Maria Magdalena: ¬#metoo i fuck you all

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Maria Magdalena – świetna babeczka. Niepokorna i z pazurem, ale takim prawdziwym, nie tam jakiś malowany akryl. Prawie ją tam zabili za to, to znaczy nie za manicure, tylko ogólnie za całokształt, ale Jezus powiedział: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”. No i nikt nie rzucił. Czyli najpierw potępiona, a potem jednak się okazuje, że niesłusznie, że można, a nawet trzeba wybaczać i kochać nawet te najgorsze jawnogrzesznice, bo w sumie trochę każdy skrytogrzesznikiem jest. Tym stoi i stać będzie chrześcijaństwo, tylko rzecz jasna, nie w praktyce, a już na pewno nie w tym kraju.

Z zawodu jestem aktorką (wiem, wiem, powtarzam się, ale tak dla przypomnienia i dla klarowności sytuacji naprzykrzam się z uporem maniaczki). Gdy kończyłam szkołę teatralną, moim największym marzeniem było pracować w teatrze. Nie ma na co czekać! – myślałam.  Jadę do miasta, jadę do miasta jakiegoś tam do teatru jakiegoś tam rozmawiać z dyrektorem o angażu. Jak spadać, to z – nomen omen – wysokiego konia. Wstałam raniutko, cały ranek w misternych przygotowaniach, żeby zrobić z siebie człowieka. Ale wszystko w pośpiechu z trwogi przed tym, że dyrektor wyjdzie, ucieknie, a ja tylko pocałuję klamkę. No a jeszcze chciałam wstąpić do księgarni po jakiś drobiazg dla dyrektora, bo tak z pustymi rękami i od razu prosić o angaż to chyba nie wypada. Docieram do sekretariatu, a tam, że nie ma dziś, że wyjechał w delegację na drugi koniec Polski, świata i w ogóle galaktyki, przykro nam, trzeba dzwonić i się umawiać, zapraszamy jutro albo pojutrze, albo nigdy. I dostałam tylko na pocieszenie taką karteluszko-naklejkę z logo teatru, numerem telefonu i numerem konta, gdzie wpłacać na budowę nowej sceny, no i żeby na przyszłość dzwonić, poinformała mnie uprzejmie pani sekretareczka. Oczywiście, będę dzwonić na przyszłość, nie ma sprawy, grazie, merci, fuck you, bitch i już zamierzam wychodzić, gdy nagle we własnej osobie w drzwiach staje nie kto inny jak dyrektor. Rzeczywiście wyglądał, jakby wrócił z innej galaktyki: w czarnym płaszczu, chmurny, groźny, od stóp do głów w niebezpiecznej czerni, w ciemnych okularach, mimo że zima na dworze, stylizacja a’la Darth Vader albo Lord Voldemort. I jakby mnie jakiś instynkt tknął czy inna jakaś bezpośredniość: „Dzień dobry panu! Ja się nazywam Małgosia Kowalska. Przyniosłam swoje CV i chciałabym porozmawiać”. A w odpowiedzi słyszę co? ku memu niezmiernemu zdziwieniu: „Zapraszam”. Trochę szok, ale w sumie po to przyszłam, rzuciłam tylko spojrzenie pełne protekcjonalności w stronę biurwy „widzisz jak to się robi, kochana?” i wchodzę do środka, do wnętrza magicznego pokoju, zanurzam się w czeluścia geniuszu, wprost do wylęgarni wspaniałych pomysłów, przechodzę przez wrota do innego wymiaru, do świata moich marzeń i snów. Siadam przy stole – drewnianym, starym, dobrym stole, wokół paluszka jeszcze sobie owijam tę moją karteluszko-naklejkę, którą dała mi sekretara. I zaczyna się: wręczam dyrektorowi CV i zdjęcia, on rzuca teczkę na stół, ja mówię, mówię bez przerwy, bez wytchnienia, mówię o rolach, mówię o marzeniach, mówię, mówię o pragnieniach i dążeniach, opowiadam, opowiadam, słowa, słowa, słowa, ledwo śliny starcza na niesienie tych wszystkich opowieści. Po czym dyrektor cały wywód kwituje: „Teatr to jest zespół. Ja za wszystkich moich ludzi w zespole wziąłem odpowiedzialność. Dlaczego pani nie zagrała w dyplomie?” Aaaaa więc to tak.

