Mam już dość filmów Marvela

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ileż to ja się nasłuchałem głosów krytyki, gdy w towarzystwie ośmieliłem się powiedzieć, że marvelowskie filmy mnie nie podniecają! Naprawdę, jest to dla niektórych nie do pomyślenia, żeby kinoman miał po dziurki w nosie kolejnych przygód Avengersów i memów z Thanosem. Od kilku lat nie ekscytuję się zwiastunami, nie chodzę do kina, nie czytam postów na fanpage’ach – jednym słowem – całkowity, superbohaterski detoks. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego?

Po pierwsze, wkurza mnie przerażająca przeciętność tych dzieł. Doceniam rzeczy znakomite w każdym calu, całkiem nieźle bawię się też na niezamierzenie zabawnych klapach, ale średniactwa po prostu nie potrafię znieść. Ponieważ to uniwersum funkcjonuje jako skrojony pod komercyjny sukces produkt, ciężko odnaleźć w nim cokolwiek więcej niż bezpieczną rozrywkę dla widza w przedziale od lat 5 do 55. Szczerze mówiąc, sto razy bardziej wolę obejrzeć nawet największe niewypały ze stajni DC, bo tam przynajmniej dostrzegam zalążki ludzkich emocji i nie czuję, że otrzymuję fabułę opartą na wyliczeniach księgowych.

Wspomniane ultrabezpieczne podejście do marki skutkuje również zabijaniem jakiejkolwiek artystycznej kreatywności. Dziwnym trafem, większość reżyserów zatrudnianych do kręcenia kolejnych historii o popularnych herosach, jakby pod dyktando zastępu cwanych producentów, nagle porzuca własny unikalny styl. Sławny komiksowy brand sprowadza te obiecujące talenty do parteru i przylepia im niewdzięczną funkcję wyrobników. Rezultat jest dość bolesny – podobne do siebie tytuły stoją w jednym szeregu, tworząc gigantyczny tasiemiec pozbawiony jakichkolwiek znaków szczególnych.

Świat Marvela cierpi także na niedobór dobrze rozpisanych antagonistów. Tutaj pierwsze skrzypce zawsze grają ratujący ludzkość przed zagładą bohaterowie, a ich przeciwnicy często egzystują na zasadach mięsa armatniego. Scenarzyści kreują złożone psychologicznie postaci takie jak Tony Stark albo Peter Parker, natomiast łotrów traktują zdecydowanie po macoszemu. Cierpi na tym intryga poszczególnych filmów, ponieważ ciężko przejąć się konfliktem, kiedy naprzeciw pełnokrwistych jednostek stają kartonowe figury.

Szkodliwa jest również radykalna serializacja historii. Chorobliwa epizodyczność opowieści umniejsza ich wartość. Kolejne sequele i crossovery zupełnie nie bronią się jako samowystarczalne narracje. Bezkresną sagę można wręcz nazwać monstrualnym kolażem “the best of” skierowanym wprost do fanów, którym do szczęścia wystarczy ujrzenie kilkunastu ulubionych bohaterów na wielkim ekranie. Żeby w pełni czerpać radość z najnowszego odcinka komiksowej telenoweli, widz musi najpierw nadrobić kilkanaście poprzednich. Moda na trykociarzy każe wszystkim dookoła celebrować najgorsze komponenty struktury opery mydlanej.

Mówiąc wprost, kino marvelowskie mocno przynudza. Czerwono-białe logo oznacza powtarzaną w kółko identyczną historię, nie dość dobrą, by wzbudzić zachwyt i nie tak kiepską, by wywołać uśmiech politowania. Rozchwytywana franczyza konstruuje fabuły przypominające pozbawione smaku gumy do żucia, których sława wynika z efektownej, kolorowej etykiety.

Reklama

Dyniak

– Jak można wywalać gnój w klapkach? – pytam tego wieśniaka. Nie