Kolej na paskudztwa

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Pociąg brudny, w nim brudni ludzie i ja, siedzący na podłodze, ze sztywnym karkiem, sztywnym sumieniem, które pozwala mi zamykać drzwi, zamykać je nawet wtedy, gdy jakaś nadobna panienka postanowiła w swoim szale egocentryzmu spróbować raz, a gdy nie udała jej się ta sztuka, odejść, patrząc na mnie, jak gdyby to było moje zadanie, jak gdyby moja męskość czyniła mnie wiecznie odźwiernym dla niej i dla jej podobnych.

Nie dość tego, do przejścia obok-kiblowego, w którym ulokowałem swoje przepastne cielsko, lokują się dwie kolejne, niestety, bez polotu dziewczęta, gdyż siedzą idealnie w przejściu, które ktoś wciąż i wciąż otwiera, po czym zamyka, po czym otwiera i znów zamyka, a one nawet po szesnastym razie, wciąż się nie przesuwają, wciąż podnoszą się co chwilę i nawet im przez myśl nie przejdzie, żeby ruszyć swoje nadobne zadki i przejść w bok, w kąt, ukryć się jak robak przed światem, a nie jak trofeum być w przejściu, jak jeleń stać w blasku reflektorów i patrzyć na nadjeżdżającą śmierć.

Reklama

W powietrzu unosi się zapach moczu i krain daleko odległych, gdyż jedna z pań, zaciągająca nieco, wychodzi co chwilę palić w kiblu ruskie szlugi, które już dawno nie są papierosami, a stały się czymś pośrednim pomiędzy paleniem samego nowotworu a trawy z wyżyn wałdajskich.

Nie miałbym zresztą nic przeciwko, ale nie częstuje mnie, więc zamykam się w sobie i w tej podłodze pomiędzy kiblem a wyjściem znajduję ukojenie stabilności i przewidywalności. Bo jeśli w obiektach martwych jest coś, co warte jest naśladowania, to właśnie użyteczność, niezmienność i obojętność na ludzkie swary głupie, przecież i tak zginiemy w zupie. Ta podłoga jest zawsze podłogą, niezależnie od tego, czy się z nią polubiliśmy, czyśmy się z nią nie polubili, czyśmy mieli zły dzień, tydzień lub życie nawet całe, to ona ma to konkretnie w przestrzeni międzyatomowej. Konkretnie gdziekolwiek. Ma w tam również twoją płeć, twój dżender i wszystkie afiliacje polityczne. Więcej, nie ma tego nigdzie nawet, bo zupełnie nie ma to dla niej znaczenia. I jeśli jest jakiś wniosek z tego, który by można uznać za słuszny to ten – bądźmy jak podłoga. Albo jak jakiś fajny człowiek, który na pewno gdzieś istnieje.

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Reklama