Filip Cembala: Aktor kompletny

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Nie znam osoby, która nie uległaby jego urokowi. Filip Cembala. Niespotykana charyzma, bogata osobowość i wszechstronny talent. Aktor, który rozkochuje w sobie publiczność w ciągu jednej minuty. Człowiek, który poprzez swoją wielką wrażliwość zjednuje sobie zastępy ludzi. Jego autorski hasztag #lowizm to przesłanie dla nas wszystkich.

 

Nieprzypadkowo spotykamy się w Teatrze Syrena, bo to jest chyba teraz twój świat?

Tak, to jest mój najnowszy świat. Od wiosny znów mieszkam w Warszawie i jestem przeszczęśliwy, że stałem się częścią tego teatralnego świata i tej teatralnej rodziny, do której zostałem przyjęty, jak chyba nigdzie indziej do tej pory.

Reklama

Co przygotowujesz tutaj?

Jedną z głównych ról w musicalu „Rock of Ages”. Polska prapremiera w połowie września, więc ciężko pracujemy, ale śmiechu jest, że hej, bo spotkała się zacna ekipa.

Mając porównanie z wieloma innymi teatrami, w których pracowałeś – bo masz na koncie ponad 30 wiodących ról – co w tym teatrze zachwyca cię najbardziej?

To jest nie do zważenia i zmierzenia. Chodzi o atmosferę tego miejsca. Jest takie powiedzenie, że „ryba psuje się od głowy”, a tutaj ta ryba, a raczej ta syrena, jest wyjątkowa, bo ma piękną, mądrą, empatyczną głowę w postaci Jacka Mikołajczyka – dyrektora Teatru Syrena. Dzięki temu reszta machiny działa znakomicie na każdej płaszczyźnie: na poziomie aktorskim i realizatorskim. To jest niebywałe miejsce, do którego mam ogromną pokorę, bo wiem jakie ma tradycje.

Ogromne! Bielicka, Kwiatkowska, Czerwińska, Łazuka, Dziewoński…

Mam świadomość jakie tuzy i fantastyczni ludzie na tej scenie występowali. Jestem tym bardzo podniecony i zaszczycony, że mogę być częścią tej historii.

Kiedy oglądam cię na scenie to – jako widz – mam wyjątkowe, zdarzające się bardzo rzadko poczucie bezpieczeństwa. Zasadza się ono na pewności, że kiedy grasz, to nie będzie żadnej skuchy. Wydaje mi się, że scena to jest miejsce, w którym czujesz się bardzo dobrze i doskonale wiesz, po co na nią wychodzisz.

Bardzo ci dziękuję za ten komplement. To dla mnie ogromnie ważne, żeby widz miał pewność, że wszystko będzie zagrane, zaśpiewane i zatańczone jak trzeba.

Czy wychodząc na scenę zapominasz o tym, co dzieje się w realnym życiu?

Z tym jest bardzo różnie, bo to zależy od tego co zostawiam za kulisami, co się danego dnia wydarzyło. Jeżeli wydarzyło się coś, co mnie totalnie pokonało, to czuję nawet trochę nienawiść do tego zawodu. Są to oczywiście sytuacje do policzenia na palcach jednej ręki. Natomiast zdarza się, że w dniu, w którym moja energia jest bardzo w dół, zastanawiam się: „Jak ja to pociągnę?”, ale daję radę, choć do dzisiaj nie wiem jak to się dzieje. Ostatnio umówiłem się sam ze sobą, że każdego dnia daję swoje dzisiejsze 100% i to jest chyba najuczciwsze, co umiem zrobić w tej sytuacji.

Warto pamiętać, że zawód aktora, to nie tylko historia o tym, że wychodzi się na scenę, coś gra, ale też o tym, że trzeba pociągnąć za sobą publiczność, dać im emocje. A propos „ciągnięcia” publiczności w górę, chciałbym żebyśmy teraz uderzyli w wysokie C – C jak Cembala – i porozmawiali o twojej roli w „Gorączce sobotniej nocy”, granej w Teatrze Muzycznym w Gdyni. W zeszłym sezonie była polska prapremiera tego spektaklu. Grasz tam główną rolę, która jest marzeniem wielu aktorów. Zagrałeś ją brawurowo! Dajesz z siebie wszystko, pociągając za sobą blisko 60 osób na scenie i 1100 osób na widowni. Skąd bierzesz siłę na to, żeby wyjść i zawalczyć o miłość i szacunek tych ludzi, z którymi pracujesz i dla których grasz?!

