Gotowi na wojnę? – recenzja trylogii Wojtka Miłoszewskiego

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Gdy za naszą wschodnią granicą powoli opada powojenny dym, a Donald Trump wymierza kolejne sankcje i bierze do ręki telefon, by wysłać w świat nowego tweeta, zastanawiamy się, jaką siłę może mieć jedno słowo, czy nieodpowiedni gest. Żyjemy w czasach, w których coraz częściej musimy się zastanawiać, czy szybciej nasz żywot zakończy katastrofa klimatyczna, czy może konflikt geopolityczny. Dziś pochylimy się nad tym drugim wątkiem. Wojtek Miłoszewski w swojej trylogii zabiera czytelników do alternatywnej rzeczywistości, gdzie słów i gestów było za dużo, a Polska ogarnięta jest wojną. Ostatnia część jego trylogii ukazała się 15 maja, zatem czas rozważyć, czy warto poświęcić na lekturę kilkanaście godzin naszego bezcennego życia, które moglibyśmy przeznaczyć na oglądanie kolejnego średniego serialu na Netflixie albo kotów w internecie.

W trylogii sensacyjnej Wojtka Miłoszewskiego składającej się kolejno z „Inwazji”, „Farby” oraz „Kontry”, przenosimy się na początku do współczesnej Polski, gdzie życie toczy się dość spokojnie i sympatycznie, pomimo tego, że tuż za naszą wschodnią granicą Władimir Putin właśnie podbił Ukrainę i na dawnej granicy polsko-ukraińskiej stoją czołgi. Żaden z polskich czy światowych polityków specjalnie się tą kwestią przejmuje, pomimo tego, że nie trzeba być autorem teorii względności, by wywnioskować, że aspiracje rosyjskiego Prezydenta sięgają znacznie dalej. Spełnia się największy z koszmarów i w Polsce wybucha wojna, rozpoczyna się mobilizacja wojska. Spotykamy całe spectrum bohaterów, poczynając od polityków, poprzez żołnierzy, nieuczciwych, próbujących dorobić się na biedniejszych, biznesmenów, a także tych, którzy są nam najbliżsi; zwykłych, „szarych” ludzi, którzy dokonują absolutnej rewolucji w swoich priorytetach, asapach i celach – najważniejsze staje się przeżycie chociażby do końca dnia. Gratis dostajemy od Autora sporo czarnego humoru, pościgi, strzelaniny, a także romanse.

Reklama
Advertisement

Wojtek Miłoszewski prezentuje brutalne oblicze wojny, które najpewniej dotyka czytelnika właśnie ze względu na to, że nie jest to opis przeszłości, którą z podręczników dość dobrze znamy, ale nie do końca ją rozumiemy, lecz rzeczywistości, którą po prostu znamy lepiej. Wraz z bohaterami mijamy zniszczony katowicki Spodek, Pałac Kultury i Nauki, Rondo ONZ, kilka warszawskich mostów i mnóstwo innych lokalizacji, które znamy nie tylko z wiadomości, ale niejednokrotnie także z obrazów towarzyszących nam na co dzień w drodze do szkoły czy pracy. Tym samym, czytając książki Miłoszewskiego stosunkowo łatwo jest nam wyobrazić sobie poszczególne obrazy, a także ich destrukcje.

Podczas czytania trylogii często zastanawiamy się, jak zareagowalibyśmy my, zwykli ludzie na wybuch wojny. Dziś, gdy instagram i facebook mają czterogodzinną awarię, wiele osób wpada w panikę i nie wie, co ze sobą zrobić w momencie, gdy nie mogą dodać zdjęcia stylówy. W jaką panikę wpadlibyśmy w sytuacji, kiedy w kilka minut stracilibyśmy nie tylko internet i możliwość weryfikacji informacji, ale także telefony i…niepodległość. W większości nie mamy w mieszkaniach gołębi pocztowych, możemy więc tylko liczyć na to, że jeszcze gdzieś się kiedyś spotkamy, o ile oczywiście będziemy mieć szczęście i obie strony będą żyć. To, co z pewnością daje do myślenia, to wątki dotyczące drastycznie szybkich przemian bohaterów, którzy nie zdawali sobie sprawy, jak dużo wojna zmieni nie tylko we wspomnianym wcześniej krajobrazie, ale także w mentalności. Kręgosłupy moralne nagle stają się giętkie, a władzę przejmują bardzo pierwotne instynkty i sami zadajemy sobie pytanie, co zrobiliśmy na miejscu bohaterów, którzy muszą dokonywać swoich wyborów bezwzględnie i błyskawicznie.

Jednym z głównych zarzutów, jakie kierowane są pod adresem Autora jest to, że w książce pełnej bohaterów fikcyjnych zdecydował się (szczególnie w „Inwazji”) na użycie nazwisk funkcjonujących polityków. Wstawki dotyczące polityków są jednak tylko krótkimi początkami rozdziałów, mającymi nakreślić panujący kontekst polityczny. Dla mnie nie było to ani specjalnie irytujące, ani tym bardziej nie dyskwalifikowało dobrej fabuły.

Autor zarzeka się, że nie sprzeda praw do ekranizacji trylogii twierdząc, że aby była na poziomie książki, realizacja musiałaby pochłonąć miliony dolarów. Faktycznie, jest to materiał na porządny hollywoodzki blockbuster – wiarygodna, „współczesna” fabuła, dobrze osadzeni bohaterowie, mnóstwo scen batalistycznych, miasta obracające się w pył, zmieniające się błyskawicznie lokalizacje, składają się na wysoki potencjał. Tym samym na ten moment tylko nasza (nie zawsze!) nieograniczona wyobraźnia, może nadążyć w produkcji tych scen. Chociaż może HBO…

Jest to bardzo wciągająca trylogia, którą pochłania się w kilkanaście godzin. Nie wiem, czy możemy zabrać coś lepszego na nadchodzący urlop.

Zazdroszczę zatem:
a. tym, którzy pojadą na urlop
b. jeszcze bardziej tym, którzy mają przed sobą zagłębienie się na nim w ten przerażający, ale jednocześnie bardzo fascynujący świat.
W sam raz na odrobinę kontrolowanego masochizmu na urlopie. I refleksji, o ile ktoś lubi refleksyjne wakacje. Nie piętnuję jednocześnie tych, którzy wolą open bar. I instagrama.

 

tekst: Klaudia Szkaradek

fot. główna: Jakub Wejkszner

fot. tekst: materiały prasowe Grupy Wydawniczej Foksal

Przeczytaj również

Reklama