Szałek: Na początku było słowo

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W każdej dziedzinie życia. W pracy, w sztuce, w wyrażaniu emocji. Wszędzie są słowa. A ich dopełnieniem jest muzyka. Zespół SZAŁEK niedawno zadebiutował na rozrywkowej scenie muzycznej, godząc doświadczenia artystów z pogranicza jazzu i rocka w brzmieniach soft rocka i popu.

 

Z Kubą Szałkiem, wokalistą zespołu, umawiam się spontanicznie. Mój pierwszy wywiad po dwóch latach przerwy i debiut Kuby w roli innej niż rzecznika prasowego w tego typu rozmowie. Moja koncepcja jest początkowo inna; sylwetka marketingowca, który stał się muzykiem. To jest temat! Takiego go znam i pamiętam, z mikrofonem w ręku i na scenie, ale nie śpiewającego, tylko mówiącego. Przebieg rozmowy okazuje się inny. Kiepski research, powiecie. Nie wszystko można znaleźć w sieci. I tak wystartowaliśmy. 

Może zacznijmy od Twojej historii zawodowej. Co się stało, że nagle założyłeś zespół i zacząłeś nagrywać muzykę. To pasja z przeszłości czy zrodziła się niedawno? 

Pasja do sceny i do muzyki jest zakorzeniona we mnie od dziecka, moi rodzice są muzykami. Mój ojciec koncertuje zawodowo. W związku z tym, całe dzieciństwo spędziłem bardzo blisko muzyki, która od samego początku mnie fascynowała. W młodości grałem na saksofonie, interesowałem się instrumentami perkusyjnymi, pogrywałem na gitarze, tak więc jestem zżyty z muzyką od bardzo dawna. Z muzyką i sceną w ogóle.  

 
Reklama

To ciekawe, nie wiedziałam o tym, że twoja styczność z muzyką sięga dzieciństwa. Trudno to wywnioskować, patrząc na rzeczy, którymi zajmujesz się na co dzień. Co do gry na instrumentach – wspomniałeś o tym, że zajmowałeś się tym we wczesnej młodości. Oczywiście, nie dodaję ci lat, ale chciałabym cię lepiej zrozumieć. Grałeś przez przynależność do rodziny muzycznej czy uczęszczałeś również do szkoły?

Uczęszczałemdo szkoły muzycznej, ale zdecydowanie nie byłem wówczas na tyle wytrwały, żeby ją ukończyć <śmiech>. Natomiast pasja, która zakorzeniła się w moim dzieciństwie została ze mną. W czasach studenckich zacząłem komponować pierwsze utwory, które zostały ciepło przyjęte i niektórzy do dziś je nucą 

Wcześnie zacząłeś tworzenie. Jaki to był styl? 

Bardowski, brzdękałem na gitarze, komponowałem utwory. Zawsze uważałem, że to mowa jest złotem, przynajmniej w moim przypadku, jeżeli uważałem, że jest coś, czym chcę się podzielić, robiłem to w formie muzycznej przez tekst i melodię. 

Twój zawód też wiąże się ze słowem.

Od zawsze były obszary, w których oscylowały moje pasje i kariera – teatr, konferansjerka, scena, różnego rodzaju wydarzenia. To wszystko zabawa słowem. W przeszłości sporo pisałem, uwielbiam felietony i eseje. Pamiętam nawet, że wziąłem udział w jakimś lokalnym konkursie aforystycznym, który wygrałem.

To pamiętam, Ciebie i scenę z mikrofonem. Nie jako aktora czy piosenkarza, ale jako konferansjera właśnie. Konkurs aforystyczny to chyba wczesne czasy?

 
Reklama

Bardzo wczesne – liceum. Jak już wspomniałem – zawsze bardzo ceniłem sobie słowo, które do dziś jest dla mnie wartościowym nośnikiem. To ono determinowało wybory życiowe, jak na przykład studia – dziennikarstwo, czy swego czasu nieukończona filologia polska oraz dalsza ścieżka zawodowa, podczas której pisałem teksty, ale równolegle starałem się być możliwie blisko sceny, jak przystało na scenicznego zwierza. 

Szczerze mówiąc, myślałam, że podczas tej rozmowy będziemy rozmawiać właśnie o rewolucji na twojej ścieżce zawodowej, od marketingowca i konferansjera po wokalistę. Taką miałam wizję, a okazało się, że słowo – owszem, jest dla ciebie ważne, ale to muzyka towarzyszyła ci dłużej, bo aż od kołyski.

Od kołyski <śmiech> mam zdjęcia z instrumentami z czasów dzieciństwa. Słowo dopadło mnie szybko, zacząłem mówić zanim jeszcze chodziłem, więc to jest moja mocna strona. Muzyka i słowo przeplatało się przez moje życie. Wiedziałem, że prędzej czy później zaowocuje to projektem. Poznałem rynek muzyczny od kuchni, sam na nim funkcjonowałem jako manager. Wcześniej latami obserwowałem jak pracuje mój ojciec, jak przygotowuje się do koncertów, jaką wagę przykłada do jakości swoich wykonań.