Nie wiem… To chyba wypadkowa bardzo wielu czynników. Kiedy trwały próby do „Gorączki”, to z jednej strony byłem strasznie podniecony tym, że to będę grał, a z drugiej pojawiało się charakterystyczne uczucie lęku w podbrzuszu, że to się naprawdę wydarzy i musi być dobre!

Podniecenie i strach?

Proporcjonalnie było więcej podniecenia, bo nie mogłem doczekać się tej premiery. Jednocześnie miałem ogromną pokorę i szacunek do tej sceny. To druga największa scena teatralna w Polsce oraz największy i najstarszy polski teatr muzyczny, z którego się wywodzę. Wróciłem tam po 10 latach, żeby zagrać takie „rólsko”. Przez 3 godziny nie schodzę ze sceny. Niemniej uczucie satysfakcji jakie mi towarzyszy po skończonym spektaklu jest po prostu nie do opisania.

To bardzo trudna i wymagająca rola: dramaturgicznie, wokalnie i tanecznie. Twoja kreacja Tony’ego jest uznawana przez wielu krytyków za najlepszą rolę musicalową nie tylko zeszłego sezonu, ale też minionej dekady. Dzięki tej roli widać, jak bardzo dobrym, świetnie warsztatowo przygotowanym i niezwykle zdolnym aktorem jesteś. Łączysz w niej taniec, który towarzyszy ci od dziecka, śpiew, a śpiewasz doskonale oraz dramaturgię postaci, dzięki temu, że od wielu sezonów grasz niemal we wszystkich spektaklach Teatru Polskiego w Szczecinie. Czy masz świadomość tego, ile zawodowo dał ci Szczecin?

Tak! Choć kiedy jechałem do Szczecina, żeby zrobić tam spektakl, to miałem poczucie przegranej, po moim pierwszym, niezbyt udanym pobycie w Warszawie, do której przyjechałem zaraz po skończeniu szkoły w Gdyni. Ale żadne miasto – ze wszystkich, w których mieszkałem – nie przywitało mnie piękniej niż Szczecin. Adam Opatowicz, dyrektor Teatru Polskiego, wspaniały człowiek, przez pierwsze lata mojego bycia w Szczecinie wierzył we mnie bardziej niż ja sam w siebie.

I miał rację, bo doskonale sobie radzisz w dramacie. Od razu zacząłeś grać znaczące, w tym główne role, które są kochane przez publiczność, a na wiele spektakli idzie się „dla Cembali”. Trafiłeś do znakomitego teatru i znakomitego zespołu.

Dzięki temu, że jest to teatr, który repertuarowo jest bardzo otwarty i szeroki, to mogę eksplorować w nim siebie jako aktora na wielu płaszczyznach. Praca tam dała mi wielki trening, za co będę wdzięczny dyrektorowi i moim wspaniałym koleżankom i kolegom do końca życia.

W Szczecinie spędziłeś już 8 sezonów i zagrałeś kilkadziesiąt ról. Zostając w Warszawie nie miałbyś szans na tak szybki zawodowy rozwój.

Jestem bardziej niż pewny, że wtedy, na początku drogi zawodowej, nie dostałbym takich szans w Warszawie.

Jesteś absolwentem słynnej „Baduszkowej”…

To 4-letnie studium wokalno-aktorskie z 60-letnią tradycją, w którym mogłem pożenić wszystkie moje pasje.

Porozmawiajmy o „Baduszkowej”, czyli Studium Wokalno-Aktorskim im. Danuty Baduszkowej i odczarujmy trochę tę szkołę. Z mojego punktu widzenia, czyli człowieka, który interesuje się teatrem, „Baduszkowa” jest po prostu jedną ze szkół teatralnych. Jej absolwenci są wszechstronnie wykształceni. Natomiast niektórzy traktują ją bardzo protekcjonalnie. Z czego to wynika?

