
Taco, po raz kolejny sprawił słuchaczom wielką niespodziankę. Nie dość, że warszawski raper, wydał płytę znacznie wcześniej niż zapowiadał i umieścił ją całkowicie za darmo na kanale YouTube, to na dodatek przyrządził numery z takimi gwiazdami jak Dawid Podsiadło, Pezet, albo schafter. Chyba popularny “Fifi” ma w sobie coś ze świętego Mikołaja albo złotej rybki, bo naprawdę ciężko o drugiego tak hojnego artystę w naszym kraju.
“Pocztówka z WWA, lato’19” jest więc teoretycznie projektem wręcz skazanym na sukces. Trzeci pełnoprawny album druha Quebonafide idealnie dopasowuje się do oczekiwań publiczności, dysponuje imponującą listą współpracowników oraz perfekcyjnie koresponduje z wrażliwością dwudziestokilkulatka spędzającego upalny lipiec w samym środku wielkomiejskiej dżungli. Jednak, paradoksalnie, odhaczenie wszystkich najważniejszych punktów wcale nie zapewnia spektakularnego artystycznego triumfu. Owszem, pop-rapowa widokówka rzeczywiście za wszelką cenę próbuje dogodzić słuchaczowi, ale właśnie przez to brzmi niczym symfonia algorytmów SEO.
W całym tym przedsięwzięciu najbardziej cierpi główna bohaterka. Scharakteryzowana grubą kreską Warszawa jawi się tu jako umowna metropolia, łącząca cechy ulicznego krajobrazu rodem ze słabszych odcinków “Ślepnąc od świateł” i kinowych przebojów Lubaszenki. Tekściarstwo Taco Hemingwaya sugeruje nawet, że stolicy doskwiera niedobór interesujących postaci oraz historii, który najskuteczniej wyleczy chaotyczna narracja, zlepiona z niespójnych, popkulturalnych skojarzeń. “Otwieram prosecco z moim kolegą”, “czekam aż wyjdzie Yandhi” – podobne wersy budują mało zachęcającą wizję rapu dla młodych, wykształconych z wielkich miast, którzy zahashtagowali się na śmierć.
Nieopierzony MC nagle stał się idolem tłumów, więc jego światopogląd uległ radykalnej transformacji. Niegdyś uważny obserwator codzienności, obecnie nie spaceruje chodnikiem, a raczej prawie lewituje nad stołecznymi dzielnicami. Radiowa “Trójka” wraz z obrońcami “alternatywnego” hip-hopu stworzyli własnego człowieka sukcesu, który teraz nie ma już im nic do powiedzenia. W 2019 roku uliczne anegdoty autora “Trójkąta warszawskiego” przypominają niezdarną symulację, traktującą przyziemność jako wyimaginowaną fikcję.
“Pocztówce” patronuje przede wszystkim nieznośna apatia. Objawia się ona na przykład w tekściarskim lenistwie rapera korzystającego z autopilota przez prawie pięćdziesiąt minut. Utwory są niby premierowe, ale tak naprawdę, jak śpiewał Artur Rojek, składają się z ciągłych powtórzeń. Silne natężenie autocytatów kreuje portret znudzonego samym sobą twórcy, mającego siłę jedynie na aktorskie odtwarzanie przeterminowanych refleksji. Słyszalna w tonie głosu zblazowana maniera przypomina mi bohaterów powieści Breta Eastona Ellisa, czyli pozbawionych emocji żywych trupów klasy wyższej.
Analogicznie przyklapnięta jest sfera instrumentalna, poskładana na kolanie z resztek po wszystkich muzycznych trendach ostatnich lat. Zresztą, wspomnianą groteskową atrapę brokatowego trapu najlepiej definiują refreny. Element, który zazwyczaj stanowi kręgosłup majstersztyków gatunku, tutaj można określić jedynie mianem zwiotczałego. W tej sytuacji nawiązywanie do Future’a (geniusza tej stylistyki) w jednym z utworów wywołuje tylko i wyłącznie uśmiech politowania.
Taco Hemingway dobiegł już do mety i stwierdził, że nie warto brać udziału w kolejnym wyścigu, a osiągnięcie upragnionego sukcesu uznał za idealną wymówkę do tego, by osiąść na laurach. Niestety, “Pocztówka z WWA, lato’19” nie proponuje słuchaczowi niczego więcej poza stałym menu, którym jest raczony od 2014 roku. Chyba nie o takie lato tu chodziło, co?
fot. Paweł Fabjański (Shootme)

















