Marika Krajniewska: Polecajka na weekend

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie lubię wtedy, gdy wszyscy na hurra. Wolę odczekać, złapać refleksję, dać jej wywiercić dziurę w brzuchu i dopiero powiedzieć swoje trzy grosze lub nie powiedzieć nic. Z tą mową – srebrem i milczeniem – złotem coś musi być na rzeczy. Tym razem się wypowiem, choć z początku byłam pewna, że zostawię dla siebie.

Gdy na HBO pojawił się zwiastun najpierw poczułam ukłucie gdzieś w środku, dopiero później przyszła ciekawość. Oczywiście nie zignorowałam pierwszej reakcji organizmu, sadowiłam się na kanapie z lekkim niepokojem. Odpaliłam pierwszy odcinek i przepadłam. Niemniej jednak nie tak, jak przepadli inni widzowie mini serialu Czarnobyl.

Gdy pytałam, czy widzieli i jak odebrali, słyszałam głównie: „przerażające”, „mocne”, „niewiarygodne”, „straszne”. Wyliczać tak można bez końca, ale ja w to wszystko nie uwierzyłam.

Dlaczego? Ponieważ to znałam. Z pierwszej ręki, drugiej i trzydziestej ósmej. Z każdej kolejnej, która następowała po tej pierwszej. I wbrew temu, co się mówi, przeciek w mediach był. Tuż po wybuchu. Zdawkowa informacja o zdarzeniu została podana do wiadomości publicznej w jakimś radiu, które akurat słuchała moja mama. Mama, wioząca swoją sześcioletnią córkę na wakacje do babci. Z Leningradu do ukraińskich Czerkass. Mama, która pracując na co dzień w administracji szpitala onkologicznego naoglądała się „szyjek rakowych” tyle, że ta jedna wiadomość wystarczyła, by zaczęła drążyć. Taksówka, która miała nas zawieźć na lotnisko czekała, dopóki mama nie pobiegnie do sąsiadki, która miała telefon i nie wydzwoni wszystkich znajomych lekarzy. „Głupia jesteś, co też ty wygadujesz, jaki wybuch?”. Taksówka zawiozła nas na lotnisko. Samolot szczęśliwie wylądował w Kijowie. Drogę do Czerkass pokonaliśmy jak zawsze szybko i sprawnie ładą mojego dziadka. Powrót do domu był równie szybki i sprawny. Mama wciąż wisząca na telefonie i przyklejona do radioodbiornika wyczekiwała na jakąkolwiek wiadomość. Tej jednak nie było. Po kilkudziesięciu godzinach, mama zdecydowała jednak na powrót do domu, nie zostawiając mnie na lato u babci. Dopiero, gdy wylądowałyśmy w Leningradzie, okazało się, że mama nas uratowała. Pakując ubrania, które miałyśmy ze sobą na Ukrainie i idąc z nimi do utylizacji, a potem na badania stopnia napromieniowania nas samych bardzo się bałam, że będą musieli mi obciąć włosy. To było najstraszniejsze właśnie, a cała reszta… a cała reszta była normą.

Reklama

Dyniak

– Jak można wywalać gnój w klapkach? – pytam tego wieśniaka. Nie