Reklama

I tu chwila na mały background: kilka miesięcy temu wygrałam casting do reklamy. Całkiem dobrze płatnej. Nie to, że jestem przeKUPNĄ aktorką, ale w sumie tak, w sumie jestem. Pecunia non olet. Reklama to rzeczywiście nie sztuka przez wielkie SZ, ale na chleb daje zarobić. A w sumie za coś trzeba żyć. I w sumie za coś trzeba przetrwać. Ten zawód to nie przelewki. Jest ciężko. Wszyscy artyści to wiedzą. Business is business, handel to handel, kasa musi się zgadzać, a my, aktorzy, rozumiemy to i czujemy przewrotność koniunktury najbardziej, w końcu handlujemy sobą. I tak: jeśli pytacie, czy zrobiłam tę reklamę, to tak, zrobiłam ją, ale słono za to zapłaciłam. Prawie wyleciałam ze szkoły i w ramach kary usunięto mnie z tego nieszczęsnego dyplomu. Wieści o buntowniczej, niepokornej studentce musiały rozejść się tu i ówdzie, więc uszu dyrektora ta nowina nie ominęła. Jedna polska gwiazda przekonuje, że „nieważne, co mówią, ważne, że mówią”, ale jak widać w tym przypadku niekoniecznie.

Decyzję, co robić podejmuję dosyć szybko. Prawdę. Mówić prawdę. „Dostałam szansę, żeby zarobić spore pieniądze, więc ją wykorzystałam”. „Ahaaa. A to chociaż było coś wielkiego i szczytnego?” Przecząco kiwam głową. „Czy to była reklama?”, dalej pyta. Potakuję. Jestem uczciwa, niczego przed nikim nie ukrywam. Oczy mam pełne łez (dlaczego nikt tego nie nagrywa?! Prawdziwe emocje i jak na złość kamery brak! Zboczenie zawodowe). Dyrektor podaje mi chusteczkę. Zrobiło się trochę dramatycznie, jak na prawdziwy teatr przystało. Dlaczego miałabym myśleć tylko o swoim nieskażonym reklamą artyzmie, skoro życie jest życiem? „Pana Tadeusza” pokroję sobie na śniadanie?  Ogólnie jednak, wskazał mi inny adres niż ten tu. Ten Teatr nie istnieje w wymiarze moich możliwości. Dalej jeszcze słyszę, że dyplom, w którym nie zagrałam, bardzo mu się podobał, no i szkoda, że mnie w nim nie widzał, bo mojej teczki to nawet nie będzie oglądać. Ja oczywiście kiwam głową ze zrozumieniem, czuję jak staję się coraz mniejsza i mniejsza, już się czuję jak śmieć, a potem jeszcze przepoczwarzam się w szczura, karalucha i amebę. Po przebrnięciu przez skróconą drabinę teorii ewolucji Darwina, patrzę na niego wzruszona, ze łzami w oczach wyrażam wdzięczność za to, że kopie mnie swoim dyrektorskim butem prosto w brzuch, że szarpie mnie po trzewiach dyrektorskim kastetem, że każde słowo jest jak sztylet w serce. „Dziękuję, dziękuję, że poświecił mi pan tyle czasu i uwagi”, mówię. Była to moja pierwsza rozmowa z dyrektorem teatru. Pewnie zapamiętam ją do końca życia.

Wychodzę z tego nieszczęsnego gabinetu, mijam moja ulubienicę, sekretarę i zmierzam o zwiotczałych nóżkach na ulicę. I nagle wibruje mi w kieszeni telefon. Patrzę: jakiś obcy numer. Jezuniuu! Dzięki Ci święta opatrzności, co zranionych i potłuczonych wyciągasz z nieszczęścia w chwili konania! Nieznany numer powoduje u aktorki zatrzymanie akcji serca: nieznany numer to przecież tyle możliwości: może jakiś reżyser, może z castingu, może agentka, może z jakiegoś teatru, może jakiś scenarzysta, filmowiec… Dobra, odbieram, bo zaraz przestanie dzwonić! „Halo?” pytam. „Dzień dobry!” – zabrzmiał niski, męski głos. „Tu dyrektor teatru, widzieliśmy się dzisiaj u mnie w gabinecie”. Zamieram. Jak to możliwe? Dyrektor? Do mnie? Wybrał mój numer telefonu na swojej świętej komórce? „O pierwszej na moście?” – pyta. O pierwszej? O pierwszej w nocy?  Na moście? O kurde, ale po co? Chwilę milczę, chwilę się zastanawiam, chwila się przedłuża. No może rzeczywiście dyrektor jest taki zapracowany, że już na spotkania ze mną ma czas dopiero o pierwszej w nocy… I nagle znowu instynkt nieproszony, szybszy od błyskawicy, przerywa ciemność w mojej głowie: głupia! Idź, oczywiście, że idź! Zobacz, sprawdź, co też dyrektor teatru może ci zaproponować o pierwszej w nocy na moście, jaką „ofertę” może ci przedstawić. Zobacz, sprawdź, z ludzkiej, zwykłej, babskiej ciekawości. I już mówię: jasne, o pierwszej. Pa!

Za dziesięć pierwsza idę. Woda wszędzie, ale to nie łzy były, tylko deszcz. Boże, co to będzie? Co to będzie? Ciemno, cieżkie krople spływają mi po policzkach. Jak powinnam się zachowywać? Niewinna i delikatna, czy mocna i zdecydowana? Boziu, pomóż! Jest! Widzę go, stoi na moście zakapturzona postać. Przeszliśmy chwilę w dość niezręcznej ciszy, po czym dyrektor mówi: „ I w tym miejscu możemy już oficjalnie przejść sobie na ty!” Wyjmuje z połaci płaszcza dwie małe wódki, ananasówki i każe mi się napić. Aha, myślę sobie, to to tak pobrzękiwało po kieszeniach. Robię dobrą minę do złej gry, bo dyrektor od razu mówi, że teatr zostawiamy tam… Tam? Ale co to znaczy „tam”? W sensie, że gdzie? Ale ja tu właśnie przylazłam w środku nocy na ten most, żeby właśnie o teatrze, że pan jest dyrektorem, i pan może mi pomóc z moją pracą, to gdzie my mamy ten teatr teraz zostawić? Moje życie to teatr! Jeśli tam zostawiamy teatr, to tu nie zostaje nam już praktycznie nic. Orłem z matmy nie byłam, ale takie proste rachunki umiem przeprowadzić. Moje skonfundowanie jednak zatrzymuję dla siebie. No dobrze, dajmy temu jeszcze szansę, przekonuję sama siebie, może ma jakieś ważne tematy ten dyrektor, o których chce pilnie ze mna porozmawiać: globalne ocieplenie, plastik w oceanach, ubój fok. Idziemy, coś tam gadamy, ale w sumie czujemy, że rozmowa się nie klei, że pula tematów nam się silnie wyczerpała, pijemy tę wódkę, ale podskórnie czuję, że czarna przestrzeń przepastnego braku porozumienia rozpościera się między nami nieubłaganie i nawet wódka nie będzie tym mostem, który uratuje tę rozmowę, nie będzie nawet, kurwa, liną. No ale pijemy, idziemy i pijemy. Czuję, że zaraz będę pijana jak trzeba, wszystko mi się już kręci, wszystko mnie śmieszy, ale mimo to, dociera do mnie, że coś nie styka. I mimo to, że mi się coraz mniej podoba to idę, piję tę wódkę i idę, deszcz pada na twarz… I właściwie niedługo jeszcze potem rozmawialiśmy… Dyrektor sobie golnął chyba jeszcze przed spotkaniem. Nagle się do mnie dokleił, zaczął całować bez opamiętania i macać po tyłku, po piersiach, wszędzie. Był tak pijany, wszystko mu z rąk leciało i parasol, i wódka, i telefon. Zapytałam się go: „a dyrektor ma, to znaczy, ty masz dwójkę dzieci, prawda?”, „trójkę!”,poprawił mnie. „I co żona na takie schadzki?”. Zagrzmiało. Niesłyszalne pioruny walnęły w tę ciasną szczelinę między nami. „To nie było dobre pytanie”, odpowiedział.

W tym samym momencie urósł we mnie wulkan gorących uczuć: złości, wstrętu, poczucia niesprawiedliwości, którego eksplozja wydawała się nieuchronna. A z drugiej strony, lodowata racjonalność głosiła stanowczym, nieprzejednanym tonem: to jest dyrektor teatru, pamiętaj o tym, nie sprzeciwaj się mu, nie mów tego, co myślisz, co czujesz, a już najlepiej w ogóle nie mów. Ale jak to?! Kilka godzin temu pouczał mnie pan, to znaczy pouczałeś mnie, że shańbiłam się, biorąc udział w reklamie, a nie w tworzeniu sztuki przez wielkie SZ, a teraz kładzie pan, to znaczy kładziesz dłonie na moim ciele? I składa pan, to znaczy składasz, pocałunki na mojej twarzy? Dlaczego pan to robi, to znaczy dlaczego to robisz? Dlaczego to robisz? Dlaczego wykorzystuje pan, to znaczy wykorzystujesz, swoją władzę nade mną? Dlaczego ktoś tak wysoko postawiony i autorytatywny dopuszcza się hipokryzji? Dlaczego mnie pan osądził, a potem dopuścił się niemniej wstydliwego czynu? Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Proszę, rzucił pan we mnie. Ale pan też ma córki. Jest pan ojcem córek. One też kiedyś będą pięknymi kobietami, będą miały piersi, uda i usta. I jak będzie się pan czuł jako ojciec, który będzie wiedzieć, że dają kłaść na sobie ręce mężczyzn, jakby były towarem wymiennym za jedyną godną tego aktu walutę: przetrwanie? Czy myśli pan, że ja nie mam ojca? Że mój ojciec mnie nie kocha? Nie dba o mnie? Nie dba, czy jego córka jest dziwką czy nie? Ale to wszystko to były tylko moje myśli, mój wewnętrzny monolog, zamrożony, nim zdążył wybuchnąć, mój krzyk, który umarł prędzej, niż się jeszcze zrodził, zbyt bardzo byłam przerażona, żeby powiedzieć, co czuję, zabrakło mi tej tchórzliwej odwagi, zaciskałam więc usta, a gardło mi puchło od słów, które grzęzły w nim, jak rój pszczół naraz wbijających żądła w różową miękkość. Tutaj mieszkam, tylko tyle zdołałam wykrztusić, idę do domu. I poszłam. A tego pana już nigdy, przenigdy nie spotkałam.

To tyle. Chciałam się podzielić. Dzisiaj jestem trochę odważniejsza i żyjemy w czasach #metoo. Chciałam podziękować za współpracę wszystkim, którzy osądzają i oceniają: fuck you all. A Maria Magdalena była spoko. I fajnie, że Jezus jej pomógł. Polko, Polaku, czy w ogóle człowieku, żyjemy w czasach followowania. Followowanie stało się naszą domeną. Proszę, przestań followować Jezusa, bądź jak Jezus.

 

fot.: Dagna Dąbrowiecka

Autor

Małgosia Kowalska, aktorka, zawodowa, po szkole w Krakowie w klasie mistrzowskiej Jerzego Treli, ale w sumie mało gra; pisze, bo lubi; śpiewa nie tylko, gdy jest pijana; tańczy w miejscach publicznych mimo zażenowania znajomych; zachwyca się światem i ludźmi; ma siostrę- bliźniaczkę i czasem sama nie wie, która jest która; lubi rozmawiać: po angielsku, francusku, niemiecku, rosyjsku i jeszcze w wielu językach, które zna tylko ze słyszenia; pasjonatka jogi i medytacji; kiedyś biegała, ale przez kontuzję łąkotek, przestała; uwielbia kuchnię wegańską i dobre espresso, najlepiej na placu św. Marka w Wenecji za jedyne 10€.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama