ANYWHERE          TV

Loft

loft_1-min

Loft, loftowy styl, loftowa lampa, loftowe meble – to pojęcia, które już na stałe wpisały się w terminologię dzisiejszego projektowania. Czy w dobie obecnego nowego budownictwa, stylizowanego na oryginalne lofty i właściwie tylko je udające, te prawdziwe dalej owiane są uczuciem romantyzmu, czy pozostały już tylko jeszcze jedną formą na mieszkanie?

Z bardzo wyjątkowym loftem łączę wspomnienie swojej pierwszej pracy w Nowym Jorku i bynajmniej nie było to nic związanego z projektowaniem. Zanim jeszcze wydarzyły się studia, a właściwie zanim wydarzyło się wszystko, wydarzyło się lato ponad dwadzieścia lat temu. W niedzielny poranek ojciec zapakował mnie do subwayu i zawiózł na Manhattan. Słowo zapakował nie zostało użyte tu przypadkowo, ponieważ ani mój rodzic, ani ja nie jesteśmy rannymi ptaszkami i powiedzenie “kto rano wstaje temu Pan Bóg daje” nigdy nie przyświecało żadnej z naszych idei. Nie wiem dlaczego są poranki, które tak zapadają w naszej pamięci.

Przez całą drogę z Brooklynu nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Wysiedliśmy na Union Square, kupiliśmy podłą kawę w charakterystycznym niebieskim kubku. Nic szczególnego, a jednak, zamykając oczy widzę nas tam teraz stojących na rogu ulicy 17-tej i Union Square pijących w milczeniu, nomen omen, parę metrów od kamienicy, w której mieścił się kultowy loft “Factory” Andy Warhola.

Jest coś magicznego w poranku niedzielnym na Manhattanie, a przynajmniej było dwadzieścia lat temu. Słońce zdążyło już zalać ulice swoim żółtym blaskiem, ale nie rozgrzało ich jeszcze do nieznośnego nowojorskiego upału. Asfalt pachniał tak, jak zawsze swoim dusznym, szarym pyłem. Na rogu 17-tej ulicy nie było jeszcze gwarnego Starbucksa, ale jedno z tych „deli”, z których dochodził zapach smażonego jajka z bekonem. Zresztą, Starbucksa też już tam nie ma. Zmienia się wszystko oprócz właśnie pamięci o tych chwilach, które z jakiegoś powodu mają się stać wyjątkowe i coś zmienić na zawsze w nas. Niedziela rano na Manhattanie to moment kiedy miasto nie uderzyło jeszcze w swój najgłośniejszy akord zgiełku i hałasu. Nikt nie jest jeszcze tak zmęczony, żeby nie powiedzieć – kocham to miasto.

Podeszliśmy pod budynek, w którym znajomy taty kończył prace remontowe dla swojej klientki a ja miałam jej pomóc w organizacji mieszkania po burzy, jaką wykreowała tam ta odnowa. Budynek był tak wąski, że trudno było uwierzyć, że mieści się tam mieszkanie. Gigantyczne okna wychodzące na ulice zdradzały ilość pięter, a jednocześnie miało się wrażenie, że budynek nie ma końca. Weszliśmy na schody, których wyślizgane, marmurowe powierzchnie zdradzały pamięć lepszych czasów tej wiekowej budowli. Na każdym piętrze znajdowało się jedno mieszkanie, do którego prowadziły gigantyczne metalowe drzwi z metalową zasuwą na środku. Mijając kolejne piętra, miało się wrażenie podróży, na końcu której czeka nie mieszkanie, a misja uratowania królewny w wieży.

Mieszkanie okazało się jedną, otwartą przestrzenią. Od strony wejścia doświetlał je rząd potężnych drewnianych okien wcześniej widocznych z ulicy. Trzeba byłoby nie lada siły, żeby je unieść do góry otwierając. Drugi koniec przestrzeni był ledwo widoczny. Prostokątna powierzchnia zdawała się ciągnąć w nieskończoność i tylko majaczący w oddali rozmazany kształt okna wychodzącego na ciemne podwórko zdradzał jego mętne granice. Ceglana ściana ginęła w mroku. Powstawał niesamowity efekt, w którym mieszkanie od rozświetlonego wejścia wciągało nas w swoją głębie jak w tunel z niknącym światłem, który pomimo, że niedoświetlony, zdawał się przytulny i ciepły.

Stara podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Drewniana, ciemno brązowa, ze szczelinami pomiędzy deskami na szerokość palca. Wysokie sufity z pajęczyną instalacji elektrycznej i przeciwpożarowej sprawiały wrażenie bardziej fabrycznych. Z pokaźnego prostokąta jakim było całe mieszkanie, zostały wydzielone łazienka, garderoba i sypialnia. W większości ściany zostały obłożone płytami gipsowymi i pomalowane na biało. Tylko na jednej zachowano oryginale cegły, ciemnoczerwone i nierówne, z których przy najmniejszym poruszeniu opadał pył tworząc na podłodze różowy pagórek przypominający kolory parków narodowych w Utah.

Pomimo, że przez kolejne tygodnie przyszło mi w udziale ścierać budowlany kurz z drewnianych stoliczków miliard razy, to jednak było coś tak magnetycznego w tym wnętrzu, że chciało się tam zwyczajnie być. Wyobrażałam sobie, że jestem w filmie Woody Alena, może nawet w “Hannah i jej siostry”, kiedy Frederick próbuje sprzedać obraz w swoim lofcie.

Klientka miała na imię Hope, co oznacza nadzieję i może to właśnie jej imię, które uwielbiałam powtarzać, może tamto upalne lato, a może atmosfera tamtego loftu zdecydowały, że dla mnie ten rodzaj mieszkania będzie zawsze miał wartość romantyczną. Pewnie dlatego kiedy widzę nowe budynki reklamujące się stylem loftowym, z cegłami na ścianach, równiutkimi jak jabłka w supermarkecie, nie mogę się powstrzymać, żeby nie przewrócić oczami. Szukając najprostszego tłumaczenia słowa loft z angielskiego otrzymamy takie wyjaśnienie jak strych, czy poddasze, a nawet chór. Jeżeli przyjrzeć się historii loftu, sięga ona XIX-wiecznej Francji. Pomimo ogromnej słabości jaką żywię do Francji i Paryża, pomimo europejskiej duszy to jednak dla mnie kolebką loftu zawsze będzie Nowy Jork. Sentyment pewnie odgrywa tu wielkie znaczenie, nie da się jednak ukryć, że nie tylko dla mnie, ale przed wszystkim dla nowojorczyków budynek loftowy, czy sam loft jest tak charakterystyczny dla miasta jak Times Square czy Empire Building.

To, co w architekturze rozumiemy jako loft, a dokładniej jako mieszkanie loftowe to przestrzeń, która oryginalnie powstała z przeznaczeniem na funkcje przemysłowe i została później przekształcona na przestrzeń mieszkalną. Wszystkie elementy architektoniczne, z którymi kojarzymy lofty takie jak duże, masywne okna, otwarte przestrzenie, wysokie sufity podtrzymywane przez żelazne kolumny, wytrzymałe drewniane podłogi, wyeksponowana instalacja, czy ceglane ściany, nawiązują do ich pierwotnego przeznaczenia. Może część tego romantyzmu związana z loftem pochodzi właśnie stąd? Z historii? Czy romantyzmem, a może egzaltacją jest stwierdzenie, że te ściany były świadkiem wydarzeń, które wpłynęły na kształt Wielkiego Jabłka?

Kiedy produkcja dóbr wygasała lub przenosiła się na peryferie miasta, pozostawały ziejące pustką fabryczne budynki, które w latach 60-tych i 70-tych wypełnili nowym życiem artyści.

