Schowani w na później

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Trudno było tam wrócić. Trudniej jednak było zostać.

Gdy niespokojnie przyglądać by się jedynie stanowi rzeczy, rzecz umknęłaby sama sobie, czmychając gdzieś w krzaki zobojętnia i zostałby jedynie żal za nieswoje grzechy oraz rozpacz za nieswoją pogardą.

Jeszcze trudniej byłoby w ogóle tam nie być.

Gdyby tylko pozwalano nam na codziennie używanie toalet to jakoś byśmy to przetrwali. Wiedzeni instynktem, złączylibyśmy się w grupy czystości, które łączą ludzi, bo higiena tylko ratuje nas przed niebezpieczeństwem szowinizmu. Bakterie „innych” oznaczają rychłą śmierć. My byliśmy jednak na jej granicy i tylko to nas powstrzymywało przed rzuceniem się w otchłań.

A otchłań podobno również w nas się wpatrywała. W opozycji do znanego cytatu, jednak to ona pierwsza odwróciła wzrok, gdy spoglądając na nasze wątłe ciała i poszarpane ubranie, niechętnie przyznawała się do błędu własnego istnienia. Co więcej, nasze łachmany świadczyły dla niej nie tylko o własnej porażce, ale także o porażce całego systemu, który, wydawałoby się, jest niezłomny i zasadniczo bezbłędny. Wystarczyło tylko wyjść poza niego i spojrzeć, że zasady nie muszą istnieć, by coś mogło.

Każdy dzień był trudem. Chociaż wielokrotnie błagaliśmy o wodę, równie wiele razy przepadaliśmy bez echa, jak konie wiedzione instynktem samobójczym, rzucane w przepaść własnej genetyki. Choć wiele słyszeliśmy o odległych światach, w których podobno tak nie jest, słyszeliśmy równie wiele o tych bliskich, w których bat i pięść były jedynymi formami obrazowania świata, jakie dane nam było poznać.

Każdego dnia budziliśmy się też. Konstatacja, która, jakby się mogło wydawać, jest dość oczywista, dla nas była każdorazowym zawodem, każdorazowym efemerycznym marzeniem, że otwarte oczy nie napotkają współbraci niedoli, a nowy, wspaniały świat bez tego wszystkiego, co zakłamywało nam prawdę o tym, kim tak naprawdę jesteśmy.

I, co najgorsze, nigdy nie byliśmy sami. Ta doskwierająca samotność, z którą byliśmy nieszczęśliwie za pan brat w świecie, w którym nie dane nam było zaznać okrucieństwa, była czymś, czego pragnęliśmy bardziej niż świeżej wody, czy porządnego posiłku.

Najgorzej jest więc, gdy nigdy się nie zapuszczamy w ten obszar. Gdybyśmy bowiem tam nie byli, nigdy nie wiedzielibyśmy jak tam jest.

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Ojciec i córka

Monika, niespełna trzydziestolatka. Pewna siebie, mocna w uścisku dłoni, atrakcyjna

Reklama