Michał Urbaniak: Jestem w nieprzerwanej podróży już od 60 lat

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Michał Urbaniak to ikona jazzu i jeden z najbardziej utytułowanych artystów polskiej sceny muzycznej. Człowiek o niespożytej energii, który wciąż podróżuje i nieustannie oddaje się kreatywnej pracy. Jego dorobek to nie tylko opasła dyskografia zawierająca legendarne nagrania dla historii jazzu, ale też ciepło przyjęte role aktorskie czy autobiograficzna książka, a artysta wcale nie zwalnia tempa.

Naszą rozmowę chciałbym zacząć od fragmentu innego wywiadu. Parę dni temu trafiłem na wypowiedź Charlesa Lloyd’a, ikony amerykańskiego jazzu, który powiedział, że jego dorobek artystyczny nadal jest mniejszy niż jego marzenia na przyszłość. Zdając sobie sprawę, że ten mistrz saksofonu ma już 81 lat na karku, zastanawiam się jakie jest twoje zdanie na temat ciągłej potrzeby tworzenia i nieprzerwanego sięgania dalej? Jazzowy nałóg jest tak silny, że nigdy nie można przejść na artystyczną „emeryturę”?

Niesamowite to jest. Miałem dziś sen, że nie udało mi się czegoś poprawnie zagrać na saksofonie w czasie nagrania. Pierwsze co zrobiłem po wstaniu, to z zamkniętymi jeszcze oczami, pobiegłem po saksofon i grałem od rana. Tak, to chyba się nie kończy. Jak miałem kilkanaście lat to koledzy mówili, że mam „czuja do muzyki”. Od tej pory minęło trochę czasu, ale wydaje mi się, że ciągle go mam i na saksofonie gram muzykę lat 60. – muzykę mojej młodości. Teraz jest bardzo dużo młodych muzyków jazzowych, którzy nauczyli się jazzu, ich muzyka nie jest kreowana, to jest muzyka wykonywana. Patrząc na to muszę powiedzieć, że mam wielką radość z grania muzyki tworzonej, a nie wyuczonej.

Od czasu kiedy zaczynałeś do dziś zmieniło się niemal wszystko. W twoich czasach za granie jazzu można było wylecieć ze szkoły, płyty powstawały długimi miesiącami, a żeby zrobić trasę koncertową za granicą trzeba było się dogadać z Ministerstwem Kultury i PAGART-em. Kiedy patrzysz na współczesne realia to wolałbyś zaczynać karierę dziś?

W pewnym sensie wtedy było łatwiej. Jednak kluczowe mechanizmy się nie zmieniają, po prostu jeśli masz pasję i mówisz prawdę w muzyce to musisz grać, nie uciekniesz przed tym. Dlatego kiedy moja córka miała 12 lat, zaczęła śpiewać i zapytała się mnie co o tym myślę, to odpowiedziałem: jeżeli musisz to śpiewaj.

Rzeczywiście zaczynanie kariery w PRL-u było pod kilkoma wybranymi względami łatwiejsze. Na Zachodzie zainteresowanie jazzem zza żelaznej kurtyny było wtedy spore. Twoje wielkie muzyczne podróżowanie zaczęło się od wyjazdu do USA, gdzie po raz pierwszy trafiłeś na początku lat 60. z The Wreckers – zespołem Andrzeja Trzaskowskiego.

Wygraliśmy jakiś konkurs. Wtedy parę osób z Departamentu Stanu USA przyjechało za żelazną kurtynę i odwiedziło chyba wszystkie kraje obozu socjalistycznego. Wybrali zespół Trzaskowskiego i to rzeczywiście była pierwsza daleka podróż, tyle że ja nigdy jej nie przerwałem. Dziś mój pokój w domu wygląda jak pokój hotelowy, bo stale gdzieś latam, choć kiedyś było tego zdecydowanie więcej. Ponad trzydzieści lat temu miewałem i 100 przelotów rocznie, a w tym ponad 40 transatlantyckich. To były takie trasy jak Seattle – Madryt, Minneapolis – Sztokholm i wtedy to było normalne. Z moim najnowszym projektem kończę płytę, na której szykuje się utwór, który nawiązuje do mojego życia w podróży. Zaczyna się samplem z foxtrota „Czerwony Autobus” Władysława Szpilmana, będzie tam słychać oryginalne nagranie, śpiewa Chór Czejanda. To taka historia mojego życia, 60 lat w podróży, najpierw wsiadłem w autobus, potem w samolot z Trzaskowskim i właściwie do dziś podróżuję.

Podróże w życiu muzyków to sprawa kluczowa. Teraz niektórzy młodzi jazzmani spędzają tyle czasu za kółkiem, że nazywa się ich zawodowymi kierowcami, którzy koncerty grają przy okazji. Ty więcej czasu spędzałeś w samolotach. Słyszałem że podróże wykorzystywałeś do omawiania koncertów. Rzeczywiście robiłeś takie audiencje na pokładzie dyskutując o tym co poszło dobrze, a co źle?

Reklama

Tak, byłem i jestem bardzo pracowity, a czas w podróży to czas jak każdy inny, warto go wykorzystać. Jednak miałem dużo szczęścia, bo trafiałem na znakomite talenty, miałem w swoich zespołach świetnych muzyków. Przyjeżdżając do Nowego Jorku nie jechałem po żadną karierę, to słowo nawet mi przeszkadza, nie lubię go, ale trzeba go używać. W każdym razie moja kariera potoczyłaby się inaczej gdyby nie te utalentowane dzieciaki z dzielnicy Jamaica Queens w Nowym Jorku: Marcus Miller, Lenny White, Don Blackman… Dziś to gwiazdy, a zaczynali u mnie grać jako dzieci.

Ale ty przypadkiem na nich nie „trafiałeś”, tylko brałeś pod swoje skrzydła i „wychowałeś” artystycznie. Później razem z tymi muzykami współtworzyliście ważne płyty dla muzyki fusion. Od czasu jazz-rockowej rewolucji dorzuciłeś też swoje trzy grosze do łączenia m.in. jazzu z rapem. A dzisiaj są jakieś trendy, którym przyglądasz się z większym zaciekawieniem?

Na trendach się nie znam, ale dla mnie wszystko musi mieć ten sam korzeń. Gram to, co sprawia mi radość i najczęściej jest to bardzo dobrze przyjmowanie, bo entuzjazm się udziela. Dziś jest tak, że niektóre stare rzeczy brzmią jak nowe, a ja mam dużo roboty. Nie dziwię się Lloydowi i rozumiem go, bo sam jestem w biegu tworzenia patrząc w przyszłość. Teraz kolejne dwie płyty na horyzoncie.

 
Reklama

Czekamy na nie, choć jeszcze nie możemy zdradzić zbyt wiele na ich temat. Wśród twoich dotychczasowych nagrań są te bardzo znaczące dla historii muzyki i te nieco mniej istotne, ale zawsze na pierwszym miejscu wymieniany jest nie album autorski, a krążek na którym wystąpiłeś gościnnie – chodzi oczywiście o płytę „Tutu” Milesa Davisa. Nie lubię tego davisowskiego wątku, bo on trochę zaciera inne ważne momenty twojej kariery, ale muszę o niego zahaczyć. Czy to prawda, że wybrałeś się na koncert z Davisem i nie zabrałeś skrzypiec?

Absolutnie, po nagraniu płyty powiedział, że mam przyjść na koncert kolejnego dnia do sali na Broadwayu. U Milesa grał wtedy cały mój zespół: Marcus Miller, Leny White, Bernard Wright i gitarzyści. Publiczność liczyła 3500 osób, a Miles przesłuchiwał sobie czterech gitarzystów, zastanawiał się którego zabrać na trasę. Przychodzę do garderoby posiedzieć z chłopakami, Miles wpada, spojrzał na mnie i mówi: Where is your violin?Odpowiedziałem, że w domu, a on na to Go and get it!Wskoczyłem w taksówkę i poleciałem po instrument.

I na drugi set już zdążyłeś… Davisa nie ma już od 18 lat, wspomniany przez ciebie Leny White powiedział po jego pogrzebie: „odszedł wódz, szukamy nowego wodza”. Czy jest w jazzie taka postać, która dziś wskazuje innym muzykom kierunek? Czy jest ktoś taki, kto twoim zdaniem ma podobną rangę jak wtedy Davis?

Dla mnie jest paru, ale dwóch chyba najbardziej, to jest Wayne Shorter i Herbie Hancock, kolejność nieważna, chociaż jestem fanatykiem Herbiego. Jest jeszcze wspominany Lloyd, czy Branford Marsalis – kolejny saksofonista. Bardzo mi to bliskie, bo nawet na skrzypcach gram jak saksofonista.

To ciekawe, bo Marsalis gra „po bożemu”, a myślałem, że to nie jest dla ciebie. Zawsze też miałem wrażenie, że jesteś wrogiem formalnej edukacji jeśli chodzi o muzykę improwizowaną – słusznie?

Reklama

Może nie wrogiem, ale nie jestem entuzjastą. To dlatego, że dużo przypadkowych osób trafia do szkół muzycznych. Miałem też takie przykłady w swoim otoczeniu, na przykład poproszono mnie kiedyś o protekcję, ponieważ ktoś nie dostał się na studia do akademii muzycznej, a ja tam wszystkich znam. Najpierw chciałem jednak porozmawiać z tym człowiekiem. Okazało się, że nie miał żadnych predyspozycji i myślał, że wszystkiego można się nauczyć w szkole. Powiedziałem mu, żeby nie szedł na te studia, bo zrobi sobie krzywdę, lepiej żeby poszukał czegoś innego. Jakby mnie nie posłuchał to pewnie by znaczyło, że nie miałem racji, ale ostatecznie nie poszedł na te studia.

Sam dostałeś stypendium w Berklee Collage of Music, jednej z najbardziej renomowanych szkół jeśli chodzi o jazz, ale zrezygnowałeś z niego. Posłużyło ci tylko do dostania się do Stanów. Nie pochwalasz tej edukacji w murach akademickich, ale sam jesteś edukatorem i od lat prowadzisz warsztaty. Czym różni się w takim razie ta sformalizowana nauka od tej na Urbanator Days?

Co innego po kilkunastu latach kariery spotkać się z młodymi ludźmi, uczyć tego co się kiedyś robiło i opowiadać w teorii, a co innego jest kiedy ja z kolegami spotykam się z młodymi muzykami i pokazujemy im praktykę. Teorii zero. Po prostu gramy razem, zachęcamy ludzi, którzy nie znają nut, ale mają pasję, którzy grają nie dlatego, bo sobie pomyśleli, że będą muzykami, tylko dlatego, że muszą grać. Pasja i jeszcze raz pasja. W ciągu dwóch dni warsztatów nie nauczymy przecież harmonii, to nie o to chodzi, ale damy możliwość zagrać ze znanymi muzykami, którzy podróżują po świecie i to już jest coś. Pamiętam kiedy ja pierwszy raz zagrałem na jam session z amerykańskim zespołem, który przyjechał do Polski. Takich skrzydeł dostałem, że chciało mi się ćwiczyć i grać bez przerwy, to był mój napęd. O to chodzi w naszych warsztatach.

 
Reklama

Znowu wspomniałeś o podróżujących muzykach, te podróże przewijają się w naszej rozmowie. Mieszkałeś w różnych miejscach: Polska, Skandynawia, Szwajcaria, ale najdłużej Stany Zjednoczone, słyszałem plotkę, że chcesz się znów przenieść na stałe do Nowego Jorku.

Ja nigdy się nie wyprowadziłem z Nowego Jorku.

Ale zdecydowanie więcej czasu spędzasz w Warszawie.

Oczywiście, z czasem człowiek chodzi wolniej, jeśli mnie rozumiesz…

W takim razie co cię wciąż ciągnie do tego miejsca, mimo że tam trzeba biegać?

 
Reklama

Przede wszystkim jestem przyzwyczajony do nowojorskiego stylu życia, do swobody i wolności, a muzyka jest tam wszędzie za rogiem. I ci ludzie… nawet o tym nie wiedzą, ale jak chodzą, czy mówią to wciąż swingują. Bardzo dużo jest takich osób.

Reklama

Do Nowego Jorku zawsze zjeżdżało wielu muzyków, którzy nie bali się zaryzykować, bo na starcie nie jest tam lekko. Ty też miałeś sporą odwagę, a początki nie były najprostsze, prawda? Pierwsze pieniądze jakie z Ulą Dudziak dostaliście to wcale nie były pieniądze za muzykę, tylko odszkodowanie za zniszczony płaszcz z pralni, tak?

Tak, a następne honoraria to m.in. wykonanie aranżu dla niemieckiego zespołu, który przyjechał do Stanów na występy. Pierwsze pieniądze za koncerty pojawiły się dopiero po trzech miesiącach. Wtedy zadzwonił do mnie legendarny producent John Hammond i sytuacja się rozpędziła.

Później dzięki przyjaźniom z kilkoma muzykami poznałeś całe jazzowe środowisko miasta. Następnie ty stałeś się artystą, który pomagał młodszym muzykom. Mam wrażenie, że jesteś osobą, która przyciąga ludzi. Pamiętam jak spotkałem cię na backstage’u koncertu, który organizowaliśmy wraz z redakcją jazzowego radia. Grała wtedy cała polska czołówka. Garderoby za sceną były na piętrze, a ty przyjechałeś po operacji biodra i musiałeś siedzieć na dole. Pamiętam, że wszyscy zeszli z garderób żeby się z tobą spotkać i pogadać. Bem, Karolak, Stańko, Możdżer… Zdajesz się nie być typem samotnika, zawsze byłeś otwarty na ludzi i zrzeszałeś ich wokół siebie?

Podobno tak, tak mówią, ale ja też tak czuję. Po prostu kocham życie, kocham ludzi, szczególnie tych kreatywnych, a jest ich wielu. Część z nich nie wie jak są dobrzy, nie zdają sobie sprawy, a to trzeba sobie uświadomić. Miles powiedział kiedyś, że know-howto jest 20% sukcesu, reszta to nastawienie. Czasem ludzie mówią, że jakaś wokalistka jest fajna, bo ma głos… A głos to ma każdy i wszyscy umiemy śpiewać. To nie wystarczy.

Głos to podobno najpiękniejszy instrument, ale na koniec naszej rozmowy chciałem zadać ci jeszcze pytanie o twoje instrumentarium. Przez całą profesjonalną karierę jesteś skrzypkiem i saksofonistą. Czy zmieniają się proporcje jeśli chodzi o twój priorytetowy instrument? Mam wrażenie, że w ostatnich latach zdecydowanie częściej sięgasz po saksofon.

To zależy od utworu albo od sytuacji. Takich brzmień jak trąbka czy saksofon tenorowy nie da się zastąpić w jazzie niczym, a granie tej muzyki na skrzypcach jest trudne. Szczególnie jeśli mowa o jazzie, który ma czysto amerykańskie korzenie, bo granie tego europejskiego jazzu mniej mnie bawi, choć tez potrafi być muzyką piękną. Odpowiadając na Twoje pytanie, proporcje wciąż są takie same – saksofon to moja kochanka, skrzypce to moja żona.

Dziękuję za rozmowę.

 

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama

tekst: Roch Siciński

 
Reklama