Przekształcali pustostany w przestrzeń do mieszkania i tworzenia. Tamte lofty były słabo ogrzane, nie były wyposażone w kuchnie, a przez wielkie nieszczelne okna do pomieszczeń wdzierał się wiatr. Dźwięki niosły się po niezaizolowanych ścianach i stropach. Często nie było nawet wody. Było jednak tanio i wynajmowano je za przysłowiowe grosze, a ich głównym walorem były otwarte, ogromne przestrzenie pozwalające na tworzenie sztuki wielkoformatowej. Przechadzając się dzisiaj po ekskluzywnych butikach Soho, trudno uwierzyć, że w latach 40-tych i 50-tych była to część miasta omijana szerokim łukiem. Brudna i niebezpieczna, uważana często za najgorsze miejsce do mieszkania. Nie jest więc zaskoczeniem, że dla nowojorczyków ten okres rozluźnienia prawa lokalowego jaki panował w latach 60-tych i 70-tych w połączeniu z nową energią, jaką artyści tacy jak Andy Warhol, Patti Smith czy Robert Mapplethorpe wypełnili lofty dolnego Manhattanu kojarzony jest często z “odrodzeniem” dla miasta. Łańcuszek zmian jaki obserwujemy na Soho intryguje. W efekcie nastąpiła gentryfikacja tych samych artystów, którzy przyczynili się do odrodzenia takich dzielnic jak Soho, Tribeca czy Chelsea.

Na własne nieszczęście, artyści byli magnesem dla marszandów sztuki. W kolejnych loftowych budynkach otwierały się galerie, co z początku sprawiało wrażenie ogromnego ułatwieniem dla handlu dziełami. Galerie przyciągnęły jednak bogatych nabywców, a ci, zachwyceni atmosferą artystycznej bohemy, zaczęli masowo wykupywać mieszkania. To był początek końca ery artystów na Soho zajmujących lofty często nielegalnie. Większości z nich, szczególnie początkujących, w krótkim czasie przestało być stać na mieszkanie w Soho. W latach 70-tych właściciele budynków loftowych w najbardziej charakterystycznych dla nich częściach miasta jak Soho, Tribeca czy Chelsea pozwolili lokatorom na ich adaptację pomimo, że znajdowały się w strefie przeznaczonej tylko do użytku handlowego i przemysłowego. W połączeniu z rosnącym popytem na nieruchomości zapragnęli oni jednak pobierać czynsze dużo wyższe niż te pierwotne. Konflikty kończyły się w sądzie, a w ich efekcie, w 1982 roku uchwalono prawo loftowe i powołano do życia komisję loftową. Głównym celem tych poczynań było wprowadzenie limitu nielegalnych adaptacji i zrównoważenia praw pomiędzy właścicielami i najemcami. W branży architektonicznej rozróżniamy pojęcie loftu “prawdziwego” czyli przestrzeni, która naprawdę została zaadaptowana z przemysłowej na mieszkalną, z zachowaniem większości pierwotnych elementów oraz tą, która tylko ma wyglądać jak loft. Był to proces, w efekcie którego w przeciągu kilku dziesięcioleci dzielnica Soho z zamieszkałej przez artystów płacących 100 dolarów rocznie czynszu, stała się finansowo osiągalna tylko dla wybranych. Trudno nawet nazwać to procesem. Łatwiej można by to zobrazować jako krok robiony przez olbrzyma w siedmiomilowych butach, w dodatku o dość ograniczonej wizji. Jedyne co dzisiaj dzieli potencjalnego nabywcę od zakupienia loftu w budynku, w którym jeszcze do niedawna rezydował David Bowie pod numerem 285 przy ulicy Lafayette, jest niebagatelne 7 milionów dolarów i można się chwalić tym samym adresem. Proces,  w którym artyści są siłą napędową często wykorzystywaną do zapoczątkowania zmian w zapomnianych dzielnicach nie jest ani niczym nowym, ani odkrywczym. Powtarza się w historii jak błędne koło, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy na “starym kontynencie”.

Można wiele powiedzieć o kierunku, w którym rozwinęło się Soho i oceniać zmiany jakie zaszły w dzielnicy od pamiętnych lat 70-tych po dzień dzisiejszy. Kierunek jest najzwyczajniej odpowiedzią na popyt. Jest to rozpędzona maszyna nie do zatrzymania. To, co jednak zawdzięczamy tamtemu pokoleniu, to nie tylko rozwój dzielnicy, ale rozwój tego wyjątkowego stylu w designie, jakim jest styl loftowy, który w różnych postaciach, lepszych lub gorszych przetrwał po dzień dzisiejszy i jest fantastyczną odpowiedzią na kolejną formę adaptacji.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE