Marcin Meller: Z bliska. Z bardzo bliska

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Właśnie wydał najbardziej osobistą ze swoich książek. O miłości, polityce, rodzinie, o tym, że trzeba mieć własne zdanie i bronić go przed obcymi i przed swoimi. Niebezpieczna rzecz, taka intymna lektura. Sprawia, że już nie możesz na powrót stać się obcy.

 

Spotykamy się w gościnnych progach H15, żeby porozmawiać z Marcinem Mellerem, autorem swojej pięknej książki Nietoperz i suszone cytryny.

Dzień dobry, skoro jesteśmy w tym miejscu, przypomina mi się pewna mała, surrealistyczna historyjka. Gdy ten hotel się otwierał, szliśmy z żoną na piechotę od znajomych z kolacji i widzimy coś nowego, weszliśmy z ciekawości, pytamy się recepcjonisty ile kosztuje, gdyby jacyś znajomi przyjeżdżali do Warszawy, powiedział i zapytał czy chcemy zobaczyć jakiś pokój. Wchodzimy więc do jednego, zapalamy światło, a tam leży goły facet i śpi, bo recepcjonista się pomylił.

Reklama

Poznałeś go?

Nie, uciekliśmy bardzo szybko. Od tamtego momentu, zawsze jak tu przechodzę to się uśmiecham.

Spędziłem dwa dni z tą książką, zbiorem felietonów, ale nie tylko, bo są tam też historie bardzo osobiste, dotyczące Twojego życia rodzinnego, małżeńskiego, ojcowskiego, obcowania z przyrodą, z Chorwacją. Czuję jakbym bardzo dobrze Cię znał. Jak to się stało, że napisałeś tak intymną opowieść?

To się zaczęło dużo wcześniej niż te teksty. Dokładnie siedem lat temu, kiedy urodziło mi się pierwsze dziecko. Newsweek robił wtedy temat o ojcostwie, więc napisałem felieton „Kąpiąc Gucia, bardzo osobisty, który nie był o synu w zasadzie, ale bardziej o moim tacie, o spodziewaniu się ojcostwa, podejściu do niego. Wywołał mnóstwo super reakcji, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Kobiety się wzruszały, pisały mi, że dały swoim mężom, braciom, synom, ojcom, wujom, kumplom, ale napisało do mnie bardzo dużo facetów, że w tym tekście dość emocjonalnym, uczuciowym piszę to, co oni czują do swoich ojców czy dzieci, a nie potrafią tego wyrazić. A że w Polsce to w ogóle facet powinien, jak w piosence Kuby Sienkiewicza, nie być taki delikatny, twardy być jak Roman Bratny i okazywanie uczuć też jest nie takie.

To spowodowało, że oprócz felietonów politycznych czy sportowych, lifestylowych zacząłem pisać po osobistej nucie. I jest zwrotka, że bardzo wielu czytelników to te właśnie uważa za moje najważniejsze teksty. Może żyjemy w zupełnie różnych galaktykach, bo mieszkam w Warszawie, pracuję w mediach, a ktoś pracuje w sklepie, w małej miejscowości, na wsi albo w innym mieście. Są jednak pewne rzeczy wspólne. Ci ludzie odbierają to tak, że to dotyczy ich życia. Jak dostajesz ileś maili od różnych osób, że byli w szpitalu i im to pomogło, że problem polegał na tym, żeby nie rżeć za bardzo na łóżku, bo leżała kobieta po operacji i jej nie wypadało, to czujesz, że robisz coś sensownego. Oczywiście, trzeba pamiętać, że nawet jeśli felieton jest bardzo osobisty to jest to jakaś kreacja, są pewne rzeczy, które ja trzymam dla siebie.

Edgar Keret napisał, że pisarze mają tak samo banalne i nudne życie jak wszyscy, ale potrafią o tym opowiedzieć w taki sposób, że wszyscy uważają ich życie za zajebiste.

Fakt, potrafię napisać o niczym, o banale codzienności i ludziom się to podoba, ale ja się nie uważam za pisarza i to nie jest kokieteria. Ja piszę teksty, publikuję je, ale pisarz to dla mnie Andrzej Stasiuk, Szczepan Twardoch, Zygmunt Miłoszewski.

To zależy od nakładu?

Nie, pisarz to dla mnie ktoś, kto pisze powieści, poezje, ja piszę felietony. Piszę historie reporterskie, pisałem para-reporterskie, ale pisarz to dla mnie brzmi dumnie. Może kiedyś spróbuję coś napisać, mam pewien pomysł w głowie, który zacząłem rok temu.

Książkami żyjesz jednak na co dzień.

Tak, to moja miłość, moje życie. Teraz to się jeszcze zbiegło, bo pracuję też w wydawnictwie, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym.

Znasz jednak cenę jaką trzeba zapłacić za to, że piszesz osobiste teksty.

Jaką?

Piszesz o tym, jakie są reakcje czytelników.

Akurat ceny za pisanie tych osobistych nie płacę dużej, raczej za pisanie o polityce, za poglądy i czasami niewyparzony język są wyższe stawki. Prowadzę program na żywo w telewizji, w związku z tym czasami coś mi się wymsknie i…

…i przechodzi do historii.

Mój syn mówi na to „kura przez W”. Moi kumple żartowali, że nieważne co zrobiłem w życiu, ale przejdę do historii jako ten, który pierwszy rzucił kurę przez W na antenie.

Ale jest też taka anegdota o panu, który się nazywał kur, tak? Z czasów komuny jeszcze.

Tak, Tadeusz Kur, propagandysta marcowy z ’68. Wtedy  Dariusz Fikus w Tygodniku Polityka zatytułował tekst „Kur wie lepiej”. Cenzura albo zaspała, albo była zbyt mało inteligentna.

Albo była duchem po tamtej stronie.

Nie sądzę, raczej przeoczenie. Wracając jednak do poprzedniej myśli – też uprawiam jakiś rodzaj kreacji, filtruję. Nawet jak prowadził ze mną spotkanie inaugurujące Zygmunt Miłoszewski to robił sobie ze mnie jaja, że dzieci Marcina takie słodziutkie, żadnych problemów, pożycie małżeńskie takie super.

A żona taka piękna, a widzisz ją i myślisz, że to jest obca kobieta.

Nawet jak piszę o jakichś gorszych rzeczach, staram się pisać je w konwencji żartobliwej, lekkiej. Poza tym, jest coś takiego, to wiąże się pewnie z mijającymi latami, al mam coraz większą niechęć do czytania i oglądania dołujących rzeczy. Dokumenty to coś innego, to poznawanie rzeczywistości, ale mam tak jeśli chodzi o prozę, opowieści, filmy fabularne.

Kryminałów nie czytasz.

Czytam. Na potęgę. Ale jak zaczynam powieść czy film gdzie twórcy starają się zawrzeć wszystkie nieszczęścia świata, to mówię: Nie, dzięki. Za dużo i tak tego płynie z mediów, z polityki. Nie tak dawno, takie rzeczy się zdarzają, ale słyszałem o tym karambolu pod Szczecinem. Nie wchodząc w szczegóły, strasznie to mną szarpnęło, zwłaszcza że dosłownie chwilę wcześniej kurier w furgonetce wjechał mi w plecy. Strach, dzieci w samochodzie i tak dalej, ale zmierzam do tego, że ja sam coraz bardziej potrzebuję pozytywnych bodźców, filmów, książek, z których  bije ciepło, bohaterowie dają się lubić, są po jasnej stronie mocy, nawet jeśli się potykają i upadają.

Masz dzieci, więc pewnie oglądacie razem disneyowski świat.

Szukam dla nich pozytywnego i mądrego przesłania. Dlatego „Harry Potter” rządzi. Najpierw czytany, potem oglądany. Ale ja też pisząc kreuję swój świat, który tworzę, który mam w głowie. Chcę, aby te moje teksty i pisanie były polepszaczem nastroju dla tych, którzy mają podobne poczucie humoru albo wrażliwość, świata nimi nie zmienię, ale komuś mogę podać trochę dobra.

Czy sądzisz, że Twoi czytelnicy potrzebują pocieszenia po ostatnich wyborach?

Ja też potrzebuję pocieszenia. Książka ukazała się po wyborach, a ja jeżdżę po miastach i widzę, że ludzie przychodzą i chcieliby, żebym ja im jeszcze dał pocieszenie, które nie za bardzo mogę znaleźć. Ale się staram.

Ale kiedy projektujesz swego czytelnika, to piszesz tylko do wyborców tej obywatelskiej części?

Nie, mam paru znajomych zwolenników władzy.

Wspólnych mamy tych znajomych.

Tak, ten wspólny to nie wiem czy mnie czyta czy nie. Wiem, że ogląda Drugie śniadanie mistrzów, ale mam też paru innych, którzy czytają, bo czasem mi wysyłają smsy pozytywne bądź krytyczne, natomiast mam świadomość, że większość moich felietonów ukazuje się w Newsweek’u, a on jest dosyć jasno określony.

Bywa pismem na barykadzie.

I zdecydowanie opozycyjnym, w związku z czym, ja też mam świadomość jakie poglądy ma większość czytelników. Poza tym, nawet jak czasami wpadam, czy wpadałem, w symetryzowanie, to też wiem, że poza radykałami, dla których jestem konserwą, kryptopisowcem, to zdecydowana większość ludzi po której stronie stoję.

Miałeś tatę w PiS-owskim rządzie, tego się nie da ukryć. Tatę symetrystę.

Państwowca, to coś zupełnie innego. Jakby to patetycznie nie brzmiało wszedł do tego rządu z głęboko patriotycznych pobudek, by godnie reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej. Patrząc  na szaleństwa, które teraz władza wyrabia za granicą, to jakaś opowieść o zaginionych lądach. A przy książce widzę, że jest sporo ludzi, którzy nie czytają Newsweek’a, nie kupują, ale raz na rok czy trzy lata, kiedy ja wydam książkę, to sobie kupują.

Bo ich pociąga ta osobista opowieść.

Też, a poza tym miałem dobry punkt startowy jeśli chodzi o rynek książki, dlatego że pierwsza książka, którą współnapisałem, z szanowną małżonką Anną Dziewit-Meller, czyli Gaumardżos. Opowieści z Gruzjito był nieprzewidziany bestseller. Oczywiście, skoro to był tej skali bestseller, wielu ludzi ją krytykowało, ale na dzień dobry zyskałem kredyt zaufania tych wszystkich, którym się ta książka podobała, w związku z czym nie musieli sięgać do Newsweek’a.

Żeby wiedzieć jak piszesz.

Tak.

W sumie po tej książce mógłbyś zostać ambasadorem Gruzji.

Miałem nawet taki moment, jeszcze za rządów Platformy, kiedy miałem mega kryzys związany z pracą, dość mediów – coś, co każdy dziennikarz przerabia –  myślałem o otworzeniu knajpy i właśnie wtedy, w jakimś 2013 czy 2014 nawet, zadzwoniłem do pewnego znajomego w MSZ z pytaniem czy istnieje teoretycznie możliwość, żebym mógł zostać ambasadorem w Gruzji. Znajomy bardzo uprzejmie powiedział, że nie ma takiej możliwości.

Ławka wtedy była długa.

To było na chwilę tylko taki przypływ szalonych myśli.

Można być tam szczęśliwym.

Można, ale nie trzeba być ambasadorem. Moi znajomi gruzińscy ostatnio mówili, że to jednak nie jest ok, że nie dostaliśmy honorowego obywatelstwa Gruzji za tę książkę i jej skutki.

Ale jest jeszcze szansa, nie?

Jest, natomiast śmieję się często, że Gruzini są tak absolutnie przekonani o tym, że ich kraj jest najlepszy na świecie…

To nie podlega dyskusji.

Więc za co nas honorować? Napisali książkę, że jest super, każdy wie, że jest super.

Wychodzą z założenia, że prawda obroni się sama. Przeczytałem, że masz też oprócz Gruzji drugi taki swój osobisty kraj. 

Mazury? Od zawsze to mam, wszyscy znajomi ze mnie żartują. Mazury stały się trochę przypadkiem, osiągając pewien wiek oczywiście zacząłem rozmyślać o domu na wsi, wyciszeniu się. Szukałem czegoś bliżej Warszawy i tak się zadziało, z powodów rodzinnych, że dom, który odwiedzaliśmy jako goście na pograniczu Warmii i Mazur, nagle można było kupić. Nie wiedziałem co na to żona, która jako Ślązaczka jest oszczędna, a mamy wspólnotę majątkową.

Ale gdyby kupił go kto inny to byście stracili to miejsce.

To raz, a Ania powiedziała, że ona mogłaby nigdzie nie jeździć za granicę, w żadne inne miejsce, dla niej ten dom i to miejsce wyczerpuje znamiona raju i kupiliśmy.

I od tego czasu widzisz ją w tych gumofilcach i kufajce.

Ja nie będę romantyzować, oczywiście piszę często o Mazurach, jeżeli miałbym jeszcze napisać coś z kategorii literatura faktu, to myślę, że Warmia i Mazury.

Masz tam dobry research.

Tak, ale mam też dzięki temu, że w Mrągowie jest świetna Księgarnia Współczesna (a obok w „Igloo” najlepsze lody na świecie), która ma zawsze bardzo mocno reprezentowany dział literatury na tematy lokalne. I zaczynam sobie myśleć, Nietoperz już jest na świecie i co dalej? Na pewno w wakacje będę więcej tam siedział, poczytam te książki, które kupiłem, a których jeszcze nie tknąłem. Po drugie, fajne jest to, trochę jak z Gruzją, że mam takie równoległe życie, kompletnie innych ludzi, mieszankę lokalsów, którzy są tam przynajmniej od wojny, przyjezdnych, którzy się osiedlili 10-20 lat temu i przyjechali z miast. Poznałem też ludzi z Warszawy, z którymi mam super kontakt, ale nigdy się nie widzimy w Warszawie. Z jedną rodziną się może spotkałem raz, a z drugą nigdy.

To kwestia takiego rytuału, tak?

Jest to drugie życie i oczywiście inspiracja.

Reklama

Napiszesz Nad rozlewiskiem?

Nie, ale nawet wczoraj rozmawialiśmy z Anią, że jeśli mielibyśmy znów napisać razem książkę, to powinna być o Mazurach i Warmii. Ania poza tym ma pomysł na powieść dla dzieci, osadzoną w naszych okolicach. Nie wiem czy widziałeś film Filipa Bajona Kamerdyner?

Widziałem film, ale też jestem włóczęgą.

Z Kamerdyneremchodzi o to, że akcja się dzieje na Kaszubach, ale na Kaszubach nie mieli już teraz takich plenerów, zbyt wiele tam nadźganej nowoczesności, więc kręcili  koło nas. Czyste piękno. No i można rozpoznać statystów.

Czyli nie jesteś tam najsławniejszą postacią?

Tam? Nie, miejscowi już nie zwracają na mnie w ogóle uwagi. Jedynie latem, jak są turyści, ktoś poprosi o selfika w Reszlu czy Mrągowie. A tak to święty spokój.

Skoro grali w tak sławnym filmie…

Kilkanaście kilometrów ode mnie dom ma Robert Lewandowski, to jest konkret.

Ale rzadko bywa, bo jest mocno zapracowany, jeszcze nie odkrył tego daru jakim jest wolny czas.

Wiem, że sąsiedzi bardzo go szanują, dają mu żyć.

Może będzie dzięki temu kiedyś uczył ich dzieci jak nieść sławę naszego sportu. Rozmawiamy obecnie w miejscu, które jest dla ciebie symboliczne, chodziłeś tędy do pracy.

Za rogiem była redakcja Playboya, teraz już jej tam nie ma.

Broniłeś tej męskiej twierdzy, ale teraz mury padły i to dziewczyna została dziewczyną Playboya.

Jak byłem naczelnym, w strefie kultury macho, czyli w Ameryce Łacińskiej, naczelną brazylijskiego Playboya była kobieta, drugiego największego, po amerykańskim. W Wenezueli na pewno była też kobieta, w Słowenii, także to nie nowość.

Dała już wywiad do Wirtualnych Mediów i poradziła sobie bardzo dobrze.

Wyjdzie w praniu, natomiast pytanie tylko czy ten skręt w stronę kobiecego punktu widzenia nie jest zbyt silny, w końcu kobiety mają dla siebie mnóstwo tytułów, a Playboy jest unikalny. Zobaczymy.

Media mówią jednak cały czas o tym, że kobiety mniej zarabiają, kobiety mają szklany sufit bardzo nisko zawieszony, tymczasem wygląda na to, że kobiety zdobywają coraz więcej przestrzeni.

Kilka rzeczy się łączy. Po pierwsze, ostatnie wybory i bardzo ciekawy wątek tego, że młode kobiety do trzydziestki, zmierzają coraz bardziej na liberalno-lewo, a młodzi mężczyźni na prawo. Interesowałem się tym i to czasami wręcz szokujące zmiany. Kobiety coraz lepiej wykształcone, mają przeróżne wzorce osobowe, kulturowe, chcą się rozwijać, kształcić i z tym się wiąże liberalizacja obyczajów. Na przykład w miastach jest coraz większa różnica pomiędzy ilością kobiet do trzydziestki i facetów, dlatego że dziewczyny ze wsi, z małych miasteczek wyjeżdżają po naukę, po pracę, a chłopy, faceci zostają na roli.

Rolnik szuka żony, ale to jest efekt tego, że jesteśmy w Unii i dzisiaj nie jest źle być rolnikiem.

Inny problem to z kolei to, że w miastach jest dziesięć czy piętnaście, a może nawet dwadzieścia procent kobiet w wieku do trzydziestki, które nie znajdą faceta, bo nie ma tych facetów.

Nie znajdzie faceta, bo faceci głosują na konfederację.

Jest też ten element, że kobiety, które są coraz bardziej wykształcone, pozyskują coraz większe kompetencje i nie chcą być z facetami, którzy sami nie chcą w siebie inwestować i się rozwijać. Polskie kobiety cały czas się kształcą i rozwijają, polscy faceci bardzo szybko składają się do umysłowego grobu. T oczywiście generalizacja, ale ponad 70 % czytających książki w Polsce to kobiety.  I ma to swoje skutki.

To bardzo ciekawe, bo krąży w internecie takie zdjęcie, zestawianie kadru z filmu Quentina Wściekłe psy i negocjacji koalicyjnych po wyborach. W obu nie ma żadnych kobiet, ani na jednym, ani na drugim zdjęciu. A w PiS-ie jednak kobiety były reprezentowane w rządzie i chyba dalej są.

Zmiana idzie.

Powinno być odwrotnie, PiS jako konserwatywny powinien być bardziej męski.

Tak, ale ja pamiętam jak Justin Trudeau formował swój pierwszy rząd, w którym połowę stanowiły kobiety. Pytany dlaczego, odpowiedział, że mamy rok 2015. Ta zmiana idzie, jeżeli np. mówimy o zarobkach. Czytałem bardzo ciekawy wywiad z Sonią Bohosiewicz, gdzie mowa była o zarobkach m.in. gdy ona chciała dostać taką stawkę, jak mniej popularni koledzy.

I nie dostała.

Nie. Jaki był pierwszy wielki uliczny protest przeciw „dobrej zmianie”? Czarny protest, parasolki. Jest coś takiego, że zmiana która nas czeka to zrobią ją kobiety. Kibole śpiewali: Donald matole, twój rząd obalą kibole i  w sumie obalili…

Ten sposób uprawiania demokracji.

A teraz ten model nacjonalistyczno-kościelny, patriarchalny obalą kobiety. To kwestia czasu.

Twoja książka jest jednak również polityczna, więc odrobinę o polityce byśmy porozmawiali. Interesuje mnie wątek, o którym napisałeś zanim pan Donald Tusk przed wyborami wykorzystał ten sam pomysł i powiedział, że wybory kiedyś miną i trzeba będzie żyć w tej samej Polsce i nie będziemy budować, tego nie dodał, ale to jest w książce, rezerwatu. Tak jak napisałeś, nie ogrodzi się Małopolski i nie będą tam mieszkali zwolennicy PiSu, a w reszcie kraju będą mieszkali obywatele. Jak to jest, żeby żyć w jednym kraju?

To jest chyba najważniejsza rzecz, odcedzając tę bieżącą politykę i kłótnie, które nie będą pamiętane za trzy dni, bo ja też widzę i mogę zrozumieć po tej mojej stronie barykady rosnącą chęć zemsty, odegrania się. Ale to ślepa uliczka. Piszę oczywistą oczywistość, że PiS w końcu straci władzę, bo każda władza się kończy, natomiast jest 6-8 milionów aktywnych wyborców, grube miliony ludzi, dla których to jest ich ugrupowanie i partia. Do tego jeszcze dodać Kukiza i Konfederację to jest jeszcze więcej. Rozumiem ból zwolenników opozycji czy po prostu ludzi, którym się nie podoba sposób w jaki jest rządzony kraj, a którzy teraz dostają zdrowo po tyłku.

PiS-owcy też dostawali po tyłku przez osiem lat, bo nie wygrywali przez wyborów.

Mam na myśli nie tylko przegrywane wybory. Ta władza demontuje demokrację liberalną w Polsce i jest to poważny problem, natomiast wydaje mi się, że żeby była jakaś rozmowa, dialog to ruch musiałby wykonać silniejszy, a silniejszy dzisiaj jest PiS. Ja, pisząc te oczywiste oczywistości dla mnie, a kontrowersyjne tezy dla niektórych, że będziemy żyć w tym samym kraju i musimy się jakoś dogadać, jednocześnie mam świadomość pewnej bezcelowości tego pisania, bo po stronie władzy widzę zaciśniętą pięść z kastetem, a nie próbę rozmowy.

Ale jak prześledzimy historię naszego ludu, to odkąd mamy demokrację, odkąd wybieramy króla, mamy wolną elekcję to ciągle żyjemy w tym samym konflikcie. Konflikt pomiędzy konfederatami barskimi a resztą był dokładnie z tych samych powodów.

Rozmawiałem ostatnio z moim kolegą, historykiem, z którym często sobie rozmawiamy o polityce i powiedział mi, że jakby spojrzeć w perspektywie nie wyborów i nie wyników, to jego przynajmniej kilkaset lat tak już jest. Podział jest zawsze, mniej więcej, podobny.

Pomiędzy tymi, którzy ciągną w kierunku racjonalnej oświeceniowej, po rewolucji francuskiej, liberalnej Europy i tej konserwatywnej, która uważa, że trzeba szanować zdobycze przodków i czcić groby ojca.

Mniej więcej, ale nałóżmy na to jeszcze podział na zwolenników Wschodu i Zachodu.

Tak, ale w czasach króla Stasia było to samo, jedni na drugich. Czy jesteśmy w stanie zaakceptować, że tacy jesteśmy? My jednoczymy się tylko w sytuacjach dramatycznych. Broniewski, napisał, że krwi nie poskąpi nikt, to było w ’39 roku.

Ja napisałem kiedyś – wychodzi na to, że my musimy dostać po dupie i wtedy się jednoczymy. Czytałem teraz wywiad z Marcinem Zarembą, który mówi, że dopiero teraz zaczął rozumieć fenomen, sam w sobie, Solidarności z lat 80-81, tego wielkiego ruchu, tego pojednania, ducha jedności i otwartości. To tak naprawdę był wynik tego, że Polska była rosyjską kolonią, więc był wróg przeciwko któremu mona się zjednoczyć.

Tak, wszyscy mieliśmy wspólny interes, pod tytułem wolność.

Oczywiście, nie życzę tego Polsce, ale pojednanie czy jakakolwiek prawdziwa rozmowa to nastąpiłaby ponownie dopiero w takiej sytuacji.

Ale przy Okrągłym Stole siedzieli wszyscy po jednej stronie, a jak tylko wróg leżał na łopatkach, to zaczęła się wojna na górze. Nie da się tego uniknąć, tacy jesteśmy.

Niestety tak. Nie liczę na żadne cuda, pisząc taką rzecz, że elektorat PiS-u nie zniknie. Mam minimalistyczne pragnienie, żeby nie stało się coś gorszego, co się stać może.

Grzesiek Kalinowski jest historykiem, przytoczył mi kilka przykładów dyskusji politycznej z czasów drugiej RP i mówi, że naprawdę jesteśmy potulni jak baranki.

Czytałem też brata Isaaca Bashevisa Singera, Bernarda piszącego pod pseudonimem Regnis i jego felietony o życiu politycznym II RP i faktycznie w porównaniu to dzisiaj to faktycznie pieszczoty. Z drugiej strony rozmawiałem ostatnio z moim kolegą od czasów pierwszego agenta, Bartoszem Arłukowiczem, który osiągnął piękny wynik w przegranych przez opozycję wyborach, dzięki temu, że dawał z buta w miasteczka, rynki, ulice, targi i mówi, że takiego poziomu agresji publicznej, jaką w tym roku zaobserwował, to jeszcze nie widział.

Ale to wynika też z faktu, że polityka była zajęciem elitarnym, tak? Obecnie ludzie traktują głosowanie jak lajkowanie. Internet zmienił ten mental.

Co do ogromu zła, które wyrządza internet, zwłaszcza media społecznościowe, jeśli chodzi o wzajemne relacje, to temat na osobną rozmowę. Nawet nie mówię o ludziach anonimowych, ale czasami widzę ludzi, których znam i kojarzę, którzy w realu są całkiem normalni i kiedy siadają do klawiatury…

Mówisz o casus ministra Zbroi.

To było bardzo śmieszne, ale chodzi mi o to, że ludziom odpala, poziom agresji się w nich budzi.

Reklama

Bo mają poczucie anonimowości i bezkarności.

Ale piszą to pod nazwiskami.

Ale bezpośrednio im nic nie grozi, bo w oczy by Ci tego nie powiedzieli.

Przywołuję przykład Arłukowicza, to była któraś jego kampania, od kilkunastu lat jest w polityce, ale to, co wysłuchiwał na ulicach… Od Żydów, pedałów…

Mieszkam na Starym Mieście, więc po jednej stronie była miesięcznica, po drugiej Obywatele RP, a ja szedłem po środku.

Jak śpiewał KULT, idę prosto.

A symetryści nie mają łatwo.

Pamiętam jak napisałem kiedyś felieton w duchu symetrystycznym to kolega mi przysłał wiadomość: żeby od tego siedzenia na barykadzie jajka ci się nie poobcierały.

Czego państwu życzymy. Dziękujemy.

Dziękuję.

 

fot.: czarno-białe: Fot. Radek Polak

na żółto-zielonym tle: Fot. Marcin Klaban 

Pozostałe: z archiwum prywatnego Marcina Mellera

Przeczytaj również

Ojciec i córka

Monika, niespełna trzydziestolatka. Pewna siebie, mocna w uścisku dłoni, atrakcyjna

Reklama