakowi. Reżyser znowu zapewnia przyjemną, ale w gruncie rzeczy pustą zabawę konwencjami oraz fabularnymi schematami. Mistrz głównonurtowego postmodernizmu, w co drugim wywiadzie porównuje się do Sergio Leone, jednak w jego filmografii nie znajdziemy ambicji, odróżniających geniusza od rzemieślnika. Osoba ignorująca świat zewnętrzny, zakochana po uszy tylko i wyłącznie w prywatnej bibliotece oraz wideotece, nigdy nie zrewolucjonizuje kinematografii. Takie podejście może zapewnić koszulkę lidera w kategorii perfekcyjnie opowiedzianych historii, ale nigdy nie nada tytułu pioniera, albo innowatora.

Tarantinowska estetyka oczywiście imponuje na poziomie warsztatowym. Szybkostrzelne dialogi, świetnie rozpisana intryga (chociaż akurat trzeci akt powinien zostać potraktowany przez montażystę trochę bardziej surowo) oraz jak zwykle niesamowita ścieżka dźwiękowa – wszystkie te elementy budują układankę, która sprawia szczerą frajdę podczas seansu. Jednakże wspomniane zalety lśnią najjaśniej tylko na sali kinowej. Po wyjściu z multipleksu widzowie gadają sobie jeszcze chwilę o narracyjnym kunszcie lub nawiązaniach do włoskich kowbojów i na tym konwersacja się kończy. We frywolnej, rozciągniętej do trzech godzin anegdocie nie ma bowiem ani minuty materiału, skłaniającego do głębszej polemiki. Dyskusje związane z “Pewnego razu…” nie wychodzą poza kontekst formy oraz gatunku, więc ten obraz można nazwać jedynie porządną, fabularną robotą, bez zadatków na coś ważniejszego.

Tarantino jest błyskotliwym reżyserem, którego eskapistyczna filozofia blokuje mu wstęp do panteonu największych ikon. Przez mentalność bajkopisarza nie ma szans na dosięgnięcie Wellesa, Leone, czy Kurosawy. Amerykanin jest bowiem zafascynowany fikcją, a prawdziwe legendy zawsze bardziej interesowały się człowiekiem.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama