Biegając w krainie dźwięków – perfekcyjna joggingowa playlista

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z tego, że nie ma nic przyjemniejszego niż porządny, godzinny bieg na początek lub koniec dnia. Regularne pokonywanie kilometrów nie tylko poprawia kondycję fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną. Częste truchtanie oczyszcza umysł ze wszystkich stresujących myśli oraz głupich pomysłów. Czasem śmigam na przykład z ukochanym czworonogiem, ale najczęściej wyruszam w trasę samotnie niczym Clint Eastwood z filmów Sergio Leone. Wtedy jedynymi, ale znaczącym towarzyszami systematycznej przebieżki są otulające uszy słuchawki. Oczywiście, znam bardziej doświadczonych weteranów maratonów, którzy pomykają w kompletnej ciszy, oddając się medytacji nad urokami natury, jednak ja traktuję muzykę jak paliwo dodające mi napędu turbo. Średnio raz w miesiącu układam na nowo perfekcyjną playlistę, za każdym razem próbując wykorzystać utwory dające największy zastrzyk energii. W tych kompilacjach rządzi przede wszystkim rotacja, jednak mam sześć numerów, które zawsze muszę wcisnąć do prywatnego biegowego soundtracku.

1.Nine Inch Nails – Head Like a Hole

Reklama


Mam straszny sentyment do pierwszego albumu NIN. W 1989 roku Trent Reznor celebrował estetykę lat osiemdziesiątych i tworzył piosenki brzmiące jak dokonania Depeche Mode przefiltrowane przez filozofię amerykańskiego maczo-rocka. Ten utwór jest więc kwintesencją wspomnianego okresu – dudniąca perkusja wybija barbarzyński rytm, archaiczne syntezatory konstruują pseudo-futurystyczny klimat, a cudownie niesubtelne gitarowe riffy tryskają testosteronem niczym Stallone w trzeciej części “Rambo”. Działa lepiej niż pięć kaw.

2.Kanye West – Black Skinhead


Jeden z singli promujących album “Yeezus” najpierw zadebiutował w popularnym programie rozrywkowym “Saturday Night Live”. Po występie publiczność zachowywała się, jakby właśnie otrzymała uderzenie młotem w głowę. Nie ma się co im dziwić, bo napędzana równomiernie pasją i złością petarda od pana Westa ma siłę rażenia spektakularnej pieśni wojennej. Jeżeli miałbym wybrać jeden kawałek, który przekona każdego, że jest w stanie pokonać jakąkolwiek przeszkodę, to wybrałbym właśnie “Black Skinhead”.

3.LCD Soundsystem – Tribulations

James Murphy, twórca tego legendarnego dance-punkowego projektu, ma na koncie dziesiątki innych wybitnych utworów, a nawet cały album mający pełnić funkcję ścieżki dźwiękowej dla biegaczy (nazywa się “45:33” i jest bardzo przyjemną instrumentalną disco-suitą), ale do mojego joggingu najbardziej pasuje właśnie powyższa kompozycja. Trochę list miłosny do New Order, a trochę zgryźliwa fraszka podstarzałego hipstera, daje porządnego kopa i sprawia, że zdobywanie następnych metrów sprawia tyle przyjemności co dobre, undergroundowe party w centrum Nowego Jorku.

4.The Strokes – Take It Or Leave It

Gdy prawie dwie dekady temu wyobraźnię odbiorców rozpalała nowa fala garażowego rocka, spośród wszystkich zespołów z przedimkiem “the” oraz liczbą mnogą w nazwie, to właśnie Strokesi pisali najbardziej chwytliwe piosenki. Miejsce czwarte w moim zestawieniu dopinguje pędzącym na złamanie karku tempem, a jednocześnie dodaje pewności siebie dzięki zawadiackim wokalom Juliana Casablancasa. Jeśli podczas biegania chcecie robić dobre wyniki, przy okazji czując się bardziej “cool” niż James Dean, to bezczelna maniera frontmana na pewno Wam w tym pomoże.

5.Azealia Banks – Anna Wintour

Azealia to prawdziwy człowiek renesansu. Śpiewa, rapuje, tańczy, a nawet wyjątkowo sprawnie wyzłośliwia się na Twitterze. “Anna Wintour” to drugi, obok słynnego “212” największy hit artystki i w sumie wystarczy posłuchać go tylko raz, by zrozumieć skąd ta popularność. Błyskotliwie lawirujący pomiędzy pulsującym house’em oraz energetycznym, tupeciarskim hip-hopem przebój, w odpowiednich warunkach potrafi wywołać eksplozję. A jak się sprawdza w roli joggingowego kawałka? No więc jak pani Banks wbija na słuchawki, to musicie uważać, żeby Wam z wrażenia nie spadły buty.

6.Franz Ferdinand – Michael

Maniakalny post-punk zapraszający do niezliczonych pląsów i piruetów. Co takiego? Ten opis nie kojarzy się Wam z perfekcyjną playlistą biegacza? Dobrze. Spróbujmy inaczej. Wyobraźcie sobie, że przez ponad trzy minuty jesteście ścigani przez czwórkę niestabilnych emocjonalnie fanów Davida Bowiego i Gang of Four. Z każdą sekundą coraz mocniej czujecie ich oddech na swoich plecach, a grunt pod nogami zmienia się we wrzącą lawę. Jeśli nie przyspieszycie, Wasze dni będą policzone. Przetrwacie jedynie wtedy, gdy wykażecie się nadludzką wolą walki. Tak, tak. Myślę, że to bardziej przekonująca wizja.

Autor

Łukasz Krajnik – anglista, tłumacz i autor artykułów dotyczących szeroko pojętej popkultury. Codziennie poświęca mnóstwo czasu na przyswajanie dziesiątek płyt, filmów i książek. Zwolennik braku podziałów na sztukę wysoką i niską. Wielbiciel barwnej estetyki lat osiemdziesiątych.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama