Głos Anioła – rozmowa Tomasza Sobierajskiego z wokalistką The Ears, Martą Uszko

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Muzyka tworzona przez zespół The Earswnika w człowieka bardzo mocno. Wibruje, zahacza, skłania do myślenia. Nie pozostawia obojętnym. Najbardziej urzekający jest w niej anielski głos Marty Uszko, aktorki, wokalistki, która jest mistrzynią w opowiadaniu muzycznych historii. Zaprasza do swojej bajki, pozwala się w niej rozgościć, a na koniec oddaje słuchaczowi część swojej historii na własność, na zawsze. To wielki dar.

Twoje wykonanie utworu „Jabłoń” ze słowami Agnieszki Osieckiej totalnie mnie zahipnotyzowało…

Mam poczucie, że od tej piosenki wszystko się zaczęło.

Wszystko, czyli co?

Zespół. Spotkanie grupy fantastycznych ludzi: mnie, Tomka Licaka, Maćka Wróbla i Michała Starkiewicza.

Śpiewasz: „Już do ciebie serca nie mam, w dziką jabłoń Cię zaklęłam…”.

I śpiewam prawdę, bo znam to uczucie straty, odrzucenia, odchodzenia, rozstania. Zależało mi na tym, żeby z tekstu Osieckiej wydobyć inną wartość, postawić akcenty gdzie indziej.

Udało Ci się, bo Twoje wykonanie tej piosenki jest… niepokojąco magiczne. Od nagrania „Jabłoni”, którą przygotowaliście na Przegląd Piosenki Aktorskiej, do stworzenia epki „Wielka płyta” minęły dwa lata. Jaki to był czas?

To był okres rozwoju i poszukiwania. Dużo wspólnie graliśmy. Pomysł The Earszakiełkował w mojej głowie z potrzeby wyrażenia prawdy o sobie.

Trudno zaszufladkować Waszą muzykę. Jedyne co przychodzi mi na myśl, to że jest to muzyka dla inteligentnych ludzi.

Nie chcemy określać się w jednych muzycznych ramach. Potencjał całego naszego zespołu, talent, muzykalność, umiejętności są nieograniczone. Mamy szeroki horyzont wrażliwości. Czuję, że nadal się rozwijamy i być może kolejna płyta będzie zupełnie inna. Chcemy próbować, doświadczać nowych form i gatunków. Główny wymóg, jaki sobie stawiamy przy pracy nad muzyką to autentyczność.

Jesteś uznaną aktorką. Po tym, jak widziałem Cię na scenie w teatrze, powiedziałem Ci, że masz w sobie piękne światło, na które składa się charyzma i talent. Przy czym doświadczenie dramatyczne często przeszkadza aktorom w tym, żeby śpiewali z serca, a nie uprawiali tzw. „piosenkę aktorską”. Tobie się udało. Nie grasz wokalistki. Jesteś wokalistką.

Śpiewając chcę przekazać swoją emocjonalność. Zapraszam słuchaczy do swojego świata. Wiem, że dla niektórych to może być wyzwanie, ale to najłatwiejszy sposób do poznania mnie i spotkania się ze mną. Zależy mi również na tym, żeby ludzie, słuchając naszej muzyki, spotykali się sami ze sobą.

Czy bycie wokalistką jest dla Ciebie większym wyzwaniem niż bycie aktorką?

Mam poczucie, że nieustannie się czegoś uczę w obu dziedzinach. Jestem typem wiercipiętka – zarówno jeśli chodzi o sprawy zawodowe, artystyczne, jak i osobiste. Jestem osobą poszukującą i wiecznie nastawioną na rozwój. Moje aktorskie doświadczenie bardzo mi pomogło, szczególnie w pracy z tekstami piosenek.

Niesamowite jest to, że chociaż to nie Ty napisałaś te teksty – autorką większości z nich jest Kaja Cykalewicz-Licak – są one wspaniale sprzęgnięte z Twoim głosem i Twoją energią.

Kaja jest osobą delikatną, ciepłą i wrażliwą. Wielokrotnie, podczas rozmów o życiu, orientowałam się, że mamy podobne poglądy, podobnie patrzymy na świat. Z tego powodu słowa, które Kaja napisała dla mnie, przechodzą przez moją emocjonalność. Intencja słowa zespala się z intencją wyrazu. Nie zapominajmy o piosence “Klatka Be ”, do której tekst napisał mój serdeczny kolega Maciej Litkowski, poprosiłam go swego czasu aby napisał tekst- o neurotyku. Napisał. Wspaniałą, głęboką opowieść o cyniku. Traktuję te teksty jak przedłużenie moich myśli. Jako aktorka na co dzień pracuję ze słowem i „na słowie”. Sprawdzam co się dzieje między słowami, mieszam akcenty, bawię się intonacją. Ale słowo jest dla mnie jedynie punktem wyjścia, bo to co mnie najbardziej interesuje, to wczytywanie się w intencję. Zależy mi na tym, żeby osoby, które słuchają naszych utworów zrozumiały sens, który nadaję moim słowom, żeby odnaleźli w nich coś głębszego.

W Twoim śpiewaniu czuć bardzo dużą wolność. Co uwalniasz w sobie, wokół siebie, śpiewając?

To jest energia rozpychania granic, rozwalania murów. To pewien rodzaj ekshibicjonizmu, pozwalający mi uwolnić te emocje, które kiedyś miałam zablokowane.

Jak udało Ci się je odblokować?

Najważniejsza była praca nad moją własną głową. To sprawiło, że dziś mogę śpiewać z takim rozmachem. Kiedy tylko zaczyna płynąć muzyka, a ja zaczynam śpiewać, to czuję, że wszelkie blokady, hamulce, kompleksy, które pętają mi nogi, na chwilę dają mi spokój i odpuszczają. To jest moment, w którym mogę wszystko z siebie wyrzucić, wywalić, wykrzyczeć lub… na drugim końcu skali – wyszeptać. To pewien rodzaj zwierzenia.

Czy odrzucasz te pęta tylko na chwilę, na czas śpiewania, czy na dłużej?

Bardzo dobre pytanie. Dzięki śpiewaniu zorientowałam się, że nie muszę się niczego wstydzić, że mogę być sobą. Proponuję określony rodzaj śpiewania, który być może wymyka się ramom i klasyfikacjom, ale jest mój.

Z rozkoszą słucha się tego, jak w zespole wspaniale ze sobą współgracie, rezonujecie.

To była i jest podstawa naszego spotkania, jako muzyków. Zależy nam na tym, żeby mieć wspólny rytm, podobny puls, żeby być razem w muzyce, wspólnie odczuwać dźwięki. Grając razem, dajemy sobie wolność do tego, żeby pozostać sobą.

A mogłaś zdecydować się na karierę solową.

W zespole czuję się bezpieczniej.

Z jakiego powodu?

W charakter wpisane mam to, żeby być w zespole na różnych poziomach i w różnych konfiguracjach. Nieustannie tworzę zespoły. Jestem w zespole The Earsi w zespole aktorów Teatru Polskiego, ale nie tylko. Dobrze się czuję w zespołach, bo czerpię i uczę się od ludzi, z którymi jestem. Zwłaszcza jeśli są to tak zdolni ludzie, jak moi koledzy z The Ears, którzy nie mają przerostu ego, którzy starają się grać na partnera, są bardzo wspierający. Uwierz mi, że nie ma nic lepszego niż poczucie, że masz się na kim wesprzeć na scenie. Chłopaki dzięki swojemu graniu i talentowi podkładają mi pod stopy trampolinę, od której mogę się odbić bardzo wysoko, wiedząc, ufając, że mnie złapią, niezależnie od tego jak mocny to będzie wyskok. To poczucie asekuracji jest dla mnie bezcenne.

Podkreślasz, że ważna jest dla Ciebie prawda. Co się kryje pod tym pojęciem?

Prawda o mnie jako artystce, jako człowieku. Chciałabym, żebyśmy wszyscy dopuścili swoją prawdę do siebie, zdjęli kajdany lęku i pozwolili sobie odpocząć.

A najlepiej zrobić to przy waszej muzyce…

… która jest – wracając do tego, co powiedziałeś na początku naszej rozmowy – muzyką dla inteligentnych ludzi, ale głównie tych inteligentnych emocjonalnie.

 

fot.: Hubert Gryglewicz

Reklama