Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Trzy kobiety, jeden stolik, czerwcowe upalne popołudnie, historie z podróżami, dziećmi i hajsem w tle…

Siedziałem sobie nad sernikiem w oczekiwaniu na spotkanie z dawno niewidzianą znajomą, kiedy przy stoliku obok, z kieliszkami bąbelków zasiadły królowe jesieni życia, kobiety sukcesu albo też – nie umniejszając – żony mężów sukcesu (trudno dookreślić). Drobne mieszczanki, poznanianki, wytrawne globtroterki, elegantki z sygnowanymi torebkami. Tematem przewodnim popołudniowych dysput okazały się wyjazdy zagraniczne, a właściwie narzekania na różne popularne, mainstreamowe destynacje. Żywe dyskusje o tym, że na wybrzeżu hiszpańskim tylu turystów, że przejść się nie da, że lepiej to już w Portugalii, choć w zasadzie niekoniecznie, bo widoki nie takie, jak można by oczekiwać. Najlepiej to przecież w Argentynie, którą jedna z bohaterek odwiedziła w ubiegłym roku – tam tak dziko, dziewiczo, tak inaczej niż w całej tej Europie. Ewentualnie jeszcze Francja może być, z dość dużym naciskiem na „ewentualnie”.

Wystarczyło kilka minut, abym dowiedział się również, że nie opłaca się lecieć do Londynu na weekend, bo wylatując z Poznania już myśli się o powrocie. Sytuacji nie zmienia fakt, że nasze dziecko skończyło tam medycynę z wyróżnieniem, a druga z progenitur prawo i kupuje właśnie apartament w prestiżowej dzielnicy. Pomimo tych wszystkich przymiotów, nie warto przecież wpadać do nich na weekend, bo to będzie jedną wielką stratą czasu – naszą i naszych dobrze wykształconych dzieci pracujących w międzynarodowych korporacjach z widokiem na londyńskie City.

Zawsze zastanawiam się skąd w ludziach bierze się tak duża potrzeba dowartościowania się – ta licytacja kto lepiej, kto bardziej, kto dalej, kto wyżej. Tym bardziej doceniam i cieszę się, że najważniejszymi wartościami dla moich najbliższych są mądrość (również ta życiowa), inteligencja, wspólnie spędzony czas, stan umysłu, a nie stan konta czy posiadania. Mam nadzieję, że gdy za kilkadziesiąt lat usiądę z przyjaciółmi przy winie w kawiarni i słuchać nas będzie ktoś z pokolenia, którego nazwy i skrótu jeszcze nie wymyślono, nie pomyśli, że jesteśmy zepsutymi dziadkami, którym nie pozostała krzta zachwytu nad codziennością.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama