Sztuka parzenia życia

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Uwielbiam lotniska, tu zaczynają się najlepsze przygody. Ten moment oczekiwania. Zawieszenie w bezcłowej strefie. Wylatujesz ze złotówek, lądujesz we Frankach, w Euro lądujesz, w dziwacznej walucie z końca świata, która w innej jego części jest kompletnie bezużyteczna.
Do Funtów Brytyjskich tym razem szybować będę.
Kiedy miesiąc temu grałam koncert na Londyńskim, kultowym Camden, pomyślałam sobie – hmm, a gdyby tak…

…no i teraz siedzę na lotnisku i przeprowadzam się na kilka miesięcy do Londynu. Z bagażem podręcznym się przeprowadzam. Po co mi więcej. Przywiązanie do przedmiotów już dawno opuściło moje życie. Pożegnałam je bez żalu.

Ale ja nie o tym.
O tym jeszcze będzie. Nie raz z pewnością, gdyż nowa przygoda właśnie się rozpoczyna.

Tym razem, jeszcze na chwilę w przeszłość chcę dać nura. Cała na biało.
Z czerwoną kropką na czole. Cała w Jenach, sushi i uprzejmych ukłonach.

 
Reklama
 
Reklama

Tak. O Japonii już było. Wiem.
Ale o tej równoległej, kosmicznej rzeczywistości, pisać można w nieskończoność.

W mojej pamięci, ta nieskończoność to Kyoto.

W Kyoto ja i wysoki blondyn zatrzymaliśmy się na jedną noc, tuż przed wylotem do Wietnamskiego Hanoi.
Koleżanka, Japonka, poleciła nam znajomą Panią prowadzącą nocleg dla artystów.
Dlaczego taki dom?

Z miłości po prostu.

Do sztuki miłości i jej twórców.

Dom okazał się starą, tradycyjną japońską willą, z przesuwanymi drzwiami, oknami na multi-kolorowy ogród, futon, czyli materacami w sypialni i starymi, drewnianymi meblami.

Najpiękniejsza jednak w owym domu, była kobieta.
Właścicielka artystycznej przystani była malutką, szczupłą starszą Panią, której twarz zdradzała, że jej młodzieńcza uroda musiała złamać nie jedno samurajskie serce. Owa uroda z domieszką znaku czasu, była jedną z najbardziej zjawiskowych twarzy, jakie miałam okazję oglądać.

Na nasz widok ucieszyła się jak mała dziewczynka. Była to oczywiście Japońska odmiana radości, wyrażana oczami, podczas gdy ciało w stoickim zen pozostaje.
Od razu, każde po kolei, wyspowiadać musiało się ze swoich Artystycznych zapędów.

Na dzień następny, zaproszeni zostaliśmy na tradycyjne japońskie śniadanie i ceremonię parzenia herbaty.

O poranku, w kuchni, obok naszej uroczej gospodyni, krzątała się również jej przyjaciółka. Mistrzyni parzenia herbaty.

Nie wiem, co zjadłam na śniadanie.

Nie byłam w stanie rozpoznać lub po smaku zidentyfikować któregokolwiek składnika.
Mogę powiedzieć jedynie, że było to coś ładnego, różnorodnego i bardzo smacznego.

A po śniadaniu, czas na herbatę.

 
Reklama

Ale zanim herbata…

Mistrzyni Ceremonii z ukłonem wręczyła nam piękne kimona i chusty. Wystroiliśmy się w nie i usiedliśmy do stołu, na którym pojawiły się Nagomi i Chawan, i oczywiście Matcha w roli głównej.
Panie były przejęte i wszystko przygotowywały z wielką pasją. Radosne to było spotkanie, a matcha wyśmienita.

Po herbatce grzecznie zdjęliśmy kimona i chusty, chcąc oddać cenne skarby właścicielce, która…
nie przyjęła ich z powrotem, mówiąc że to prezent dla nas.
Potem okazało się, że również Nagomi i Chawan zapakowane zostały w piękny papier, a do tego, wskoczyły jeszcze śmieszne czekoladki w kształcie małych Japońskich laleczek i parę innych przyjemnych drobiazgów.

Panie zawijały, pakowały i cieszyły się przy tym jak dzieci.

My w szoku.

Mając doświadczenia z innych stron świata, zostaliśmy przyzwyczajeni raczej do tego, że w takich sytuacjach zwykle jest jakiś haczyk, że ktoś zawsze chce ci coś sprzedać, w butelkę nabić, że jest uśmiech i niby luz, a po chwili rachunek do zapłacenia i wyskakujesz z hajsu, bo już odkręcić nie ma jak. Tak sobie właśnie człowiek, w konsumpcyjnej rzeczywistości wychowany rozkminia, kiedy niespodziewanie obdarowany zostaje drogocennym prezentami od nowopoznanej osoby.

Stres i podejrzliwość.

Kto, ot tak. po prostu, obcej osobie podarowałby ręcznie robione, stare, japońskie kimono?

Jak poradzić sobie z taką sytuacją?

Jak zareagować?

Madre Mia!

Wysłaliśmy więc cichaczem smsa do Japońskiej koleżanki z pytaniem, co robić.

Otrzymaliśmy odpowiedź:

To stary, japoński zwyczaj, ceremonia dawania.

Okazało się, że dla Japończyków obdarowywanie innych to duchowa praktyka i największe, czyste szczęście.

I co Wy na to podejrzliwe dzieciaki?

Podejrzliwe dzieciaki wzruszyły się i czerpały z tego momentu każdą cenną sekundę.
Podziękowałam, ofiarowując Paniom swoją płytę, która przyjęta została z wielkim szacunkiem i powagą, jak wyciągnięta z dna morza perła.

Zawsze kiedy przestaję wierzyć w ludzką rasę, przypominam sobie o tej chwili i wiara powraca.

Dziękuję.

 
Reklama

Reklama