Spektakularna, wakacyjna klapa – Chance the Rapper – “The Big Day”

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Niech to lato się wreszcie skończy. Poranne światło budzi mnie o przerażających porach, żar roztapia mi mózg w popołudniowej komunikacji miejskiej, a kilogramy piasku, jakie co tydzień przynoszę z plaży, irytują jak nic innego na tym świecie. Jakby tego było mało Chance the Rapper wydał fatalną płytę. Gorąca premiera twórcy kreowanego na zbawcę “hip-hopu z duszą” nazywa się “The Big Day” i jest porażką właściwie na każdym możliwym polu. Wspominałem już, że tęsknię za jesienią?

Jeśli wydaje się Wam, że najnowsze dzieło autora “Acid Rap” umili nadmorskie wojaże, to jesteście w błędzie. Longplay jest bowiem naprawdę “long” – nawiązuje do niechlubnej, rapowej tradycji sprzed lat, polegającej na wypuszczaniu w świat pozbawionych autokorekty, prawie dziewięćdziesięciominutowych pseudo-eposów. Tematyka rzeczywiście jest tu dość skomplikowana, bo przecież wersy opowiadają o miłości, a także wdzięczności w kontekście fanów, małżonki i Boga. Natomiast każdy kolejny numer, zamiast pogłębiać istotne motywy, w kółko powtarza identyczne frazesy. Chciałem tylko porządnej, letniej muzyki, a dostałem nudny wykład o definicji szczęścia oparty na bibliografii z kart Wikipedii.

Reklama

Uderzające pustosłowie ozdabia jeszcze całkiem spora dawka landrynkowego hurraoptymizmu. Zestaw banalnych zwrotek oraz refrenów lepi pokraczne monstrum, którego DNA definiuje mieszanka motywacyjnych truizmów, a także bon motów ulubionego pastora z lokalnej szkółki niedzielnej. Atakujące nas ze wszystkich stron pozytywne wibracje są niekomfortowo sztuczne niczym uśmiech pracownika miesiąca w McDonaldzie. Reprezentant Chicago kreuje symulację radości odpowiadającą ładunkowi emocjonalnemu emotikony.

Umowność rządzi także aranżacyjnym koszmarkiem, spod znaku plastikowego hip-soulu. Nie ma śladu po Curtisie Mayfieldzie ani Kanye Weście, gdyż kunszt producencki Chance’a znajduje się poniżej poziomu rzemieślniczego. Spirytualnym pieśniom z odzysku brakuje witalności, która mogłaby porwać słuchacza choćby na jedną minutę. “The Big Day” naprawdę ma w sobie coś z muzyki gospel, ale granej przez pół-żywe zombie.

Może przerysowana, spektakularna forma nie uwierałaby aż tak mocno, gdyby twórca miał choćby szczyptę dystansu do swego projektu. Niestety, raper wypluwa z siebie każdą strofę z apostolskim namaszczeniem, osoby wiedzącej o życiu więcej niż zwykli śmiertelnicy. Jaskrawy kontrast komiksowej estetyki z grobową powagą wywołuje okropny ból głowy. O co tu chodzi? Artysta odstawia kabaret i równocześnie chce, żebym zapalał kadzidła?

Kabaretem pachnie też twitterowa aktywność twórcy. Na krytyczne komentarze odpowiada gniewem oraz groźbą samobójczą (“czytając wasze tweety mam ochotę się zabić”). Naturalnie, niesmaczne wpisy są pisane z przymrużeniem oka, bo przecież w 2019 roku ludzkość wyraża prywatne odczucia, posługując się wyłącznie niewybredną ironią.

Godziny spędzone z najświeższym albumem Chance’a pozwoliły mi poznać wiedzę tajemną: autor krążka kocha żonę, fanów i Boga. Szkoda jedynie, że w sumie dalej nie wiem dlaczego. Kilkadziesiąt minut materiału nie rozwinęło głównych wątków nawet o milimetr. Skończone dzieło to muzyczny ekwiwalent smsa o treści “haha” pisanego z wyrazem twarzy Bustera Keatona.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama