Tomasz Organek: Niegłupi Koleś z Gitarą

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Muzyk, wokalista, a teraz również pisarz, do tego anglista. Kończyłeś uniwersytet w Toruniu, który ja również próbowałem skończyć. Mamy trochę wspólnych powiązań.

Tak, mam wrażenie, że mamy coś wspólnego. Ty właściwie też więcej czasu spędzasz tutaj niż w Toruniu. Ale mamy też powiązania, powiedziałbym – rodzinne. Występowałem z twoim bratem.

No właśnie, pierwszy raz usłyszałem o tobie, gdy tworzyliście z Michałem zespół Sofa.

Zostałem zaproszony do tego zespołu. To był bardzo fajny czas, połowa albo koniec studiów… fajny moment w życiu. Dzięki Sofie poznałem czym jest muzyka, czym w ogóle zajmuje się muzyk i dzięki temu właśnie powstał mój obecny zespół – Organek, skład autorski. Jestem tego w pełni świadomy, bo w Sofie nauczyłem się właściwie wszystkiego. Tego, jak pracować z ludźmi w studiu, na scenie. Nauczyłem się komponować, zacząłem pisać piosenki, teksty, słowem – nauczyłem się wszystkiego, co wiąże się z zawodem muzyka – co później pomogło mi w karierze i co zresztą przydaje się do dziś.

Reklama

To był czas, kiedy oprócz muzyki interesowałeś się literaturą. Czy to ona sprawiła, że zacząłeś studiować filologię angielską?

Od zawsze byłem bardziej zorientowany na sferę humanistyczną, choć przyznam, że miałem matematyczny epizod w liceum. Niesiony duchem nowego liceum informatycznego poszedłem do klasy matematyczno-fizycznej. Chyba oszalałem, bo po dwóch tygodniach wiedziałem, że nic z tego nie będzie i uciekłem do klasy humanistycznej. Filologia angielska była chyba podświadomym wyborem, bo już w liceum dość swobodnie mówiłem po angielsku. Był moment, kiedy zastanawiałem się czy nie warto pójść na filologię polską, ale porzuciłem ten pomysł. Poszedłem na angielską i nie żałuję, bo to był fajny czas w Toruniu. I co by nie mówić, nie był to „kurs angielskiego” tylko studia humanistyczne, na których już trzeba znać język, bo tam się eksploruje poważne tematy – literaturę, kulturoznawstwo, teorię kultury, czyta się Rolanda Barthes’a, teoretyków kultury i różne inne pisma.

I przede wszystkim –  jak się słucha piosenek, to się wie, o czym śpiewają.

Tak, to najważniejsze. To właśnie sprawiło, że zacząłem się uczyć angielskiego. Mieliśmy w domu telewizję satelitarną i strasznie mnie interesowało to, co było puszczane w MTV. To były jeszcze lata osiemdziesiąte. Piękny, kolorowy świat, zespoły grające na zagranicznych gitarach, na które mnie nie było stać. Byłem tym wszystkim zafascynowany, miałem potrzebę, żeby wiedzieć, o czym ci ludzie śpiewają.

Pamiętasz, kiedy powstał twój pierwszy tekst? Kiedy poczułeś potrzebę wyrażenia czegoś, co utkwiło ci w pamięci?

Przełomem była piosenka Ona Movie. Grałem wtedy w Sofie. Na początku nie wiedziałem jak się do tego zabrać, ale kiedy pisałem ten tekst i potem kiedy nagraliśmy tę piosenkę, zrozumiałem, że to daje mi olbrzymi napęd, że czuję pewnego rodzaju spełnienie i siłę, dzięki której naprawdę na serio zacząłem myśleć o pisaniu piosenek. I zacząłem to robić z dużą uwagą i z rozmysłem. Moje późniejsze teksty nie były już przypadkowe. Ale wracając do Ona Movie. Ta piosenka bardzo dobrze poradziła sobie w Trójce, była nawet na podium. To chyba moja pierwsza piosenka tak wysoko na liście przebojów.

