Ewa Błachnio: Świat nie wierzy, że jestem aktorką dramatyczną

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie zawsze wiem kiedy żartuje, a kiedy mówi zupełnie serio, mimo że znamy się kilka lat i razem wylądowaliśmy na lodzie. Nazywa się Ewa Błachnio, ale ta rozmowa błaha nie jest.

Nie będę cię jakoś specjalnie przedstawiał, zrobisz to sama podczas tej rozmowy, ale jedną rzecz muszę powiedzieć: Znamy się z tafli lodowej – z hokeja, to może wielu zaskoczyć, prawda?

Potwierdzam Wojtku, może to wielu zaskoczyć.

Jak to się stało, że stałaś się hokeistką?

Namówił mnie Mateusz Dewera, z którym zrobiłam spektakl teatralny w Krakowie. Kiedyś na próbie powiedział: „Ewka, przecież ty jesteś troszkę chyba nawet znana… jeździsz na łyżwach?” Opowiedziałam, że tak. „To chodź do naszej reprezentacji!” No więc poszłam.

Hokejowej Reprezentacji Artystów Polskich, uściślijmy. Dobrze ci z tym było albo jest nadal?

Było bardzo fajnie i nadal chyba jest bardzo fajnie, co prawda coraz rzadziej mam czas bywać i aktywnie uczestniczyć w życiu reprezentacji, ale wspominam to bardzo pozytywnie. Tym bardziej, że poznałam przy tej okazji tyle zaczadzistych osób – redaktorów telewizyjnych, pisarzy, radiowców, a czasami to wszystko mieści się w jednej osobie, która teraz tu siedzi i ze mną rozmawia (śmiech).

Traktowałaś to bardziej jako zabawę czy promocję siebie?

Fakt jest taki, że jak wchodziłam do reprezentacji to nie miałam o niej zielonego pojęcia. Traktowałam ją czysto zabawowo – pojeździmy na łyżwach, przeżyjemy przygodę. Nigdy tego nie rozumiałam w kategoriach promocyjnych czy marketingowych. Zupełnie nie. Chodziło o spotkanie z ludźmi i robienie nowych, fajnych rzeczy. A kiedy jeszcze się okazało, że przy tej okazji można zebrać jakąś wcale niemałą sumę pieniędzy na szczytny cel, no to już w ogóle byłam przeszczęśliwa.

Reklama

Przechodzą już do Twoich bardziej „podstawowych” zainteresowań, bo to też jest, używają kolokwialnego języka – mega. Bardzo dużo podróżujesz i występujesz.

To prawda – bardzo dużo podróżuję, bardzo dużo występuję. I to w bardzo różnych kontekstach, na różnych scenach. Czasem jest to stand-up, czasem teatr, czasami kabaret albo film. Zdarza się prowadzenie jakiejś imprezy albo improwizacja. Robię bardzo dużo różnych rzeczy.

A która z tych rzeczy najwięcej przyjemności ci sprawia?

Myślę, że właśnie ciągłe zmienianie tych rzeczy powoduje, że każda z nich sprawia mi dużo przyjemności. Za każdym razem, kiedy za długo się zawieszam na jednym działaniu, zaczyna się wkradać rodzaj rutyny, przyzwyczajenia. Bardzo sobie cenię zmianę klimatów, publiczności, to że każda z tych dziedzin, choć bardzo bliska, jest po prostu inna. Różni są też ludzie, którzy się tymi dziedzinami zajmują i ci, którzy przychodzą te wydarzenia oglądać. I to jest w tym „zaczadziste”.

 
Reklama

Jak to się w ogóle zaczęło u ciebie? Bo to trochę trzeba wyssać z mlekiem matki, trzeba mieć do tego dryg, talent. Kto to u ciebie odkrył?

Chyba sama to w sobie odkryłam. Już jako szkrab wiedziałam, że chcę być aktorką i to mnie prowadziło przez całe życie – w różne przestrzenie, rejony i prowadzi nadal. W ten sposób poznałam Abelarda Gizę, z którym przez 15 lat współtworzyliśmy kabaret Limo. Po zakończeniu działalności kabaretu każdy z nas podjął indywidualną drogę rozwoju. Ja zrobiłam eksternistyczny dyplom aktora dramatycznego – grałam i gram w teatrach w całym kraju. Zaczęłam zajmować się stand-upem – na początku pewnie bardziej dlatego, bo stawał się on co raz bardziej popularny. Ale z czasem z coraz większą ciekawością zaczęłam obserwować to, co się dzieje i doceniać te nową formę wyrazu. I tak się zaczęło.

A dlaczego rozpadł się kabaret Limo? To właśnie z tego powodu, że każdy z was chciał pójść własną drogą?

Tak, myślę że w ogóle teraz wiele kabaretów dociera do punktu rozpadowego, odchodzą ich członkowie, kabarety zawieszają działalność albo działają w ograniczonym składzie. Myślę, że to jest absolutnie naturalna droga każdego z nas, droga rozwoju, pójścia dalej. My w kabarecie Limo zaczęliśmy się trochę dusić. Mieliśmy bardzo dużo miłości dla tej grupy, ale jednak każdy z nas zaczął dużo lepiej czuć się indywidualnie, poza kabaretem. Oczywiście, bawiło nas to i cieszyło do ostatniej chwili, ale myślę, że Abelard podjął decyzję o zakończeniu działalności w idealnym momencie. W trakcie tego ostatniego roku Limo jeszcze raz nas w sobie rozkochało. To roczne pożegnanie było pięknym, wzruszającym, bardzo dobrym dla nas czasem.

Wspomniałaś o egzaminie, aktorka dramatu, tak to chyba nazywa się oficjalnie, to też jest coś, co trochę może zaskoczyć widzów i czytelników, bo jesteś postrzegana raczej jako kabareciara, stand-uperka. A tu nagle aktorka dramatu. Poważna sprawa.

Reklama

To jest poważna sprawa, świat chyba ciągle nie do końca chce mi wierzyć, ale ja jestem aktorką dramatyczną i to, jak się potoczyła moja droga to trochę jest poza mną – w sumie nie wiem jak do tego doszło, tak się po prostu stało. Najwyraźniej to jest dla mnie najkrótsza droga dojścia tam, gdzie idę. W sumie, bardzo cieszę się na to „zaskoczenie widza” mym emploi dramatycznym. Wierzę, że to się rychło wydarzy i urzeczywistni, że dam się poznać z tej lirycznej strony szerszej publiczności.

Ale będziesz miała chyba problem ze zmianą wizerunku, nie uważasz?

Szczerze mówiąc, to jest mniej ważne. To jasne, że są szuflady, do których ktoś nas wkłada, ale jestem pewna, że z każdej, jeśli tylko się chce, można wyjść.

 
Reklama

Aktorka dramatu to jedno. Brałaś kiedyś nawet lekcje śpiewu.

Tak, brałam i na pewno do nich wrócę.

Co ty dziewczyno chcesz w końcu w życiu robić?

A po co podejmować decyzję? Po co się zamykać, ograniczać? Tyle genialnych rzeczy mnie spotkało właśnie przez to, że pozostaje otwarta. Miałam moment, że zaczęłam się upierać, iż jako aktorka dramatyczna nie chcę się już zajmować kabaretem. Denerwowałam się nawet, kiedy ktoś nazywał mnie „kabareciarą”. Matko i córko! A przecież jestem. I kabareciarą, i aktorką. I piszę, i śpiewam, i tańczę, i w sumie mogę robić, czego dusza zapragnie – ona wie co robić. Jeśli się otworzysz to zaczyna „zdarzać się” wiele absolutnie niezwykłych rzeczy i okazuje się, że to, czego chcesz jest właśnie tam, gdzie byś nie przypuszczał, że to znajdziesz. I to jest petarda! Ostatnio miałam spotkanie autorskie, na którym pan z pierwszego rzędu zapytał czy jestem w stanie się na tym wszystkim skupić? Czy nie lepiej skupić się na jednej rzeczy? I szczerze? Być może lepiej, skuteczniej, ale ja wybieram inną drogę. To, że zrobiłam dyplom, zaczęłam pisać, nauczyłam się śpiewać… to pokazuje, że wszystko jest możliwe. I to jest ekstra! Możemy wszystko.

 
Reklama

Poza tym wszystkie swoje umiejętności potrafisz wymieszać i wykorzystywać w kilku różnych aspektach.

Dokładnie tak. I to też jest coś, co mnie bardzo fascynuje i ciekawi. Chyba to właśnie ciekawi mnie najbardziej. Wspólnie z zespołem Teatru Żelaznego w Katowicach zrobiliśmy spektakl pt. „Parapetówka”, w którym występuje właśnie takie wymieszanie komedii z dramatem. Widz dostaje coś, co go bawi i wzrusza na zmianę. Widzę, że pani w pierwszym rzędzie śmieje się w głos, a za chwilę ociera łzy wzruszenia, po czym przez te łzy śmieje się jeszcze mocniej… To jest fascynujące! Nie wiem dokąd ta ekscytacja mnie zaprowadzi, ale taki kierunek pociąga mnie bardzo.