Nie mam pojęcia. Na świecie – na West Endzie czy Brodaway’u – jest tak, że aktor, który śpiewa, tańczy i gra jest najbardziej w cenie. A u nas bywa odwrotnie. Aktor dramatyczny to jest ten jedynie słusznie ceniony, a ten musicalowy to… jakiś tam z boku. Ale warto pamiętać, że może być bardzo łatwy musical i wspaniała, trudna, bardzo eksploatująca, dramatyczna sztuka. Ale może być też odwrotnie. I często zdarzało mi się spotykać kolegów w teatrach dramatycznych, którzy mówili: „Błagam cię, musicalik!”. Po czym, jak przychodziło do zaśpiewania jakiejś najprostszej piosenki, a jeszcze nie daj boże, wymachnięcia nogą, to już było słabo. Z tego powodu mam potrzebę odczarowania tego mitu „Baduszkowej”, bo znam wielu wspaniałych, bardzo sprawnych dramatycznie kolegów, którzy są jej absolwentami. Nie mówiąc już o tym, że świetnie śpiewają i tańczą.

Co ciekawe ty o „Baduszkowej” marzyłeś od liceum i tylko tę szkołę brałeś pod uwagę?

Tak, absolutnie.

Nie ciągnęło Cię do łódzkiej czy warszawskiej szkoły teatralnej?

Nie, bo od zawsze chciałem nie tylko grać, ale też śpiewać. Klasyczne szkoły aktorskie nie dałyby mi tego spectrum możliwości. Musiałbym wybrać pomiędzy pasjami, a tego nie chciałem. I znalazłem na drugim końcu Polski taką szkołę, która pozwoliła mi rozwijać się na wszystkich płaszczyznach. Byłem przeszczęśliwy, kiedy się do niej dostałem!

I to chyba na pierwszym miejscu! Myślę, że ogromnym plusem „Baduszkowej” jest to, że od drugiego roku jej studenci regularnie grają na scenie.

To fajna lekcja pokory. Na pierwszym roku jesteśmy zobowiązani oglądać spektakle, które są grane w Teatrze Muzycznym. Często, patrząc na nie, z łatwością krytykuje się występujących na scenie kolegów. Ale kiedy potem taki krytyk, jako drugo- czy trzecioroczny delikwent staje na tej scenie, w ostatnim rzędzie jakiegoś układu, jest jakimś drzewem, które się przechadza, jak widzi tę tysięczną widownię i te całą machinę teatralną to myśli sobie: „Boże! Przepraszam za te wszystkie krytykanckie myśli, które miałem kiedyś”. Ta szkoła od samego początku uczy szacunku do wszystkich, również do panów technicznych czy do pań garderobianych.

Spróbujmy odczarować jeszcze jedno hasło, którego użyłeś w tej rozmowie: aktor musicalowy. Z mojego punktu widzenia aktor, który świetnie gra, śpiewa i tańczy – tak jak ty – to aktor kompletny. Ideał aktora!

Jestem za tym, żebyśmy my, ludzie teatru nie wartościowali i nie deprecjonowali tego, że ktoś jest aktorem dramatycznym czy musicalowym. Każda próba wartościowania kolegi czy koleżanki świadczy o nas, o naszej małości i kompleksach, które karzą nam oceniać.

Zawsze będzie ktoś lepszy albo ktoś gorszy od nas.

Ten zawód jest niemierzalny. Na tę samą „Gorączkę”, na której byłeś na moim spektaklu w Gdyni, obok ciebie mógł siedzieć ktoś kto patrzył na ciebie, na twój zachwyt i z wytrzeszczem oczu myślał: „Czy ja patrzę na to samo? Dla mnie ten koleś jest beznadziejny”.

Wszyscy byli tobą zachwyceni!

Ale dopuszczam do siebie to, że komuś może nie pasować ton mojego głosu, moje aktorstwo, mój taniec. I spoko.

Myślę, że akurat w twoim przypadku jest to niemożliwe, bo wchodząc na scenę masz… światło w sobie. I nawet jeśli to punktowe nie jest jeszcze skierowane na ciebie, to już cię widać. Publiczność cię uwielbia, rozpieszcza. Tym bardziej podoba mi się twoje trzeźwe podejście do zawodu. Kiedyś powiedziałeś takie piękne zdanie: „To ja steruję tym zawodem, a nie zawód mną”.