Jako manager muzyczny, czym się zajmowałeś?

Byłem promotorem jazzowym, chciałem się zajmować wartościową dla mnie muzyką.

Jazz nie jest łatwym gatunkiem w promocji. Zwłaszcza dziś, kiedy rynek zalewają pozbawione tekstualności gatunki.

 
Reklama

Mnie się udało, w 2016 roku miałem szansę wziąć udział w jednym z największych festiwali jazzowych na świecie – Java Jazz Festiwal w Indonezji, promować zespoły w Europie. Zresztą to, czego doświadczyłem, może teraz zaowocować – muzyka, słowo, doświadczenie w eventach i marketingu oraz absolutna miłość do sceny to spójność, którą mogę zaprezentować z zespołem. 

Jak długo powstawał zespół, skąd pomysł?

Postanowiłem podzielić się swoimi koncepcjami ze znajomymi muzykami i ku mojej uciesze sami zaproponowali, by wykorzystać materiały i sformować grupę zdolną do ich odtworzenia. Dla początkującego artysty najpiękniejszym odczuciem jest, kiedy słyszy w pełnym brzmieniu coś, co wcześniej tkwiło tylko w jego głowie. Wtedy zdecydowałem, że zrobię z tego zawodowy projekt i przygotowałem harmonogram działań. Nie rezygnując z pracy zawodowej, starałem się zbudować zespół, który skończył w pięcioosobowym składzie.

To zupełnie nowe osoby, czy znaliście się już wcześniej?

Znaliśmy się. Chłopaki (Paweł Urowski, Mateusz Otczyk, Adam Golicki, Dmytro Poeta; przyp. red.) występowali wcześniej wspólnie w różnych konfiguracjach, a ze mną każdy z nich pracował indywidualnie na różnych płaszczyznach. Sama znajomość nie wystarcza. Każda nowa formacja dociera się, nasz zespół scalił się dopiero podczas nagrań.

Na razie można odsłuchać tylko trzy utwory. 

Jesteśmy na etapie przygotowywania pełnego albumu. Obecnie rzeczywiście mamy trzy kawałki, które są zapowiedzią tego, co chcemy pokazać w 2020 roku. Niedawno zaprezentowaliśmy się światu jako nowa formacja prezentując nasz pierwszy teledysk. Ciągle pracujemy ze sobą i nad sobą <śmiech>  oraz przygotowujemy się do koncertów.

 
Reklama

No właśnie. Miałam okazję zapoznać się z teledyskiem. Twój klip wyglądał dla mnie komercyjnie. Znam te miejsca, a Ty wiele lat pracowałeś jako marketingowiec czy to przypadek?

Tendencje zawodowe na pewno są z tyłu mojej głowy, ale w teledysku nie ma miejsc i osób przypadkowych. Ze wszystkim, co tam widać, wiążę wspomnienia. Jestem sentymentalny, więc startując z nowym projektem, chciałem zrobić ukłon w stronę osób i miejsc, z którymi w ostatnich latach byłem związany. Dojście do tego etapu w życiu zawdzięczam bliskim mi ludziom, którzy motywowali mnie w muzycznych działaniach i pomagali zawodowo. Najważniejszą nauką i wartością płynącą z ostatniego roku jest dla mnie świadomość potęgi ludzkiej życzliwości. 

Pokazujesz Gdańsk, a pochodzisz z Wielkopolski. Co cię sprowadziło na północ?

Pewnego dnia rzuciłem studia i pracę we Wrocławiu. Z krótkim epizodem warszawskim ze sceną w tle, ale to temat na inną rozmowę <śmiech>. Nad morze przyciągnęła mnie muzyka, najpierw Fundacja Muzyczna, którą założyłem z moim kuzynem, i która istnieje do dziś, a później jazz. Trójmiasto to zresztą polskie zagłębie jazzu. 

Nie wiedziałam, że Wybrzeże to zagłębie tego gatunku w Polsce. 

Jeśli rozejrzymy się po polskim rynku muzycznym i spojrzymy na pokolenie, które dojrzewało w latach 80’, znajdziemy takie nazwiska jak Możdżer, Jaskułke, Pierończyk, Lemańczyk, Bukowski, Maseli czy odrobinę starszy Maciek Sikała. W latach 80. marynarze przywozili płyty winylowe, również jazz, dając dostęp lokalnym talentom do muzyki, która nie była osiągalna w innych zakątkach kraju. Dzisiaj również mamy niezwykle zdolne ekipy jazzowe, takie jak kwintet Chyły, Algorhythm i wiele innych.

Czy osoby, z którymi grasz w zespole mają poza muzyką jakąś inną pracę zawodową?

 
Reklama

Nie, jestem jedyną osobą, która łączy pracę na etat z muzyką. Adam Golicki jest bardzo uniwersalnym perkusistą sesyjnym, lubiącym brzmienia z lat 80. głównie jazz i fusion. zresztą dużo gra poza krajem, właśnie wrócił z trasy w Chinach. Paweł Urowski to kontrabasista i gitarzysta basowy z wyczuciem jazzu, świadomy nowoczesnych brzmień i nurtów. W kompozycjach jazzowych jest niezwykle przestrzenny, natomiast do naszego zespołu wniósł pomysły, które nas totalnie zaskoczyły. Mateusz Otczyk nadaje naszym utworom brzmienia rockowe, grał wcześniej w formacji Drunk Lamb z Trójmiasta, występuje też z Patrick’s Hat z muzyką irlandzką. Ma bardzo doskonałą intuicję w tworzeniu ścieżek melodycznych. Dmytro Poeta grał w popularnych na Wschodzie zespołach, to pianista, kompozytor, wszechstronny muzyk ze zmysłem producenckim, mocno otwiera nam głowy. Oni wszyscy żyją tylko z muzyki. 

Jesteście różnorodni. Jak wygląda wasz proces kompozycyjny? Znajdujecie spójność w tym, co chcecie tworzyć?

Początkowo wydawało się, że ta mozaika światów i stylów może prowadzić do chaosu. I rzeczywiście prowadziła, dopóki każdy z nas nie zaczął odpuszczać <śmiech>. Mamy trzy osoby w zespole o mocnych charakterach i dwie, które zupełnie rozładowują atmosferę. Wiele prób i rozmów nauczyło nas konsensusu. Co do procesu – zazwyczaj to ja przychodzę z pomysłem, nie mam takiej wyobraźni muzycznej jak chłopaki, któryś z nich zawsze tworzy wstępny zarys kompozycji lub całościowy pomysł na utwór, a później rozwijamy go wspólnie, dlatego w każdej piosence jest cząstka każdego z nas. 

Co było pierwsze muzyka czy słowo?

W naszej kapeli pierwsze jest słowo, piszę tekst, bo treść jest dla mnie ważna. Potem tworzymy muzykę. Odwrotne sytuacje są jeszcze przed nami.

Dziś mało kto zważa na treść.

 
Reklama

Nie chcemy półproduktu, muzyka z dobrym tekstem to wartość. 

O czym więc mówią wasze utwory?

„Chłonę czas” namawia do zwolnienia w tym zabieganym świecie. Mimo zwiększenia świadomości i rozmów, dalej pędzimy. Utwór ten samą swoją formą ma zachęcić do zwolnienia, przesłuchania go w atmosferze odpoczynku, która pozwoli zauważyć piękno, które nas otacza.

„Satelita” to utwór o zamkniętej formie kobiecości, takiej która nie zawsze potrafi się otworzyć na uczucie, mimo że tego pragnie. Tekst powstał z obserwacji, z tego, co przeżywają ludzie wokół. Nawet moi znajomi.

Łatwo się z nim utożsamić. A ostatni?

To prawda. „DNA” zachęca słuchaczy do zostania na naszym muzycznym pokładzie. A właściwie do wypłynięcia z nami w rejs, wszak to dopiero początek!

To rzeczywiście przyjemna dla ucha zapowiedź tego, co jeszcze macie do zaoferowania. Interesuje mnie jeszcze jedno, czy chciałbyś przearanżować swoje życia i tak, jak twoi koledzy z zespołu, zostać tylko muzykiem?

 
Reklama

Wydaje mi się, że trudno byłoby mi zrezygnować z obecnej formy pracy, ale kiedy przyglądam się sobie i myślę nad tym, co jest moją najszczerszą potrzebą, to wiem, że są dwie rzeczy, które dają mi największą radość. Scena i rozwój naukowy. Zbliżam się do 30-tki, rozwijam się naukowo, debiutuję z zespołem – dość późno – ale z drugiej strony – kiedy, jak nie teraz? Na scenie odpływam, kiedy śpiewam czy mówię do ludzi –  to nieopisana przyjemność. Jeszcze nie jestem gotowy na to, żeby mówić, że w moim życiu skupię się tylko na tych dwóch rzeczach, w końcu lubię marketing i konferansjerkę, ale czas pokaże. Nie można robić w życiu wszystkiego, bo życie to sztuka wyborów, czyli też rezygnacji z pewnych obszarów, bardzo często z siebie. Póki co – cieszę się tym, co mam oraz faktem, że to co robię, szczególnie z zespołem, daje ludziom radość.  

 

fot.: Dominik Kulaszewicz

Reklama