Reklama

Powiedz w skrócie, jak wyglądały twoje ostatnie trzy miesiące? Co robiłaś?

W skrócie to jeżdżę, gram, potem wracam, gram, potem wyjeżdżam, gram, potem wracam, gram, w międzyczasie coś piszę, potem trochę śpiewam, potem coś nagrywam bądź kręcę – dzieje się bardzo wiele, choć i z tej różnorodności wyłania się chyba wzór powtarzalności.

Jest jakiś system. A gdzie jest twój dom?

Gdzie jest twój dom, dziewczynko? Gdzie cię odprowadzić? W Krakowie, mieszkam w Krakowie.

Dziś przyjechałaś ze Szczecina, do Szczecina jechałaś z Krakowa, po drodze był Goleniów.

Pochodzę z Pruszcza Gdańskiego, a mieszkam w Krakowie. Mieszkam tam od sześciu lat. Przez wiele lat powtarzałam, że od dwóch – jak już były trzy to nadal mówiłam, że dwa. Nie zmieniło się to także po czterech latach. To chyba pokazywało jak bardzo nie jestem tam zakorzeniona, ale od jakiegoś roku czy półtora, coraz bardziej w to miejsce wrastam. Kocham Kraków.

Polska jest pięknym krajem, prawda?

Bardzo. Jestem też zakochana w Polsce.

Jest się z czego śmiać w Polsce?

Nooo…

Reklama

Mówisz o politykach w swoich stand-upach?

Prawie w ogóle, a jeśli nawet to z bardziej ogólnej perspektywy.

 
Reklama

Polityka jest śmieszna, sama w sobie.

Bardzo. Chociaż o ile jeszcze jakiś czas temu polityka mnie dotykała, to dziś bardzo zmieniłam podejście do tego tematu. Po prostu przestałam być na bieżąco, przestałam interesować się informacjami, które w ogóle mi nie służą i nie są mi do niczego potrzebne. Przestałam sobie wmawiać, że to jest ważne. I nie uwierzysz, ale od razu okazało się, że rzeczywiście to nie jest ważne. To znaczy to jest ważne i nieważne jednocześnie – to my decydujemy czemu poświęcamy uwagę. Ja wybieram naturę, spotkania z fajnymi ludźmi i zwierzęta, które kocham z serducha całego.

Lubisz komplikować.

Ekstra, co nie? Po prostu świadomie decyduję o tym, co do mnie przychodzi. Tyle.

I co ma na ciebie wpływ…

Tak. I wybieram rzeczy, które lubię, które mnie uspokajają, dają radość i satysfakcję, a nie te, które mi tego nie dają. Po co skupiać uwagę na czymś, co nas irytuje? Czytać o tym, oglądać newsy, „być na bieżąco” i frustrować się coraz bardziej? Czy nie lepiej wyleźć z domu i zobaczyć, że jest pięknie? Nawet w mieście. Ty nawet nie wiesz jaki piękny z perspektywy Odry jest Szczecin. Przedwczoraj przed występem znajomy przewiózł nas motorówką i widziałam parę orłów! Orłów! Rozumiesz?! Patrzysz i nie wierzysz, że coś takiego jest rzut beretem od dużej aglomeracji. To było zjawiskowe! Pogoda piękna, świetni ludzie i pęd naszego „statku” – czułam się po prostu jak w Los Angeles, tylko z Wałami Chrobrego w tle. Czad!

Rewelacja. Mówiłaś o pisaniu… Czy to pisanie to tworzenie tekstów do standupów?

Reklama

Tak, do stand-upu, kabaretu, teatru – w tym spektaklu, o którym wspominałam, część tekstu jest mojego autorstwa.

A ile w tym jest improwizacji?

W samym pisaniu… Wyłącznie, w występach, oj zdarza się, że bardzo dużo. To, że każdy występ jest inny to jedno, ale zdarzają się opcje naprawdę wyjątkowe. Grasz występ, śpiewasz piosenkę i nagle widzisz, że przed sceną, na pustym parkiecie staje szef firmy – w garniturze i w czapce z lisa. Stanął i stoi. Nic nie mówi, nie zagaduje, nie przeszkadza. Po prostu jakby podszedł, żeby obejrzeć sobie występ z bliska. No i o. Mogłabym udawać, że go nie ma i mówić to, co sobie przygotowałam. No, ale jak?! Trzeba być tu i teraz, więc przyjęłam to, wykorzystałam i w efekcie występ był jeszcze lepszy. Pan prezes miał gigantyczny dystans do siebie. Bawiliśmy się wspólnie, tańczyliśmy, a publiczność była zachwycona!

Ale to jest stand-up. A co z improwizacją, kiedy odgrywacie z kimś scenę. Wtedy też jest miejsce na improwizację?

W teatralnych spektaklach dużo rzadziej chyba, no chyba że takie jest założenie autorów, reżysera.

 
Reklama

Musisz się doskonale rozumieć ze swoim partnerem czy partnerką na scenie, prawda?

Fajnie jest jak tak jest, ale nie zawsze. Wtedy to ma sens i przynosi efekt. Nie masz tak naprawdę wpływu na to, jaki jest partner i czasami na tym polega improwizacja. Po prostu być tu i teraz. Musisz być otwarty na to, co cię spotyka. Bywa i tak, że nawet jeśli znacie się świetnie i współpracujecie od lat, możecie mieć słabszy dzień albo dzień tak genialny, że was niesie, jak nigdy. Po prostu na scenie, ale i w życiu warto być czujnym i „być w kontakcie”. Tak jak w tym wywiadzie możesz się trzymać swoich pytań albo improwizować.

W ogóle się nie trzymam.

No więc improwizujesz i dlatego wydarza się tu fajna rozmowa, choć nie wiem jaki będzie jej finał… Tak samo jest z byciem na scenie – im bardziej tu i teraz tym lepiej.

Reklama

Trochę ta improwizacja na scenie zależy od poziomu poczucia humoru, jeżeli mówimy oczywiście o scenkach kabaretowych. Pamiętam sceny, które odgrywałaś z Kaczorem (Łukasz Kaczmarczyk – Kabaret Młodych Panów, przyp. autor), znanym nam również hokeistą.

(śmiech) Przepraszam, przypomniałam sobie jak Kaczor jeździ na łyżwach.

Pamiętam, że wprowadzaliśmy go na lodowisko na prezentację. Ale ja nie o tym… Z nim czułaś takie „flow”, że wszystko szło idealnie. Czuło się, że oboje jesteście na tym samym poziomie poczucia humoru.

Nic dodać, nic ująć! Myślę, że się z Kaczorem bardzo „poczuliśmy”. Podobne rzeczy nas bawią – on bawi mnie bardzo, ja go również, a to dobry punkt wyjścia. To jest bardzo zdolny gość z gigantycznym darem „gagowania”. Ja mam dar wymyślania historii, fabuły, spinania wszystkiego w całość, więc dobraliśmy się idealnie. Bardzo lubię rzeczy, które wspólnie robimy.

Kiedy wpisujesz w wyszukiwarkę Ewa Błachnio, wiesz co wyskakuje? Jeden z pierwszych artykułów: Czy wiedzieliście, że Ewa Błachnio ma TAKIE nogi?! Widziałaś to?

Nie wiem, może kiedyś. Śmieszny tytuł, nie?

Ale przyciągający.

Są dwie! Wow! To bardzo miłe, choć ja już chyba przeszłam ten etap jarania się nogami. Jak już je policzyłam i się upewniłam, że są dwie to mówię ok, teraz można zająć się resztą życia.

Jara cię popularność?

Reklama
 
Reklama

Jara mnie sympatia ludzi. Czasem jest śmiesznie, jak mnie ktoś rozpozna – co nie jest takie oczywiste, bo chyba nie jestem do siebie za bardzo podobna w rzeczywistości. I jara mnie, że nie widzę reakcji typu: O, pani Ewa Błachnio, o kuźwa! i w nogi, tylko: Jej! To ona! i mega uśmiech. Ostatnio jechałam po krakowskich plantach rowerem i podjechał do mnie chłopak i mówi: To pani jest z tego kabaretu?! – przejechaliśmy razem połowę plant. To jest bardzo miłe i fajnie, że im jest ze mną fajnie.

I wiesz, że tak już będzie?

Dlaczego?

Bo taka jesteś. Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

Ja też dziękuję, bardzo było mi miło, no i do zobaczenia!

Stacja Diagnoza

Cztery lata temu. Piękny, ciepły maj. Kilka miesięcy wcześniej odnaleźliśmy