Katarzyna Pakosińska: Zaczęło się od zabawy

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gdy się pojawia, nigdy w pojedynkę. Wraz z nią nadchodzi wulkan energii, uśmiechu I optymizmu. Bo taka właśnie, nie tylko na scenie, ale I w życiu jest właścicielka rozbrajająego cała Polskę śmiechu, czyli Katarzyna Pakosińska. Wszystko co robi ma w sobie naturalny urok I wdzięk. Przekonaliśmy się, ze u Katarzyny nie ma miejsca I czasu na udawanie. Ani krzty pozerstwa!

Witamy panią Katarzynę.

Pani redaktor, bardzo mi miło.

Nareszcie u nas! Witamy Katarzynę, czyli królową śmiechu i uśmiechu, boginię wdzięku o antycznej wprost urodzie. Czy to zasługa korzeni śródziemnomorskich?

Tak się składa, że bardzo dokładnie badałam drzewo genealogiczne mojej rodziny i dotarłam do korzeni, które mnie absolutnie zaskoczyły. Byłam przekonana, że sięgają Wschodu, a tu nagle objawiła się linia holenderska. Mogłam coś podejrzewać, bo mimo spontaniczności, mój charakter to także perfekcja w organizacji; lubię sobie skrupulatnie życiowe plany ołóweczkiem w zeszycie zapisywać. Kocham też wiatraki i tulipany.Według odnalezionych dokumentów moi przodkowie zostali sprowadzeni przez hrabiego Chłapowskiego na tereny kielecczyzny jako osadnicy holenderscy. Do dziś istnieje tamże miejscowość Holendry.

Początki twojej kariery estradowej związane są z folklorem. Podobno tańczyłaś w zespole ludowym?

Tak, chociaż nie wiem czy nazwałabym to początkami kariery artystycznej. Na pewno był to mój pierwszy kontakt ze sceną. W zespole tańczyłam ponad 20 lat. Przypominają mi o tym każdego dnia moje kolana – żadna jazda na nartach nie wchodzi dziś u mnie w grę! Ale można powiedzieć, że były to na pewno ważne kroki w drodze na estradę. Stałam sobie gdzieś tam w trzecim rzędzie i ją obserwowałam; chłonęłam atmosferę sceny i się z nią oswajałam. Przełom nastąpił nieoczekiwanie podczas wyjazdu na warsztaty artystyczne do… Gruzji. To był koniec lat 80. Jako jedyna czarnowłosa dziewczyna w zespole wzbudziłam wśród Gruzinów dość spore zainteresowanie. I miało to swoje konsekwencje.Zdradzili mi sekret tańca gruzińskiego – kartuli,przeznaczonego tylko dla Gruzinów. Zdaje się, że jako jedyna cudzoziemka w historii poznałam jego tajemnice. Wtedy też po raz pierwszy stanęłam na scenie sama. Poczułam, że skupiłam na sobie uwagę. Niezwykłe doświadczenie dla nieśmiałej dziewczyny. I podziałało… A potem wcale nie kabaret, bo najpierw zaświtała mi w głowie dramatyczna szkoła teatralna. Zaczęłam od Teatru Stara Prochownia prowadzonego przez Wojciecha Siemiona, który stał się moim mentorem. Rozkochiwał w poezji. Wyczulał na rytm, na widza. Pod jego okiem napisałam też pierwszą książkę. Oprócz niego miałam też w teatrze innych świetnych nauczycieli. Szlify estradowe zdobywałam przy Robercie Rozmusie. Andrzej Chyra, wówczas student reżyserii, przygotowywał mnie do zadań aktorskich. To była wymiana dwustronna, którą, myślę, także Andrzej będzie mile wspominał, bo jako przyszły reżyser miał często do narysowania tzw. story board’y. A że byłam tuż po liceum plastycznym, to wykonywałam je dla niego, często nawet podczas przerw w spektaklu, w którym graliśmy razem. Ale życie lubi zaskakiwać i rozpoczęłam studia nie w szkole teatralnej, ale na filologii polskiej. Tam powstał Kabaret Moralnego Niepokoju. I z nim tak naprawdę estrada na dobre wkroczyła do mojego życia.

I teraz rozlega salwa śmiechu z całej Polski!

Na szczęście już się przyzwyczaiłam. Poza tym łatka „tej od śmiechu” daje mi nie tylko dużą swobodę. Mogę sobie teraz do woli przesuwać granice. Wcześniej nie miałam takiej śmiałości.

 
Reklama

Takie zwierzę sceniczne jak ty nieśmiałe i unikające estrady? Kabaret zaczął się w ’96 roku?

W 1996 roku, jeszcze jako studenci, pojechaliśmy na PAKĘ do Krakowa. Zdobyliśmy Grand Prix. Chcieliśmy się bawić, wyżywać twórczo. Wszystko zaczęło się od tego. Nikt z nas nie myślał poważnie o tym tak niepoważnym, a poważnym zawodzie, czyli byciu satyrykiem. Pamiętam, jak „moralnie”leżeliśmy na Błoniach, piękne słońce, opalamy się i mówimy: Co robimy z tym Grand Prix? I co robimy dalej z życiem? Odpowiedź była krótka: dopóki ludzie są nami zainteresowani i chcą przychodzić na występy, to się bawimy. Lata mijały. Wszystko tak się potoczyło, że każdy z nas musiał zrezygnować ze swojej dotychczasowej pracy. Nie było na nią po prostu czasu. Nie zauważyłam momentu, kiedy kabaret zdominował moje życie.

 
Reklama

Zarówno życie prywatne jak i karierę?

Nigdy nie myślałam o karierze. Całe życie chciałam robić ciekawe rzeczy i otaczać się interesującymii inspirującymi mnie ludźmi. Nie inaczej było z kabaretem. Byłam tuż po debiucie filmowym u Ryszarda Brylskiego, gdzie pracowałam z Olgierdem Łukaszewiczem, Jerzym Zelnikiem, Marią Pakulnis. Ze szczęścia fruwałam. Pamiętam, że zdjęcia próbne do kolejnego filmu miałam w legendarnej wytwórni na Chełmskiej. I tak się złożyło, że pierwsza próba i spotkanie KMN odbywało się w tym samym czasie. I Pakosia nie poszła na filmowe zdjęcia próbne, tylko do kabaretu, bo tam „fajni ludzie są”. Do Kabaretu Moralnego Niepokoju wniosłam całą siebie plus doświadczenie sceniczne z filmu i teatru. Niewielkie wówczas, ale wiedziałam mniej więcej co się robi z mikrofonem, jak się do niego mówi i jak się go ze sceny znosi. Nasz pierwszy program kabaretowy wyreżyserował Andrzej Chyra. To był wymarzony początek. A to, że kabaret, jak to pani nazywa, stał się karierą? Cóż, bardzo miły przypadek.

Dzięki niemu stworzyłaś terapię śmiechem. Domyślam się, że nie było łatwo. Jedyna kobieta w męskim zespole…

To jest bardzo męski zawód. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Mimo, że żyjemy w czasach pełni rozkwitu kobiecości, to jednak na estradzie wciąż królują faceci. Kilka razy pytano mnie co uważam za swoje największe osiągnięcie w byciu 16 lat w kabarecie. Odpowiadam – to, że ocalałam jako kobieta, że udało mi się moją kobiecość osłonić, a nawet w jakiś sposób wyeksponować… Parę razy miałam chwile załamania, że nie jestem w zawodzie, w którym być powinnam. Moja mama jest naukowcem, tata inżynierem, siostra doktorem na akademii medycznej, a ja? Coś tak niepoważnego. W zasadzie to przecież nie wiadomo co robię. Moi rodzice do tej pory chyba nie do końca potrafią określić, czym ja się tak naprawdę zajmuję. Choć może napisanie trzech, czterech, pięciu książek, udowodniło im, że coś konkretnego potrafię jednak zrobić. Miałam oczywiście parę razy i takie zwroty akcji, że mówiłam sobie „koniec”. Jeszcze zanim rozstałam się z Moralnym Niepokojem przychodziły takie momenty. Pamiętam kryzys, w którym prześladowały mnie myśli, że powinnam przecież być kimś takim jak lekarz, czyli pomóc, uleczyć, uratować. Coś, co nada sens mojej egzystencji. I wtedy zwykle działo się coś, co mnie z tych smętnych myśli wytrącało. Pamiętam występ w Skarżysku Kamiennej, po którym, mówię sobie, to już ostatni raz. Koniec tych śmiechów. I nagle podchodzi do mnie starsza pani. Ma łzy w oczach i mówi, że mi dziękuje, bo była w takim stanie, że już właściwie nie wiedziała czy dalej żyć. A moja energia dała jej taką nadzieję i siłę, że wie już co dalej robić. Gdy odeszła, powiedziałam do siebie: Pakosińska, a weź ty się puknij w głowę dziewczyno, bo dostałaś coś. Dar? Talent? Nie marnuj tego! I dziś się tym już totalnie cieszę. I to jeszcze bardziej promieniuje. Doszło nawet do tego, że ludzie mijający mnie na ulicy, proszą nie o zdjęcie czy autograf, tylko chcą się przytulić. No to się przytulam! Oczywiście tylko wtedy, jeśli jestem bez męża, bo on, Gruzin, absolutnie nie akceptuje takiego kontaktu fizycznego.Finał tego jest też taki, że teraz częściej muszę się myć, bo nigdy nie wiadomo co człowieka na drodze spotka.

Przed rokiem obchodziłaś 25 – lecie kariery i mam wrażenie, że w twoim przypadku nie chodzi o zamykanie jakiegoś etapu, tylko o nowe rozdanie, rozłożenie skrzydeł i to jeszcze szerzej.

Moje życie to wciąż nowe otwarcia. Staram się bardzo, by nie zasiedzieć się w jednym miejscu.. Ciągle coś mnie gna i przyznam, że taki niepokój jest niezłym afrodyzjakiem i „wstrzymywaczem” czasu. Tęsknię za sztuką przez duże S. Dużo piszę, pasjonuje mnie historia. Z XX-lecia międzywojennego z zespołem Makabunda udało nam się odnaleźć piosenki Zuli Pogorzelskiej, które przetrwały do naszych czasów tylko w zapisach nutowych. Wydobyliśmy je z tych zapisów, zaśpiewałam je. Niezwykłe przeżycie. Czułam przy tym, że spełniłam jakąś misję, że coś ocalało od zapomnienia. I właśnie dla takich chwil warto żyć. Przyjaźnię się z Olgą Czyżykiewicz, wspaniałą artystką, która robi tak piękne rzeczy, łącząc siebie, swoją miłość do malarstwa, muzyki ze sztukami wizualnymi. Oglądam jej prace i wstrzymuję oddech. Na estradzie nie mogę sobie niestety na taki eklektyzm pozwolić. Choć bardzo mnie to korci. W ostatnim monodramie kabaretowym „Dobry wieczór z Pakosińską”staram się łączyć taniec, dźwięk i obraz. Forma kabaretowa czy stand-up tylko z pozoru ogranicza.

 
Reklama

Stworzyłaś bardzo unikatową markę: „Pakosińska”. Sama w sobie łączy różne dziedziny, wymaga stworzenia nowej przestrzeni i formy…

Znajdę ją. Ktoś nazwał mnie ostatnio „romantycznym buntownikiem”, bo jestem z jednej strony niepokorna, a z drugiej tak bardzo zawieszona w grzeczności i bujaniu w obłokach. To paradoks. Ciężko to opisać, ale bardzo chciałabym zmienić oblicze śmiechu, które w dalszym ciągu jest w Polsce bardzo deprecjonowany. Kojarzy się z czymś bardzo banalnym i naiwnym. A przecież wymaga ogromnej wiedzy. Najpierw trzeba wiedzieć, potem umiejętnie połączyć fakty i jeszcze do tego mieć refleks, by to przefiltrować i spuentować. Występ stand-upowy czy kabaretowy, monodram satyryczny, to nieprzerwany dialog z widzem. Temperatura każdego występu jest za każdym razem inna i zależy od reakcji publiczności, od doświadczenia każdego z widzów. Dlatego to jest dla mnie tak wartościowe. Zupełnie jak to nasze spotkanie teraz. Jestem w nim tu i teraz na sto procent. Bo każde takie spotkanie nas wzbogaca, dodaje skrzydeł… Ach! W bardzo górnolotny ton teraz idę. Uciekajmy zatem od romantyzmu i wracajmy na ziemię, dobrze?

Ostatnio na instagramie chwaliłaś się tym, że w końcu obroniłaś dyplom aktorski. Był dla ciebie naprawdę ważny?

To był totalny przypadek, choć wiem, przypadków nie ma. Jakiś czas temu byłam zaproszona do nocnej audycji Krzysztofa Szustera, który jako zastępca sekcji estradowej w Związku Artystów Scen Polskich mówi mi po zakończeniu: „Kasia, jesteś 25 lat na scenie, już najwyższa pora zrobić ten dyplom!” No i mnie namówił! Od lat jestem w środowisku aktorskim. Potrafię nawet rozpoznać czy dana osoba to aktor po szkole w Warszawie, Łodzi, czy Wrocławiu. Stąd wiem też, że zawsze będę outsiderką i niezależnie od dyplomu będę zawsze „tą z zewnątrz”. Ach! Na ten dyplom miała też duży wpływ moja praca magisterska z polonistki.

Zdaje się pisałaś o Arnoldzie Szyfmanie?

Tak, o Szyfmanie, też zaczynał od kabaretu. Zresztą jak wszyscy wielcy.

 
Reklama

To niesamowite, że Szyfman miał cokolwiek wspólnego z kabaretem?

Ba! To on w 1908 roku stworzył pierwszą profesjonalną scenę kabaretową na Wierzbowej w Warszawie. „Momus” był pierwszym profesjonalnym kabaretem literackim. Co prawda „Zielony Balonik” powstał wcześniej, ale był raczej artystycznym wesołym spotkaniem. Ta podkasana forma sztuki dojrzewała u nas latami. Początków doszukamy się już u Reja w jego „Figlikach”. Właściwie mamy tam gotowe scenki kabaretowe. A wracając do egzaminu, to pomyślałam, że jeśli mam zaliczoną teorię, to czas na praktykę za którą idzie taniec, ruch sceniczny, dykcja, dialogowanie, monolog. Miałam taki spektakl w Teatrze Captiol, Rozstania i powrotyw reżyserii Krzysztofa Jaślara. Obok mnie Olga Bończyk, Władek Grzywna, Kasia Żak. Nic swoim kolegom nie powiedziałam. Komisja przyszła na spektakl, usiadła w tylnych rzędach i przyznam, że nie był to dla mnie zwykły spektakl. Na szczęście, tego dnia publiczność pomogła, wnosiła wspaniałą energię. Po spektaklu już się kłaniamy, a tu wchodzi komisja, Rena Rolska z dyplomem i tak zostałam oficjalnie namaszczona. To mój czwarty dyplom, ale „kropki nad i” chyba jeszcze nie postawiłam. Coś mnie jeszcze niesie. Uwielbiam muzykę, dzień bez muzyki jest dla mnie dniem zmarnowanym. Także seriale historyczne, książki historyczne, przenoszenie się w czasie to bajka, która mi została z dzieciństwa. Gdybym mogła mieć taki wehikuł czasu to bym się przenosiła poobserwować jak kiedyś wyglądał świat. Dziś obserwując rzeczywistość szlag mnie trafia kiedy dostrzegam, że ludzie uruchamiają takie same mechanizmy, kopiując w nich różne głupie rzeczy, które prowadzą do efektów znanych nam już dobrze z historii. Ta wiedza czasem wkurza i osłabia.

Czy w twoim życiu są takie momenty, kiedy naprawdę już śmiech nie pomaga? To będzie pytanie od całej Polski: czy Pakosińska płacze?

Jasne, nie jestem robotem. Normalna, zwyczajna babka, mam swoje stresy, tylko rzeczywiście szybko z nich wychodzę. Przede wszystkim mam fantastycznych przyjaciół. I dewizę: kiedy jest ci bardzo źle to się nigdy nie zakopuj w poduszkach, w domu, z chusteczką, tylko przeciwnie: idź do ludzi, do tych, którzy cię znają, akceptują taką jaką jesteś! Oczywiście, wspomagam się nałogowo czekoladą. To chyba cud, że mam jakąś sylwetkę, bo powinnam się tu wtoczyć na wywiad z powodu mojej miłości do niej! Ale tak na serio, to z tych wszystkich lat „potykania się”, po kilku naprawdę nieprzyjemnych rzeczach, które wydarzyły się w moim życiu, wychodziłam na prostą mówiąc sobie, że to jest lekcja. Nie – porażka. Jeśli coś się dzieje źle, łzy oczywiście się pojawią, czasem wręcz czarna rozpacz, ale mam taką nadzwyczajną zdolność, że w największym kryzysie widzę światełko. Po prostu wiem, że jeśli teraz jest źle, to zaraz, tuż za rogiem czeka coś fantastycznego. To daje dużą siłę i energię. A poza tym… ja lubię życie! Lubię ludzi, uwielbiam się z nimi spotykać. Nie lubię jedynie dzielić się swoimi smuteczkami. Nawet moi rodzice są bardzo z tego powodu niezadowoleni, bo nawet oni rzadko słyszą, że coś jest nie tak. Zawsze wszystko jest bardzo dobrze. Bo po co mam ich martwić? To chyba zrodziło obraz zawsze pogodnej Kasi. Ale nawet to ma swoje śmieszne strony. Kiedy bywa, że się zamyślę i uśmiech znika z mojej twarzy, to na ulicy podchodzą do mnie ludzie i pytają czy się źle czuję, a może jestem chora?

 
Reklama

Znalazłam jeden klip, na którym jesteś śmiertelnie poważna. Podczas nauki tańca gruzińskiego. To chyba z miłości do męża i do Gruzji?

Jeszcze wtedy chyba nie znaliśmy się. Pamiętam to video. Robocza kamera z próby, bardzo to przeżywałam. Nogi i ręce mi się plątały. W ogóle z tym tańcem bardzo romantyczne historie się wiążą. Z moją pierwszą nastolatkową sympatią obiecywaliśmy sobie, że po wielu latach przyjdzie taki czas, że zatańczymy ten gruziński taniec gdzieś tam, razem. Po różnych zawieruchach, także wojennych, spotkaliśmy się po 20 latach i udało nam się zatańczyć ten taniec w ogrodzie, w wiosce gruzińskiej na końcu świata. Bez instrumentów. Sąsiedzi rękoma na blacie stołu wystukiwali nam rytm. A potem już pięknie, oficjalnie na swoim własnym, gruzińskim weselu. Ani teściowie, ani goście z Gruzji nie wiedzieli, że znam taniec. Zachodzili w głowę – skąd ta Polka zna ten taniec? Byli bardzo wzruszeni.

Taniec jest bardzo w twoim życiu obecny. Ostatnio udział w programie „Taniec z Gwiazdami”. Śpiewem wykazałaś się z kolei w „Twoja twarz brzmi znajomo”. Gdybyś musiała wybrać jedną dziedzinę, w której pozostaniesz wierna do końca życia, co by nią było?

Będę mówić. Nawet dzisiaj, kiedy przed naszą rozmową robiliśmy zdjęcia, powiedziałam:Wolę gadać niż wyglądać. Fajnie być tzw. aktorką charakterystyczną. Ostatnio doszłam do takich wniosków. Hanka Bielicka, Irena Kwiatkowska…Miałam szczęście być z nimi na scenie i zaliczyć najlepsze lekcje. Do samego końca występowały. Też tak chcę, byle tylko głowa pracowała, żeby została ta energia i to zainteresowanie, ciągłe zadziwienie światem. I oczywiście uwielbiam pisać. Ostatnio skoncentrowałam się bardziej na książkach dla najmłodszych. Osoby w wieku szkoły podstawowej to bardzo wdzięczny czytelnik. Trudny, ale wdzięczny. Myślę, że wciąż jeszcze mam w sobie tę małą dziewczynkę, która potrafi komunikować się z najmłodszymi. To jest takie moje zacisze, skryta część mnie, kiedy nikt na mnie nie patrzy. Na początku mówiłam o mojej nieśmiałości i ona sobie odpoczywa właśnie wtedy, gdy biorę do ręki swoje wieczne pióro. Jestem w ogóle bardzo analogowa, nie piszę na komputerze, wszystko odręcznie i to daje mi największy odpoczynek. Kiedyś moja córka nagrała mnie ukradkiem. Siedziałam po turecku na środku pokoju na dywanie i coś tam sobie pisałam. Przy dialogach często mówię na głos, bo muszę usłyszeć rytm. Żeby był prawdziwy muszę uchwycić wewnętrzną muzykę dialogu. I na tym nagraniu tak sobie mówię, oczywiście w postaciach, a na mojej twarzy wszystkie emocje! Tam się dzieje wszystko, naprawdę. Wchodzę wtedy w tą książkową rzeczywistość z ogromną frajdą. Porównywalną do sceny.

Książki, spektakle, kabaret… a kiedy będzie płyta? Czekam na płytę!

Może Zula? To bardzo miłe, bo rzeczywiście coraz więcej osób po spektaklach przychodzi i pyta: Pani Kasiu, czy jest szansa?Możemy się śmiać, ale mój głos odsłonił się w fantastycznej produkcji Twoja twarz brzmiznajomodzięki Agnieszce Hekiert. To najlepszy na świecie trener wokalny, ale i wspaniała wokalistka jazzowa. Otworzyła mnie na niewiarygodne rejestry: od Prodigy do operetki.

„Aria ze śmiechem” to jest arcydzieło! Twoje zdolności wokalno-aktorskie czynią z tego utworu absolutne arcydzieło!

Dziękuję bardzo. A zrobiłam to po raz pierwszy jako żart muzyczny z Grupą MoCarta. Chłopaki wrzucili mnie bez ceregieli na głęboką wodę, mówiąc: Zróbmy to, zaśpiewasz. I tak naprawdę, po jednej próbie na Pace w Krakowie wykonaliśmy to podczas występu i w ten sposób ta piosenka weszła później do kanonu kabaretowego. Duża frajda, Grażyna Brodzińska, która nas słuchała powiedziała, że było fantastycznie.

 
Reklama

Nieśmiało powiem, że lepiej od oryginału.

 
Reklama

Może po prostu mniej po nutkach, a więcej zabawy.

 

tekst: Anna Kostrzewska