Dla mnie to jest synonim wolności. Ale mam też świadomość tego, że mogę sobie od jakiegoś czasu na tę wolność pozwolić. Nie muszę brać każdej roli. Staram się wiercić w tym zawodzie, zmieniać, spotykać nowych ludzi na swojej drodze. Teatr Syrena ze spektaklem „Rock of Ages” spadła mi z nieba, bo obecnie czuję ogromną potrzebę przewietrzenia swojego zawodowego życia, a to miejsce i ten materiał daje mi na to ogromną szansę. To jest totalny pastisz, wygłup, bardzo trudne, bardzo wysokie śpiewanie, hity z lat 80. Uwielbiam kicz, uwielbiam stare Eurowizje, dużo, wysoko, szeroko – a to można w tym spektaklu pokazać. Do tego absolutnie świetna choreografia mistrzowskiego duetu Jarka Stańka I Kasi Zielonki, reżyseria znakomitego dyrektora Mikołajczyka. Od dawna nie miałem tak, że z przyjemnością wstaję rano i biegnę na próby przeszczęśliwy!

Spotykasz tutaj też ważnych dla siebie ludzi.

To prawda, z większością osób z obsady znam się i lubię od wielu lat.

A propos ważnych ludzi. Na swoim koncie instagramowym @itsmefilipce, które wspaniale prowadzisz, dzieląc się z innymi swoją nieokiełznaną wyobraźnią w instastories i tworząc nowe hasztagi, takie jak słynny #lowizm, często używasz określenia #bogatyludźmi. Co to dla Ciebie znaczy?

Ten hasztag powstał w czasach, kiedy po raz pierwszy mieszkałem w Warszawie i jednocześnie studiowałem na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach. Nie miałem pieniędzy ani pracy. Pamiętam, że któregoś dnia szedłem ulicą strasznie podłamany i smutny, i tak sobie gadałem, nie wiem czy z Bogiem czy ze sobą: „Może i jestem biedny, ale gdyby ktoś miał mnie wycenić na podstawie ludzi, jakich mam dookoła siebie to jestem w czołówce Forbesa”.

Szczęściarz!

W każdym z miejsc, w których mieszkałem do tej pory, spotykałem fantastycznych, bardzo wartościowych ludzi, którzy są moim skarbem, moim kapitałem, moim bogactwem. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdybym nie dostał morza miłości i akceptacji w domu rodzinnym, w którym uczono mnie, że ludzie i dobre relacje z nimi są najważniejsze.

Reklama

Na koniec chciałbym zapytać cię o twoje śpiewanie. Masz ogromny, boski dar w postaci swojego głosu. Śpiewając, chwytasz ludzi za skrawki duszy, poruszasz najczulsze struny. Co z tym chłopaku?

Mam plan, żeby nagrać płytę. To jest moje ostatnie, niespełnione marzenie. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić w tym roku. Chciałbym, dzięki piosenkom opowiedzieć kilka historii, nieco bardziej osobiście, nie chowając się za rolami.

Czy nagranie płyty, to jest to czego powinienem ci życzyć?

Byłoby super.

Czy czegoś jeszcze?

Chciałbym bardzo, żeby ta premiera w Syrenie fajnie odpaliła i żeby nam się to dobrze i długo grało. I żeby dawało ludziom dużo radości, przynajmniej tyle ile my mamy w trakcie pracy.

A twojemu człowiekowi czego mam życzyć?

Żeby było, jak jest. Bo jest naprawdę pięknie. Dawno nie czułem w życiu takiej harmonii na każdej płaszczyźnie.

Bardzo ci tego życzę. Rozwijaj się pięknie, tak jak do tej pory. Jeśli mogę ułożyć jakiś hasztag na twój temat, to niech to będzie #3n: najmądrzejszy, najzdolniejszy, najpiękniejszy.

Mój Boże!

Czego można więcej?

Ja chcę tylko ten hasztag! Bardzo dziękuję.

 

fot. Monika Szałek

 

Autor

Tomasz Sobierajski, jeden z najbardziej poważanych polskich socjologów, naukowiec, wykładowca, pisarz i podróżnik właśnie wydał poruszającą książkę, zbiór rozmów z ludźmi, których dotknęła nieuleczalna choroba. W rzeczywistości opanowanej przez bezrefleksyjne lajki i hejty udało mu się odnaleźć ludzi, którzy wiedzą co jest naprawdę ważne.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama