Od zmierzchu do świtu

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wsiadam do Ubera, wybija pierwsza. Środek tygodnia, Warszawa śpi. Zaczynam się przyglądać, szukam życia za szybą. Jadę przy Wiśle, po tej Praskiej stronie. Pusto faktycznie, ale zaraz, jakiś chłopak tonie w rzygowinach, oparty o ogrodzenie ZOO. Stoję na światłach, a on wciąż i wciąż. Ruszam dalej.

Krzaki, drzewa, chaszcze, mrok. Świeci się białe serduszko w publicznej toalecie przy Wiśle, a obok, w romansie, dwie postaci sklejone. Czyżby była dla nich afrodyzjakiem uryna i pot ludzi bezdomnych? Czy oni specjalnie tak tutaj umówieni? Czy boją się, że zostaną znalezieni przez kogoś? A może ktoś tu komuś płaci i w sumie bez znaczenia? Aż od tego myślenia poczułam kostkę do kibla, pojechałam dalej. Most Świętokrzyski. Przez skrzyżowanie przechodzą luźno ubrani chłopcy, głowy im świecą – tak wypucowani – brwi tylko widzę i zmarszczki gniewne, a za nimi stuk, puk, puk, kozaczki, szpileczki, spódniczki, czarne włosy i białe, długie, prostowane, odrost u tych białych, dwa złamane tipsy, oczu nie widzę, chyba są pod rzęsami. Idą i kwiczą, plując charami.

Nareszcie zielone. Dość mi tego cruzu po mieście. Jedziemy, moment, zatrzymanie w pół drogi. Przez asfalt idzie maciora z młodymi. Świnia, świnie, machają ogonkami. Przechodzą. Gazu, prędzej, dalej. Wiatr jest dość mocny, bo reklamówki tańczą oszalałe, na drzewach zawisają, drgają ospale. Stadion Narodowy – mijam i czerwone.

Przy basenach na Wale Miedzeszyńskim bar gier czy inne małe Las Vegas jest. Szyby przyciemniane, lecz światło w środku pozwala dostrzec ciemne postaci. Ramiona uniesione, chociaż nic nie niesie. Klepie kumpla przy jednorękim bandycie i chwieją się obaj. Oj! Bardzo się chwieją, aż z tego wszystkiego i innym się udziela, więc trzymają ściany, popijając kuflem piwa. I skręcamy. Prosto do domu, lecz na Francuskiej znów zatrzymanie. Szczura widzę – fuj! Nie lubię strasznie! Wcina se kebaba, zero waist, chociaż tyle. No dalej, dalej. Znów czerwone!? No błagam, nie wytrzymam, co za fala?!
Ja tu wysiądę
Ale jest pani pewna?
Tak, przejdę się kawałek
No dobrze, to miłego wieczoru
Wzajemnie

 
Reklama
 
Reklama

Beton mokry od deszczu to zawsze przyjemny zapach, ale dziś jakiś smród czuję. Pachnie jak szara obroża przeciwpchelna dla Burka. Co dziś w takim razie spadło z nieba? Idę, idę, idę, idę i słyszę bluzgi, selekcja tych najgorszych, zbliżają się do mnie, serce zaczyna walić, zza zakrętu wynurzają się dzieci – niech będzie – kwiat polskiej młodzieży. Mijamy się czujnie.
Wchodzę do mieszkania. Zamykam zasuwę. Oddech biorę głęboki, czuję brudna się, lepka, aż mnie kot wącha i się oddala.
Warszawo! Stolico! Co z Tobą? Spłucz się, wymyj, wyszoruj porządnie, a nie tylko perfumy na siebie wylewasz. Masz coraz bardziej duszący zapach, słodki niczym pot narkomana. Ja chcę Cię prawdziwą, nie musisz nic udawać, tylko się umyj, niech brud pochłonie ziemia. Czemu nic nie robisz? Kto Cię wciągnął w to bagno, czy też – kto Cię w nim trzyma?

Autor

Aleksandra Nowicka – aktorka, lektorka, pasjonatka muzyki i dobrego jedzenia. Ma kota – w dowolnym tłumaczeniu. Podróżuje, obserwuje, słucha i tańczy. A do tego masa tego i owego.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama