Bartek Gelner: Wieczny chłopiec

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ma twarz anioła, ale próżno go szukać w grupie grzecznych chłopców. Na planie filmowym i scenie teatralnej spełnia marzenia zawodowe, czasem też te z piaskownicy. Nie boi się tzw. „trudnych ról”, szuka wyzwań. Jako student szkoły teatralnej zadebiutował na wielkim ekranie rolą w Sali Samobójców Jana Komasy. Zaryzykował i otworzyły się przed nim drzwi do świata filmu oraz teatru. Coś nam jednak mówi, że gdyby drzwi były zamknięte, Bartosz Gelner, aktor Nowego Teatru w Warszawie wskoczyłby oknem.

 

184 cm Bartek Gelner, 181 cm wzrostu Dagmara Kowalska. To będzie rozmowa na wysokim poziomie, mam nadzieję.

Też mam taką nadzieję.

Dobrze mówię? Wyczytałam, że masz 184 centymetry wzrostu.

Nie wiem nawet czy ja tego nie zakłamałem w dowodzie osobistym, bo to były te czasy kiedy chciało się mieć więcej niż się miało, ale wydaje mi się, że mam 183 cm. Zależy czy w obcasie czy bez.

Nosisz obcasy?

W sztyblecie.

Ach tak, ale dziś nie będziemy mówić o butach, a o Tobie. Myślisz, że marzenia się spełniają?

Myślę, że jak najbardziej. Jak o czymś się intensywnie myśli to pewnie tak, choć ciężko powiedzieć, że zawsze się spełniają, nie chciałbym zabrzmieć jak jakiś coach, który mówi, że wszystko jest własną możliwością realizacji. Ja tak podchodzę do tego, że jeśli coś sobie zaplanuję, gdy jak to się spełnia to biorę za to pełną odpowiedzialność i gratuluję samemu sobie.

Reklama

Pogratulowałeś sobie występu w Legionach?

Jeszcze sobie nie pogratulowałem, bo nie widziałem Legionów.

Premiera Legionów planowana jest dopiero na 20 września. Jest to jedna z najdroższych produkcji filmowych w Polsce i na dodatek film kostiumowy. Wydaje się, że każdy aktor chciałby wziąć udział w takim filmie.

 
Reklama

Kiedyś miałem krótki romans z Czasem Honorui to było bardzo przyjemne doświadczenie. Tylko to jednak był serial czyli coś całkiem innego od fabuły. W tym przypadku to była największa przyjemność tego filmu. W pewnym momencie, kiedy siedziałem w okopie, między ujęciami i chłopcy pirotechnicy doładowywali kolejne ładunki, żeby wszystko za nami latało w powietrzu, złapałem się na tym, że trochę realizuję dziecięcą zachciankę. Siedzę w piachu, nikt mi nie mówi, że muszę umyć ręce, bo jeszcze o godzinie 6:30 jestem dopatynowany, żeby od rana wyglądać na dużo bardziej brudnego niż jestem. Siedziałem i tak wyciągałem z tego okopu roślinki z korzeniami, miałem dziecięcą zabawę pomiędzy ujęciami. To był powrót do piaskownicy. W dzieciństwie była jeszcze opcja, że każdy miał jakiś romans z karabinem czy pistoletem i bawił się w policjantów i złodziei. Ja nigdy nie bawiłem się w wojnę, nie doświadczyłem tego i nie chciałbym doświadczyć, ale udział w „Legionach” był także z tego względu ogromną przyjemnością. Nauka jazdy na koniu też była ciekawym doświadczeniem, bo wcześniej nie miałem z tym zwierzęciem wiele wspólnego.

A poza tym historia, dotknięcie czasów 1914 – 1918.

Jak najbardziej, choć ja miałem sceptyczne podejście na samym początku, bo nie jestem hiper patriotą, tzn. patriotą chyba jestem, ale we własnym rozumieniu tego słowa. Mam własną definicję świętowania poszczególnych świąt narodowych, teraz niestety zostało to zagarnięte na bardziej prawą stronę, niż ja sobie to wyobrażam, więc odżegnuję się od świętowania w taki, a nie inny sposób chociażby święta 11 listopada. Szkoda np. historii Powstania Warszawskiego i tego co dzieje się w godzinie W, zatrzymania pędzącego  miasta na chwilę. Zawsze wydawało mi się, że w tym momencie każdy musi pobyć minutę ze sobą. Podczas wycia syren jest czas żeby spojrzeć na otaczające nas budynki czy odbudowany tutaj Praski Koneser czy całe centrum Warszawy, które było totalnie dotknięte tragedią wojny i zobaczyć, że to idzie w dobrym kierunku i że możemy sobie na wypożyczonym rowerze Veturilo przez Warszawę przejechać po równych chodnikach, a nie odpalać race czy manifestować to święto w inny sposób. Takie jest moje postrzeganie tego święta. To ciekawe, w kontekście Legionów, że nawet taką najśmieszniejszą anegdotą, którą zapamiętałem z planu, może niezbyt znaczącą, ale dla mnie zabawną był to fakt braku przednich zębów u Józefa Piłsudskiego. To był powód tego długiego, charakterystycznego wąsa. Ja lubię takie mini ciekawostki jak np. nazwa szczypiornistów, która narodziła się w tamtym czasie, w momencie kiedy chłopcy rzucali sobie jakąś szmacianą piłkę. Mnie takie rzeczy interesują, takie mini szczegóły.

O których się nie mówi na co dzień, bo do historii podchodzimy, tak jak mówisz, każdy w inny sposób. A jak ci się pracowało z reżyserem, który w sumie jest znany z kina psychologicznego, nie z kręcenia superprodukcji?

Ja się z Darkiem dogadałem bardzo dobrze. Pierwsze co zrobiłem, to skomplementowałem jego przepiękną i przecudowną żonę i może to być jeden z argumentów, dla których warto pracować z mężczyzną, który ma tak dobry gust, jeżeli chodzi o kobiety. To było bardzo fajne. Darek rzeczywiście miał do nas super podejście. Dogadaliśmy się w czworokącie, bo mieliśmy bardzo dużo wspólnych prób i z Wiktorią Wolańską, która gra główną rolę kobiecą i Sebastianem Fabijańskim, z którym my się szerujemy. On wysłuchiwał wszystkich, próbował znaleźć środek tych pomysłów, każdego szalonego człowieka, który miał własny pomysł na mundur, karabin i opowiedzenie danej sceny.

Reklama

To było spełnienie Twoich chłopięcych marzeń, ale nie zapominajmy, że to jest film historyczny. W tle jest oczywiście także historia miłosna, a nawet historia trójkąta miłosnego. W tamtych czasach…

Trochę żałuję, że w żadnym, nawet mini wątku, na co by się już chyba nie zgodził Minister Kultury, który wyłożył trochę pieniędzy w tę produkcję, nie pojawił się mini wątek homoseksualny w okopie. Zawsze jestem otwarty na takie historie, bo nie wierzę, że to się tam nie zdarzało.

O tym się głośno nie mówi.

 
Reklama

O tym się nie mówi, ale rozmawiamy teraz o projekcie, który ja na razie znam tylko ze scenariusza, w którym zagrałem, którego jeszcze nie widziałem, więc jestem dosyć ostrożny w kontekście tego co może się tam wydarzyć. Wiesz, że film montuje się parokrotnie. Na poziomie scenariusza, na poziomie tego co powstanie na planie, a potem już zostawia się to w rękach montażysty czy reżysera, który może to całkowicie przemodelować, mogę się jeszcze bardzo zdziwić.

To znaczy, że co? Że film nie będzie historyczny? ( śmiech) Takiej możliwości nie ma.

Takiej możliwości nie ma, nie biegałem tam w adidasach.

O szczegóły też  zadbaliście, prawda?

Oczywiście. Jeżeli chodzi o piony charakteryzacji i scenografii byłem pod ogromnym wrażeniem, bo kręciliśmy ten film w różnych miejscach w Polsce. Mieliśmy zdjęcia w Kielcach, na Mazurach, w Cieszynie, na rynku cieszyńskim, który został całkowicie przerobiony na rynek z tamtych czasów. To było super doświadczenie i ta nazywana w gazetach superprodukcja na mnie odbiła się na tym poziomie, że te wszystkie scenograficzne ujęcia bardzo fajnie funkcjonowały i wchodziło się w to jak w masło. To bardzo pomaga pod względem aktorskim także.

 
Reklama

Magia kina, umiejętność przenoszenia siebie z czasów współczesnych do początków wieku XX. Dla mnie fascynujące jest to, że nagle musisz zapomnieć o rzeczywistości, o tym, że grasz w Nowym Teatrze, że jutro masz wznowienie prób do spektaklu, a jednocześnie musisz wejść do świata, którego tak naprawdę nie znasz. Możesz go znać wyłącznie z historii.

Dlatego sam dałem sobie zadanie, żeby przeprowadzić postać albo całą resztę jak najbardziej współcześnie ja to postrzegam, żeby nie silić się na myślenie z tamtych czasów, bo jest to chyba niemożliwe, jeżeli chodzi o wątki ludzkie, np. miłość do drugiej osoby. Trudno wyobrazić sobie, że ktoś zostaje z piechoty przerzucony do ułanów i nie widzi bliskiej osoby przez dobrych parę lat. Ona dowiaduje się, że on umiera, już go nie ma, a potem on wraca. W zrozumieniu tego toku wszystkim pomagał bardzo mocno Darek Gajewski, który miał swoją wizję filmu, wizję opowiedzenia historii plus najprzyjemniejsze były sceny batalistyczne i walenie ze ślepaków.

Reklama

Legiony nie są filmem, który ma podobny budżet do produkcji amerykańskich. Weźmy taki, zdaje się najdroższy film w historii całego kina, czyli Piratów z Karaibów. 300 mln dolarów – marzenie reżyserów i aktorów.

Ja byłem też bardzo zafascynowany swego czasu Dunkierką. Każdy chyba ma w głowie Szeregowca Ryana i za każdym razem jak rozmawia się, jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, operator z reżyserem mówią, że to będzie wyglądało jeszcze lepiej. Potem oczywiście spotykamy się z różnymi problemami, które pojawiają się na naszej drodze podczas kręcenia filmu, ale nie chciałbym, żeby wyszła z tego jakaś klapa. Udało się to ugryźć na pewno Jankowi (przyp. red. Jan Komasa) w Mieście 44. Bardzo sobie ten film cenię i lubię go. Natomiast chyba za bardzo zafascynował się końmi pan Jerzy Hoffmann w filmie

Tak, ten wątek był tam dość szeroko pokazany i trochę przykrył resztę.

Tak, więc trzymam kciuki za nas, żeby wyszło z tego coś fajnego.

Ja też trzymam za was kciuki, ale jestem pewna w 100%, że będzie dobrze. Wiesz dlaczego? Myślałam o waszej trójce aktorskiej: Wiktoria Wolańska, Bartosz Gelner i Sebastian Fabijański. Dużo was ostatnio wszędzie, zwłaszcza na ekranie, w kinie. Powrót, Legiony, które pojawią się za chwilę na ekranach kin, ale Ty grasz też w serialach telewizyjnych, nie tylko tych najprostszych, także np. kryminalnych. Lubisz kino, bardziej niż teatr?

Nie wyobrażam sobie jednego bez drugiego, bo wydaje mi się, że to się w 100% uzupełnia. Przynależę do takiego teatru, który jest teatrem traktującym o tematach i prowadzimy siebie nawzajem, nawet trochę filmowo, bo mamy ten przywilej, że gramy na mikroportach, więc możemy trochę inaczej naszą obecnością na scenie operować.

Dajecie nam odrobinę filmu w teatrze.

Tak, wielu twórców współczesnego teatru jest zafascynowanych video, więc mamy do czynienia z teatrem, ale też ze swoimi zbliżeniami, które są rzucane na scenografię. Kino rządzi się całkowicie innymi prawami, wchodzi się w coś, robi się coś jeden dzień, jedno ujęcie i mamy to, a w teatrze jest ten przywilej, że coś można zgłębiać, meandrować, rozwijać w sobie, za każdym razem jest to inne. Ja najbardziej kocham w teatrze to, że przychodzę z nowymi problemami sam do teatru i próbuję je przez scenę rozwiązać.

Właśnie, a przy okazji też masz za każdym razem inną publiczność, która zupełnie inaczej reaguje na Twoją rolę w konkretnym spektaklu.

Reklama

Tak, też jest super, że my dużo podróżujemy z teatrem, więc spotykamy się z odbiorem publiczności spoza granic Polski, którą okazuje się czasami śmieszą albo wzruszają całkowicie inne momenty czy sceny, które zostały albo dobrze zrecenzowane, albo ciekawie odebrane w Polsce lub mniej się podobały. Publiczność francuska, belgijska, brazylijska, chińska zwraca uwagę na całkowicie coś innego i to też jest bardzo fajne, bo wtedy też przyjeżdża się z całkiem inną energią czy świeżością do Polski, trochę prezentuje zagraniczny styl.

Wrócimy jeszcze do teatru za chwilę, bo bardzo mnie ciekawi jakie było Twoje pierwsze spotkanie ze znakomitym reżyserem i świetnym dyrektorem Nowego Teatru Krzysztofem Warlikowskim? Zanim jednak, chciałabym, żebyś opowiedział czy udział w filmie na etapie szkoły teatralnej Tobie pomógł, czy trochę zaszkodził? Otworzył ci drogę do kariery czy przeciwnie?

 
Reklama

Zaszkodził mi, bo miałem niższą ocenę z piosenki. Nie było na zajęciach.

Ale śpiewać umiesz?

Każdy umie.

Nie każdy.

Lepiej lub trochę gorzej, a tak serio to rola w filmie jeszcze w szkole teatralnej bardzo mi pomogła. Miałem tę przyjemność, że bardzo szybko wszedłem do zawodu i zobaczyłem go z innej strony. Wtedy byłem totalnie zielony, a film nosił tytuł Sala Samobójców, jeżeli chodzi o mój debiut na dużym ekranie. Wcześniej były jeszcze jakieś seriale.

Ale jak mówisz Sala Samobójców to ja mam ciarki. To taki film, który pamiętam w każdym szczególe.

Z tego co wiem będzie dwójka, więc spodziewaj się podobnych emocji. Bez mojego udziału, bo my się już chyba z Kubą (przyp. red. Jakub Gierszał) zestarzeliśmy, w innych aspektach doszukujemy się własnych samobójstw, chyba.

Reklama

Nie reprezentujecie już młodzieży?

Dziś komentarz na Facebooku czy Instagramie nie spowoduje w naszych głowach takiego mentliku, że będziemy chcieli zrobić sobie jakąś krzywdę, natomiast są inne problemy. Ten film był bardzo fajnym doświadczeniem, bo zacząłem nagle pojawiać się na festiwalach filmowych, zobaczyłem jak to wygląda z innej strony i miałem trochę łatwiejszy start w zawodzie po szkole teatralnej, więc w sumie oprócz tej obniżonej oceny ze śpiewu cała reszta to były tylko i wyłącznie superlatywy.

Jak Cię znalazł Krzysztof Warlikowski? Zobaczył Cię w szkole, w którejś z etiud?

Nie, z Krzyśkiem Warlikowskim (będziemy grali teraz kabaret, zapraszam cię bardzo serdecznie) to jest śmieszna historia. Byłem wtedy na etapie robienia Płynących wieżowcówz Tomkiem Wasilewskim. Poszukiwano młodej osoby do teatru, jakoś tak się wydarzyło, że gdzieś tam pojawiła się moja osoba. W sumie dogadaliśmy się dopiero za drugim razem. Z Krzyśkiem to jest bardzo długi proces poznawania się, docierania, bo to jest osoba, która ma swój macierzysty zespół, do którego w jakiś sposób trochę się poczuwam i czuję się w tym dobrze. Przeszedłem swój chrzest bojowy.

Na czym polegał?

Ponieważ ja doszedłem pod sam koniec prób Kabaretu warszawskiego to był dla mnie taki spektakl instant.

 
Reklama

Już 5 lat go gracie.

Czas szybko leci, też jestem tym czasami zdziwiony. Potem z Krzyśkiem mieliśmy bardzo długą, wspólną drogę W poszukiwaniu straconego czasu,czyli w przygotowaniu tekstu Marcela Prousta. Tutaj były wzloty i upadki naszej współpracy i moich poszukiwań, bo to była moja pierwsza większa rola w teatrze z tak wieloma wybitnymi, wymagającymi partnerami na scenie. Ten spektakl nie był moim wielkim sukcesem, jeżeli chodzi o premierę czy takie otwarcie, ale przez to doświadczenie zrozumiałem, że przy podobnych projektach najważniejsze jest ciągłe rozwijanie samego siebie i szukanie nowych rozwiązań w spektaklu. Krzysiek też jest bardzo otwarty na to, żeby ten spektakl żył, żeby był aktualny, żebyśmy my wchodzili w niego ze swoimi nowymi doświadczeniami. I za każdym razem jak gramy Francuzów, to jest prawie 5 – godzinny spektakl, to jestem trochę zestresowany jak będzie. Za każdym razem ten spektakl wybrzmiewa trochę inaczej, a ja to w teatrze bardzo lubię.

Byłam na premierze, byłam zachwycona, oczarowana, do dzisiaj też pamiętam każdy szczegół, łącznie z piękną sukienką Agaty Buzek. Chciałabym, żebyś opowiedział jeszcze trochę o produkcjach, w których wziąłeś udział i które są w toku. Przed nami Ultra Violet 2, zdaje się, że pojawi się obok Twojej postaci ktoś nowy, który nieźle namiesza. Możesz powiedzieć kto dołączy do obsady aktorskiej i co to będzie za postać?

Zdjęcia się już chyba rozpoczęły z tego co widziałem z Instagrama Marty Nieradkiewicz, bo to Marta jest głównodowodzącą jeżeli chodzi o ten projekt. Ja tam będę w drugim sezonie, tak jak i w pierwszym, pojawiał się w roli trochę byłego, ale jednak aktualnego męża Marty. A propos Sali samobójców, już doszło do tego, że nie gram nastolatków, pojawili się mężowie, za chwile będą pewnie ojcowie.

Reklama

Ale nie masz z tym problemu?

Nie mam w ogóle, taka kolej rzeczy, najwyższy czas. Zobaczymy co będzie się działo. Zaczynam zdjęcia pod koniec czerwca i na początku lipca, jeszcze ze względu na inne projekty i na dokrętki do Legionów. Teraz zacząłem próby w Teatrze Nowym nad bardzo interesującym tematem, czyli Jezusa Chrystusa w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego, więc jestem trochę w temacie Nowego Testamentu i Ewangelii.

To bardzo trudna lektura.

Bardzo trudna, ale jak to mówią: na początku było słowo i próbujemy z tym powalczyć, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bardzo jestem ciekawa co się będzie u Ciebie działo i jak się wszystko ułoży, ale trzymam kciuki.

Wiemy, że nie można robić Maryjki z tęczą, bo ktoś może zaaresztować cię o 6 nad ranem, więc tego będziemy unikać.

Ale nie unikasz sytuacji zabawnych np. na swoim Instagramie. Jesteś aktywny, widzę, że komentujesz wpisy ludzi, którzy coś dopisują do twoich postów.

Ja uważam, że nie jestem osobą angażującą się chyba tak bardzo jak co niektórzy moi koledzy, których bardzo za to szanuję, ale uważam i myślę sobie, że jednak egzystencja artystyczna, aktorska nie pozwala na bycie obojętnym wobec tego co dzieje się w obecnej sytuacji politycznej na świecie i w Polsce. Trzeba obserwować i reagować non stop, to jest nam potrzebne, to nasza inspiracja: tematy, które przynosimy na próby, o których dyskutujemy, o których warto rozmawiać, o których trzeba napomknąć w spektaklu albo trzeba zrobić to metaforycznie.

W Nowym Teatrze często odnosicie się do rzeczywistości.

Reklama
 
Reklama

Tak, chodząc na spektakle najbardziej wtrącającego się teatru, Teatru Powszechnego doświadczamy rzeczy, które się dzieją i ja jestem bardzo na to otwarty. Uważam, że trzeba komentować rzeczywistość i trzeba też może nie radyklanie, bo w żadną stronę nie jest to dobre, ale trzeba jednak stawać po którejś stronie i dawać choć taki mini sygnał co się na dany temat myśli.

Bartek, muszę cię zapytać jeszcze o Twoje życie prywatne. Nie martw się będę delikatna. Wydaje mi się, że jesteś z tych osób, które niespecjalnie lubią pokazywać swoje życie prywatne i wpuszczać media do swojej strefy komfortu?

Pokazywanie mojego życia prywatnego kończy się na pokazywaniu fragmentu mojej kuchni jak coś nakręcę na Instagram.

I koniec.

I tyle.

Ok, nie będę zgłębiać tematu. Na koniec powiem, że trzymam za Ciebie mocno kciuki. Masz dwie nogi, tę teatralną i filmową więc życzę, żeby się spełniły Twoje zawodowe marzenia. Mówiliśmy o tym na początku naszej rozmowy, że marzenia się spełniają, bo Ty masz głowę pełną marzeń.

Bardzo dziękuję albo bardzo nie dziękuję, bo chyba się nie dziękuje za takie rzeczy. Trzymam też kciuki sam za siebie.

Teraz to się nawet trochę boję. W sumie po tym długim wywiadzie wiem, że już mnie nienawidzi cała żeńska Polska i może trochę męskiej, za to że tutaj siedzę, mogę popatrzeć Tobie głęboko w oczy, a nawet ukradkiem dotknąć. No to dorzucę do pieca: po wywiadzie jeszcze się uściskamy. Bartek Gelner, bardzo dziękuję.

Dziękuję bardzo.

Reklama

 

fot.: Michał Buddabar

 
Reklama

Stacja Diagnoza

Cztery lata temu. Piękny, ciepły maj. Kilka miesięcy wcześniej odnaleźliśmy