Pierwszy tekst i od razu sukces. Może musiałeś po prostu coś z siebie wyrzucić, coś autentycznego. Sukces tej piosenki wynikał chyba z tego, że byłeś szczery, bo w pisaniu o to właśnie chodzi.

Tak, ale to się zaczyna rozumieć dopiero później. Ta siła, która pochodzi i z muzyki, i z literatury – w ogóle z tekstu pisanego – bierze się ze wspólnego doświadczenia, które przeżywamy, czytając to, co ma do powiedzenia autor. I to musi być szczere, bo jeśli nie jest, to nie będzie współgrało z naszymi emocjami, z naszymi przeżyciami i to wtedy nie ma sensu.

Jakie były twoje pierwsze literackie fascynacje? Co stanowi twój background, komu zazdrościłeś, że tak fajnie potrafił pisać?

To był długi proces, ale dzięki temu, że miałem fajną nauczycielkę w liceum, taką trochę wystrzeloną w kosmos…

I to jest piękne, tacy nauczyciele-wariaci trochę, dzięki którym pamiętamy szkołę.

Pani Marecka, miała takie rude włosy…

Przepraszam, że powiedziałem wariaci.

Ona by się na pewno nie obraziła. Nosiła ponczo, była bardzo kolorowa w tej szkole. Część kompletnie się z nią nie dogadywała, a dla części była guru, kolorowym ptakiem, osobą, która potrafiła wprowadzić do innego świata. I ona nas wprowadzała do tego innego świata poprzez pokazywanie, że czytanie książek to nie jest męka, tylko że można odkrywać inne światy, pokłady wrażliwości, o których się nie miało pojęcia. Ja czytałem wszystko i dużo. W liceum przeczytałem wszystkie lektury i do dzisiaj pamiętam, że ogromnie mi się podobał Cichy Don, to cztery wielkie tomy.

Ważne, żeby mieć takiego czarodzieja, guru, który pokaże drogę na skróty, który ci pokaże co warto. Z muzyką też miałeś kogoś takiego?

Pewnie miałem. Taką postacią naczelną był mój ojciec, wolny duch, vagabunda. Ciągle gdzieś jeździł, śpiewał, grał. Trochę był uwięziony w tych Raczkach, a wyrywało go do świata. To on mi pokazywał różne zespoły i, pamiętam to jak dziś, gdy złożyliśmy papiery do liceum i wracając z sekretariatu zatrzymaliśmy się na ulicy Kościuszki w sklepie muzycznym. Ojciec powiedział wtedy do mnie – musisz posłuchać tego i tego. Kupował mi kasety takich klasyków jak Nalepa, Jimmy Hendrix, Beatlesi.

Przechodzą może do Twojego debiutu książkowego, bo to pretekst do naszego spotkania. Na pewno 10 tysięcy razy zadawano ci to pytanie. Kiedy narodziło się w twojej głowie to, żeby napisać książkę?

Wiem, bo to takie niespotykane, że koleś z gitarą pisze.

W dodatku nie pisze autobiografii, nie pisze o tym, jaką przeżył drogę czy jakie ma doświadczenia, tylko pisze coś, co można nazwać trochę książką drogi, trochę międzypokoleniową.

Istnieje taka impresja na temat mojego środowiska, mojego pokolenia, ale nie próbuję stawać z halabardą i obwieszczać, że będę pisał pokoleniowe powieści. Podpatruję rożne sytuacje, rozmawiam z ludźmi i taki obraz, mniej więcej tych roczników, mi się objawił. Mój bohater, 39-letni Borys…

Borys, który jedzie cały czas. Masz w tej książce dużo odniesień do świata kultury, do literatury. Z buntownika jakim jesteś w muzyce, w literaturze stajesz się sceptykiem co do tego, co nas czeka. Ten świat nie jest za kolorowy, nie jest taki, że możemy być optymistami.

Nie jest oczywiście, ale każde pokolenie przeżywa takie rozczarowanie światem. Mój Borys bardziej się załapuje na tę podróż niż sam ją wymyśla. Ja tak trochę podpatruję różnych ludzi, sam pewnie o sobie tak myślę, że na coś wskoczyłem, na jakąś platformę. I ten Borys też wsiada do tego samochodu, zupełnie bez przekonania.

Który jest wart tyle co mieszkanie, tak?

Tak. Jest jednak taki apatyczny, cyniczny, trochę sfrustrowany, obojętny na wiele rzeczy, ale coś go ciągnie, chce się czegoś złapać, a może się złapać jedynie jakiegoś uczucia. Takiego prawdziwego uczucia, miłości dawnej. Szuka czegoś, choć nie za bardzo jest już w czym szukać. Książka ma właściwie nieograniczoną objętość, bo zależna jest tylko od mojej wyobraźni, warsztatu, inteligencji i tutaj mogę się wypisać, wypowiedzieć dogłębnie i bardziej wyraziście niż w piosenkach, które są formą często wierszowaną, zamkniętą w określonej formule.

Zaimponowałeś mi tym, że to nie jest tylko pisanie dla pisania. Przekazujesz swoje przemyślenia, ale wprowadzasz też świetne akcje fabularne. Skąd ci się to bierze, jak nad tym pracowałeś?

Po pierwsze, nie wyobrażałem sobie, że to będzie taka paplanina, że będę pisał jakieś dzienniki. To oczywiście wspaniała forma i wiele z nich przeczytałem, ale chciałem wprowadzić też trochę fabułę, chciałem, żeby to się przede wszystkim dobrze czytało, żeby to było gdzieś z pogranicza gatunków. Łączenie różnych stylistyk, różnych gatunków jest mi bardzo bliskie.

A jaki jest odbiór tej książki do tej pory?

Krytykom się nie podoba, są podzieleni.

Ale chyba nie było aż tak źle?

Dzisiaj dostałem piękną recenzję od Jacka Nizinkiewicza. Dla mnie ważne jest to, że pisarzom się podoba.

To na tyle dobrzy pisarze, że są dla ciebie autorytetami?

Nominowani do Nike.

To ważne dla człowieka, który pisze pierwszą książkę, że tacy ludzie się wypowiadają w superlatywach.

Z krytykami jest dziwnie, bo ja oczywiście bardzo chcę ich słuchać, chcę się uczyć pisania, traktuję to bardzo serio, ale czasami mam wrażenie, że niektórzy chcą pokazać miejsce temu grajkowi, żeby się za bardzo nie wychylał.

Może to wynikać z tego, że koleś, który do tej pory pisał piosenki, nagle wydaje książkę.

Pisze piosenki, lata po scenie z gitarą, a teraz tutaj będzie książki pisał. Ale czytam je wnikliwie i próbuję wyciągnąć wnioski.

Jak zareagowało twoje otoczenie na Twój debiut literacki? Koledzy z zespołu, koledzy z branży…

Ci, który wiedzieli, że coś skrobię nie byli zaskoczeni, ale są zaskoczeni efektem, bo nie wiedzieli czego się spodziewać. Dostaję bardzo dużo fajnych wiadomości zwrotnych, również od muzyków.

To musi być miłe dla ciebie.

Bardzo miłe. Szczególnie, że książka się świetnie sprzedaje. Ja też rozumiem z czego to wynika, jednak znana facjata robi robotę, ale nie chciałbym, aby na tym poprzestało.

Ty jesteś na tyle doświadczony i na tyle mądry, że masz w sobie pokorę, wiesz na czym to się opiera, ale z drugiej strony na tyle inteligentny, że następnym razem jak napiszesz książkę to zrobisz to wszystko inaczej.

Oczywiście, że inaczej, już nawet wiem jak.

Reklama

Będzie kontynuacja?

Nie, kontynuacji nie będzie, tu jest skończona historia fabularnie i w kwestii tego, co miałem do powiedzenia, nie chcę się powtarzać. Pewne światy będą wspólne, ale mam jakiś pomysł na nową książkę i ona będzie jeszcze bardziej ogołocona z fabuły. Pisarze, którzy mi najbardziej imponują to ci, którzy zawierają jakąś syntezę swojej perspektywy, całą swoją wrażliwość w widzeniu świata, w jednym, wątłym wydarzeniu, które się prawie nie wydarza, bo dzieje się w ich głowie.

Nie potrzebują fabularnych fajerwerków.

Tak. Często przytaczam ten sam przykład, ale nie mogę się z niego otrząsnąć od bardzo długiego czasu. To jest Andriej Płatonow i jego „Dół”. Akcja tam się zawiera w tym, że kilku robotników próbuje wykopać dół, co w końcu się nie dzieje, ale jest tam pewien zamknięty świat socjalistyczny, tak dosadnie przekazany w samym języku.

Uwielbiam cię. Płatonow, Dół! Marzę o tym, żeby młodzież słuchająca naszego wywiadu miała taki zeszycik i te wszystkie tytuły sobie wypisywała, a potem szła po nie do biblioteki czy księgarni, bo to daje naprawdę dużego intelektualnego kopa.

Ja zachęcam wszystkich do czytania, aczkolwiek poziom czytelnictwa jest niestety zatrważający.

Takie osoby jak Ty mogą sprawić, że ludzie zaczną czytać więcej.

Ja z ludźmi staram się rozmawiać i nie przemawiać ex catedra, że należy czytać książki, bo coś tam. Ludzie często są po takiej rozmowie, czy po spotkaniach autorskich, nieco zszokowani, że koleś z gitarą ma coś do powiedzenia, bo jak to?! Utarły się stereotypy, że koleś z gitarą jest głupi.

To też może wynikać z tego, że mają taką wizję ludzi grających na gitarach. Szczególnie wśród młodego pokolenia, ludzie śpiewają piosenki o niczym.

I to mnie też martwi w dużym stopniu, bo dzisiejszy rynek jest wyjałowiony z myśli. Przejmuje mnie trend panujący teraz w hip-hopie, bo sprowadza się do tego, że mamy hajs, jesteśmy znudzeni, narkotyki są super itd. To jest trochę pretensjonalne, niczego nowego nie wnosi, ale być może to jest właściwy głos pokolenia i może takie nastroje tam panują. Co właściwie sprawia, że robi mi się jeszcze bardziej przykro.

Może to narasta na tyle, że coś się z tego wykluje nowego.

Mam nadzieję, że to jest jakieś przełamanie. Jest kilkoro wykonawców, których podpatruję, którzy mają coś do powiedzenia, taką wrażliwość, która pozwala im na spisanie i wyśpiewanie tych rzeczy. Kibicuję wszystkim, bo chciałbym, żeby muzyka rozrywkowa, która jest dziś w radiach, była na dobrym poziomie, bo kiedyś była.

Tak, muzyka rockowa była, przede wszystkim, bardziej ideowa, był przekaz, ludzie cytowali piosenki.

Tak, zespoły pokoleniowe, a nawet same pokolenia, które o coś walczyły. O coś tym ludziom chodziło. Dzisiaj zespoły takie jak KULT, Strachy na Lachy, Fahrben Lehren, to niestety 50-latkowie. Ja jestem tam młodzikiem.

Ale młodzikiem też jesteś jako pisarz, będziemy śledzić twoją karierę literata. Tomasz Organek „Teoria opanowywania trwogi”. Zapraszamy do najlepszych księgarni.

Dziękuję.

Czytajcie i uwierzcie nam, że to pomaga przetrwać.

Pomaga przetrwać, bo jak już nas wszystko zawodzi, to literatura nas nigdy nie zawiedzie. Możemy wskoczyć do świata, o którym się nikomu nie śniło, a my jesteśmy tam sami i  bezpieczni.

I ja to sobie wyhaftuję. Dziękuję.

Dziękuję.

 

fot.: Maciej Zienkiewicz

 

Autor

Rafał Bryndal – Tekściarz, dziennikarz, satyryk i milosnik jazzu

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter